sobota, 23 września 2017

ARCH ENEMY - Will to power (2017)

Dla wielu fanów melodyjnego death metalu Arch Anemy to jeden z tych zespołów, który zaliczyć należy do tych najbardziej rozpoznawalnych. Ta kapela osiągnęła w sumie wiele z Angelą Gossow i mało kto przypuszczał, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy Arch Anemy będzie miał nową wokalistkę. Nowy etap rozpoczął się w 2014r, kiedy do zespołu dołączyła  Alissa White - Gluz. Nowa wokalistka wniosła spory pokład energii i świeżości. Jest nieco inna od Angeli, ale ma swoją technikę i klasę i czyni zespół wyjątkowym. Nadaje muzyce sporo melodyjności i zadziorności. To było słychać na pierwszym jej albumie z Arch Enemy czyli "War Eternal". Najnowsze dzieło ukazuje się po 3 letniej przerwie i rozwija cechy zaprezentowane na poprzednim albumie. "Will to power" to wyjątkowy album i to już nie chodzi o to, że zespół rozkręcił się z Allisą, ale też pod tym względem, że jest to pierwszy album z nowym gitarzystą - Jeffem Loomisem. Znany gitarzysta z Sanctuary czy Nevermore dołączył do Arch Anemy w 2014r. Na nowym albumie jest dzięki niemu sporo ciekawych melodii, riffów i dzieje się naprawdę sporo. Album jak i zespół sporo zyskał na tym transferze. Już promujący "The world is Yours" ukazał właśnie atuty Loomisa i to ile wniósł z swoim przyjściem. Idealny kawałek promujący, który należy zaliczyć do tych najlepszych w historii grupy. Bardzo dobrze wypada też melodyjny i marszowy "the eaglies flies alone", który również promował nowy krążek. Płyta jest agresywna, nie brakuje typowego death metalu, co słychać w "The Race", który atakuje nas na początku płyty. Zaskakuje spokojny i komercyjny "Reason to believe", ale to jest dobry sposób na urozmaicenie albumu death metalowego. Zespół znakomicie wypada w bardzo melodyjnych kawałkach pokroju "Murder scene" czy "First day in Hell". W takim "Days of retribution" zespół wkracza w rejony power metalu.  Warto jeszcze wyróżnić podniosły i nieco symfoniczny "a fight i must win". Nie ma słabych kawałków i w zasadzie od początku do końca jest utrzymany wysoki poziom. Mamy szybkie kawałki jak i wolne, stonowane, tak więc nie ma grania na jedno kopyto. Udało się utrzymać poziom z "war Eternal" i spora w tym zasługa Jeffa. Dobra Robota!

Ocena: 9/10

STORMHAMMER - Welcome to The End (2017)

Niemiecki band o nazwie Stormhammer jest rozpoznawalny i lubiany w dość sporej grupie słuchaczy. Zespół działa od 1993 r i nagrał 6 albumów, dając się poznać jako solidny i pracowity zespół, który wie jak grać heavy/ power metal. Nie grają niczego nadzwyczajnego i przypominają stylem wiele innych zespołów z tego kręgu. Wystarczy wspomnieć Blind Guardian, Gamma Ray, Majesty, Wizard, czy Stormwarrior. Stormhammer to spec od heavy/power metal w rycerskiej odmianie, ale jakoś nigdy nie można było ich zaliczyć do czołówki niemieckiej sceny. Wszystko było poprawne i bardziej rzemieślnicze do tej pory. Jednak coś się zmieniło bo najnowszy album tej grupy w postaci "Welcome to The End" to najlepsze co ten zespół wydał.

Niby dalej jesteśmy w power metalowym świecie, ale wszystko jest bardziej przejrzyste, bardziej trafione i przemyślane. Riffy są ostre, ale i pełne dynamiki. Nie ma grania na siłę i wałkowania jednego motywu. Melodie są chwytliwe i lekkie w odbiorze. wszystkie elementy składają się w spójną całość. Bernrd i Chris szaleją w wygrywaniu partii gitarowych i roi się od ciekawych pojedynków gitarowych. Z kolei wokalista Jurgen Dachl śpiewa jakoś tak bardziej naturalnie i z większą swobodą. Nie ma się do czego przyczepić, bo nawet okładka robi wrażenie. Brzmienie jest tutaj mocne i zadziornie, tak więc słychać że to niemiecka produkcja.

Kompozycje są bardzo dobrze wyważone i zagrane z polotem. Już "Northman" pokazuje, że Stormhammer jest w formie i wie jak zainteresować słuchacza. Jest w tym gdzieś coś Judas Priest, jest też coś z Majesty, tak więc mieszanka wybuchowa. Tytułowy "Welcome to the end" wyróżnia się mocnym riffem, klimatem amerykańskich zespołów i dużą dawką mroku. Jeszcze wolniej i ponuro jest w marszowym "The Heritage", który ma coś z Iced Earth czy metal Church. Jednym z mocniejszych punktów płyty jest true epicki "Secret", który przemyca wiele elementów Manowar. Szybki riff, melodie wyrwane z twórczości Gamma Ray, Helloween czy Iron maiden to cecha, która napędza przebojowy "The law". Jest to jeden z moich ulubionych utworów na płycie, bo jest taki inny w swojej naturze. W podobnej stylistyce jest utrzymany dynamiczny "Road to Heaven". Bardzo dobrze wypada też lekki i przyjemny "Into the Night", który sprawdził by się w stacji radiowej.Kolejną petardą na płycie jest przebój w postaci "Spirit of the night" i partie gitarowe same tutaj przemawiają. Co ciekawe mamy 14 utworów, a Stormhammer nie przynudza i nawet końcówka płyty jest ciekawa. Pojawia się złowieszczy "Soul Temptation" i bardziej złożony "Black Dragon".

Nie ma słabych punktów, a płyta jest po prostu dopracowana na maksa. Każdy szczegół jest dopieszczony i zagrany  z pomysłem. Jest lekkość, przebojowość, a riffy to prawdziwe kosy. Tej płycie nie brakuje mocy i polotu. Najlepsze dzieło Stormhammer!

Ocena: 9/10

środa, 20 września 2017

STORMAGE - Dead of night (2017)



17 lat przyszło czekać fanom Stormage na nowy album. Niemiecki zespół powstał w 2003 r na gruzach Anthem. Najnowsze dzieło zostało zatytułowane "Dead of night"  i to trzeci album w dorobku grupy. Stormage skupia się na graniu surowego heavy metalu w niemieckiej, topornej odmianie, nawiązując przy tym do twórczości Rage czy Grave Digger. Kapela nie zmienia stylu na nowym krążku i w zasadzie kontynuują  to co prezentowali na "Sudden Aweking".

Nowy album to 10 równych i solidnych utworów, które dają nam 50 minut dobrej zabawy. Nie brakuje tutaj zadziornych riffów, czy chwytliwych melodii. Stormage potrafi zapaść w pamięci dzięki udanej pracy gitarzystów i specyficznemu wokaliście jaki jest Heiko Hesseler. Otwieracz "Instict to defend" to dobre wprowadzenie w album i wizytówka zespołu i ich stylu. Dalej zespół pokazuje się z bardziej melodyjnej strony. Wkracza przebojowy "Anquish of Mind", który czerpie garściami z Iron Savior czy Paragon. Toporność i ciężar to cechy mocniejszego "Heretic Enemy", z kolei "Faithless god" nie kryje zapędów folkowo, black metalowych. Stormage potrafi też grać bardzo technicznie co potwierdza w "Drag You To Hell", który jest jednym z moich ulubionych utworów na płycie. Nawet nastrojowa ballada "Victims Eye" też się sprawdza. Całość zamyka nieco thrash metalowy "Borne the agony".

Stormage nie tworzy niczego nowego i na pewno nie rzuca na kolana swoją muzyką, ale jest to kawał solidnego heavy/power metal w klasycznej niemieckiej odmianie. Fani Rage, Grave Digger czy Paragon nie będą narzekać. Warto zapoznać się z "Dead of night".

Ocena: 7/10

niedziela, 17 września 2017

NIGHT RANGER - Don't let up (2017)



W latach 80 czy 90 swoje najlepsze albumy wydał bez wątpienia amerykański band Night ranger, który powstał w 1982 r. Ta kapela może pochwalić się kilkoma hitami jak choćby "Rock in America", "Sister Christian" czy "Sing me away". Zespół od samego początku skupiał się na graniu glam rocka/ hard rocka. Ich muzykę można porównać do Def Leppard, Dokken czy Alice Coopera. Grają soczysty hard rock i dobrze się przy tym bawią. Swoje najlepsze lata mają za sobą, ale kapela istnieje i ma się dobrze. Dowodem tego jest najnowszy krążek amerykanów w postaci "Don't Let Up".

Z klasycznego składu zespołu zostało trzech muzyków, a mianowicie : Kelly Keagy, Jack Blades i Brad Gillis. Jednak mimo pewnych roszad, zespół jest wierny swoim priorytetom i zamiłowaniom. Mimo upływu lat grają swoją i nie eksperymentują, tak więc "Dont Let up" to klasyczny Night Ranger. Może pozbawiony oryginalności i elementu zaskoczenia, ale nadrabia przebojowością i klimatem rodem z lat 80. Na nowej płycie nie brakuje ostrych riffów, lekkich melodii i dużej chwytliwości. Ta płyta jest po prostu bardzo przyjazna dla słuchacza. "Somehow, Someday" to taki radosny hard rock, który sprawdza się w dalekiej trasie. Jest szybko, energicznie i sporo tutaj pozytywnej energii. Zadziorny "Running out of Time" ma coś z starego Scorpions i do tego dochodzi duża dawka przebojowości. Tak tworzy się wyraziste hard rockowe przeboje. "Truth" to utwór z kategorii lekkich i bardziej komercyjnych. Kawałek idealny do radia i do promowania płyty. Więcej pazura i metalowego ducha mamy w "Day and night", który jest jednym z mocniejszych punktów płyty. Dobrym kawałkiem jest tytułowy "Dont let up", który podkreśla w jakich klimatach utrzymany jest materiał. Trochę szaleństwa mamy w rock'n rollowym "Say what You want". Na płycie znalazło się jeszcze miejsce na klimatyczną balladę w postaci "We can work it out". Warto też wspomnieć o wyrazistym "Jamie", który pokazuje też pracowitość zespołu.

Nie ma już lat 80, trendy się zmieniły, a Night Ranger wciąż jest i funkcjonuje. Wydają kolejne albumy i trzymają solidny poziom. "Dont let up" to taki typowy Night Ranger z lat 80. Nie jest to może ich najlepszy album, ale wstydu im nie przynosi.

Ocena: 6.5/10

sobota, 16 września 2017

ALAE NOCTIS - Slasher (2017)

Jestem fanem horrorów, zwłaszcza mam słabość do filmów z lat 80, gdzie nie efekty grały główną rolę, a pomysł i fabuła. Patrząc na okładkę "Slasher"hiszpańskiego zespołu Alae Noctis, który działa od 1998r to zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Na okładce mamy zabójcę, który łączy w sobie kultowe postacie z "Koszmaru z Ulicy wiązów", "Piątek trzynastego" czy "Halloween". Jest klimat, jest nawiązanie do lat 80 i heavy metalu z tamtego okresu. To jest to, ale nie byłem pewny co ten zespół do końca gra. Obstawiałem typowy klasyczny heavy metal nawiązujący do lat 80. W sumie nie wiele się pomyliłem, jednak to w pełni nie oddaje stylu Alae Noctis.  Zespół często zaliczany jest do "'Dark wave" czy "Retro Wave", przez nie brakuje syntezatorów, elektroniki i nawiązań do muzyki techno w pewnych aspektach. Nie ma mowy o słodkości, ani też kiczu. Jeśli już jest kicz to w dobrej proporcji. Pod względem stylu i jakości Alae Noctis naprawdę imponuje i co ciekawe wyróżnia się na tle konkurencji. Niby w muzyce jest sporo nawiązań do Accept, Wasp, Motley Crue czy Iron maiden. Jednak sposób podania i klimat robią swoją. Nie ma mowy o plagiacie, a Hiszpanie dobrze się przy tym bawią. Wokalista i gitarzysta Diego jest motorem napędowym zespołu i to właśnie jego niezwykła charyzma i przywiązanie do lat 80, sprawiają że zespół robi furorę niczym "Stranger Thins", który  przywołał lata 80. Nie oceniamy tutaj seriali, a muzykę, a ta jest fenomenalna i jedyna w swoim rodzaju. Już "Crazy oldman" zaskakuje i szykuje wykonaniem. Mam wrażenie, że słucham muzyki wyjętej z gry na Pegazusa. Gdzieś tam odbija się muzyka disco z lat 80. W połączeniu z chwytliwym riffem i patentami wyjętymi z wczesnego Accept sprawia, że nie ma mocnych na otwieracz. No i to jest jakiś ciekawy pomysł na heavy metal. Więcej speed metalu i melodyjności uświadczymy w rozpędzonym "Bounty hunter" i znów Diego wymiata w kwestii wokalnych. Klimatyczny "Murder One" jest komercyjny i przenosi nas do lat 80. Znów znakomita mieszanka muzyki elektro i heavy metalu. "Spoils of Crime" jest bliższy Motorhead, co pokazuje jak zespół urozmaicił ten krótki i treściwy materiał.  Śmieszny "Borderline" brzmi jakby został wyjęty z jakieś gry komputerowej. Bardzo fajny efekt wyszedł. Całość zamyka energiczny i dynamiczny "Slasher", który znów ukazuje speed metalowe granie lat 80. Nie ma słabych kawałków, całość bardzo przemyślana i klimatyczna. Alae Noctis zaskoczył pomysłem, a także wykonaniem. Takiej płyty jeszcze nie było.

Ocena: 10/10

NOCTURNAL RITES - Phoenix (2017)

Na odrodzenie Nocturnal Rites czekało wielu, ale mało kto wierzył, że to kiedykolwiek nastanie. Ta szwedzka formacja działa od 1990 r i szybko zdobyła uznanie wśród fanów power metalu. Osiągnęli wiele i w zasadzie każdy ich album to wysokiej próby heavy/power metal, w którym band chciał przemierzać nowe szlaki i być innym zespołem od wielkich gigantów gatunku. Ostatni album "The 8th Sin" ukazał się w roku 2007. Może nie był szczytem możliwości tej kapeli, ale idealnie wpasowała się w to co zespół grał. Potem nastała cisza i zespół gdzieś przepadł. Lata mijały i nikt nie liczył na powrót tej świetnej kapeli. A jednak niczym phoenix zrodzili się z popiołu i powracają z nowym krążkiem w postaci" Phoenix".

Szumne zapowiedzi, sprawdzony skład no i mroczna okładka od razu zachęcają by sięgnąć po ten krążek. Długa przerwa w graniu jednak nie zaważyła na jakości, a wręcz przeciwnie. Band odpoczął, zebrał siły i powrócił z podwójną siłą. Album jest mocny, zadziorny, nowoczesny i zarazem przemyca sporo tradycyjnych rozwiązań. Zespół szuka wiele ciekawych rozwiązań i w efekcie wyszedł urozmaicony materiał. Znajdziemy tutaj szybkie kawałki, też bardziej stonowany, a momentami bardziej progresywne. Nie brakuje chwytliwych melodii, czy przebojów, a najważniejsze że Nocturnal Rites został sobą. Nowy album na pewno przypadnie do gustu fanom Persuader czy Nightmare. Fredrik i Per stworzyli naprawdę zgrany i nieprzewidywalny duet, który imponuje techniką i pomysłowością. To oni napędzają "Phoenix". Nie można też pominąć w ostatecznym rozrachunku świetnego i niestarzejącego się Johnego, który rozwala system jeśli chodzi o partie wokalne. Śpiewa z werwą i niezwykłym zapleczem technicznym. Jeden z najlepszych wokalistów obecnie na rynku. "Heart black as coal" to mocny otwieracz, który od razu zdradza atuty i wydźwięk całego albumu. Jest nowocześnie, agresywnie, ale też bardzo melodyjnie. Pierwszy hit na płycie i nic dziwnego, że wybrano go do promocji "Phoenix". Spokojniejszy "Before we waste away" ma w sobie nieco progresywnego metalu i fani Masterplan z pewnością docenią ten kawałek. Power metal jest bardziej zaakcentowany w mocniejszym "The poisonous seed" czy "Used to be good". Nieco brakuje mi szybkich petard, które zwalą z nóg, ale i to można jakoś wybaczyć Nocturnal Rites. "Repent my sins" jest bardziej komercyjny i śmiało można go nazwać przebojem, który mógłby podpić stacje radiowe. W podobnym klimacie utrzymany jest stonowany "Song For You". Ciekawe przeplatają się różne motywy w podniosłym "The ghost inside me", który zaliczam do moich faworytów. Całość zamyka energiczny "Welcome to the end" i to jest świetne podsumowanie płyty, choć brakowało mi takich killerów. Może następny album będzie w takim stylu? Byłoby miło.

Wielki powrót po latach? Z pewnością "Phoenix" należy do albumów z kategorii "niespodzianek" czy tych "wyczekiwanych". Ciekawość była i w sumie została zaspokojona. Nocturnal Rites, który zalicza się do tych najlepszych kapel z kręgu power metalu powraca i to w świetnym stylu. W ich muzyce jest wciąż ten zapał, chęć i pomysłowość."Phoenix" to najlepszy album od lat, co dowodzi, że kapela powróciła na dobre. Oby więcej tego typu albumów, na takim poziomie.

Ocena: 9/10

czwartek, 14 września 2017

ALDARIA - Land of Light (2017)



Metalowe opery to zazwyczaj dzieło jednej osoby i to ona zazwyczaj jest mózgiem całej operacji. To właśnie jedna osoba decyduje o doborze gości, o warstwie instrumentalnej czy lirycznej. Tak było w przypadku Avantasia, która jest prowadzona przez Tobiasa Sammeta, tak było z Avalon spod ręki Timo Tolkkiego czy metalowej opery Mariusa Danielsena. Każdy z tych projektów cieszył się sporym zainteresowaniem i przyciągnął rzeszy fanów i po dzień dzisiejszy często wraca się do płyt tych zespołów. W tym roku również nie mogło zabraknąć płyty tego typu. Gitarzysta Forde Hovds stworzył swoją metalową operą i nazwał ją Aldaria. Debiutancki album "Land of Light" to kwintesencja power metalu i melodyjnego metalu. Każdy kto kocha stare płyty Avantasia czy debiut Mariusa Danielsena, ten z pewnością doceni dojrzałość i kunszty Aldaria.

W przypadku takich płyt nie ma miejsca dla wpadki czy nie dopracowanych elementów, dlatego też nie dziwi klimatyczna i kolorystyczna okładka, czy też soczyste brzmienie z górnej półki. Co może budzić podziw to bez wątpienia lista gości jaką udało się zebrać. Znajdziemy tutaj Rolanda Grapowa, Uli Kuscha, Yannisa Papadopoulosa, Mariusa Danielsena, Fabio Lione, Ricka Altzi, czy Todda Micheala Halla. Jednak same wielkie nazwiska to nie wszystko, bowiem trzeba umieć jeszcze stworzyć ciekawe i wciągające kompozycje, które będą spójne i idealnie współgrać z tymi świetnymi głosami. Frode dał niezły popis swoich umiejętności, bowiem jest tutaj miejsce dla power metalu, dla epickości, licznych przejść i urozmaiceń. Dzieje się sporo, ale nie jest to chaos, lecz artystyczny porządek. Przypominają się kultowe płyty power metalu, a to tylko podkreśla jakość tej płyty.  "Excitare and Lucem" to klimatyczne intro, które idealnie wprowadza słuchacza w świat Aldaria. Prawdziwa jazda zaczyna się wraz z "Another Life", który imponuje soczystym riffem, power metalową dynamiką i duetem Ricka Altziego i Todda Micheala Halla. Yannis pojawia się w marszowym i nieco progresywnym "Guardians of the light", który idealnie nawiązuje do twórczości Wardrum. Kolejny świetny dowód, że jest tutaj bardzo klasyczny materiał, który imponuje pomysłowością i wykonaniem. Nie mogło zabraknąć wciągającej i pełnej emocji ballady i "Sands of Time" jest po prostu uroczy. Roland Grapow i Pellek dają czadu w przebojowym "Lost in darkness below", który nie dość, że porywa szybkością i dynamiką, to imponuje symfonicznymi smaczkami. Echa Helloween czy Edguy można usłyszeć w melodyjnym i energicznym "Test of Time" i tak zespół nie zwalnia ani nie obniża lotów, mimo że połowa płyty za nami. Drugim wolnym kawałkiem jest "trail of tears", który zabiera nas w rejony Gamma Ray, czy Queen. Końcówka płyty nie ustępuje pierwszej części, bo i tutaj sporo się dzieje. Mamy coś dla fanów Timelesse Miracle czyli "From the Ashes" czy "Where reality ends". Jest też coś dla maniaków Freedom Call czy Edguy i tutaj mowa o charakterystycznym "Answers in Dream". Było też do przewidzenia, że na koniec Fredo zaserwuje nam epickiego kolosa i trzeba przyznać, że tytułowy "Land of light" to taka wisienka na torcie. To utwór pełen ciekawych melodii, licznych przejść i urozmaiceń. Do tego melodyjne solówki, przebojowy refren. Skojarzenia z Gamma Ray czy Hellowen są jak najbardziej na miejscu.


Nie ma co narzekać na wtórność, na oklepane patenty, bowiem nie to jest tutaj istotne. Ważne jest to co słyszymy, a słychać tutaj dopracowany materiał, który kipi energią i nie ma mowy o wałkowaniu jednego motywu. Ciekawi goście urozmaicają nam dodatkowo muzykę zawartą na "Land of light". Ta płyta to hołd dla power metalu i jego złotego okresu czyli lat 90. Fani Avantasia, Helloween, czy Gamma Ray będą w pełni zadowoleni. Jest w końcu konkurencja dla Mariusa Danielsena.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 11 września 2017

JACK STARR'S BURNING STARR - Stand Your Ground (2017)

6 lat przyszło czekać fanom Jacka Starra na nowy album sygnowany pod nazwą Burning Starr. Wydany w 2011 r "Land of Dead" odniósł spory sukces i pokazał, że true heavy metal ma się dobrze, nawet jeśli Manowar nie tworzy nowej muzyki. Fani Virgin Steele, czy Manowar odnajdą się w tym co gra Jack Starr ze swoim zespołem. "Land of Dead" jest perfekcyjny i ciężko jest powtórzyć taki sukces, to też z ciekawością wypatrywałem "Stand Your Ground". Ucieszył mnie fakt, że w zespole dalej jest genialny wokalista Todd, czy perkusista Rhino, który grywał z Manowar. Skład został ten sam, podobnie jak styl. Jednak mimo wszystko nowy krążek jest i tak nieco słabszy od genialnego poprzednika. Mam wrażenie, że jest mniej przebojów i za mało dynamiki w "Stand Your Ground", co wcale nie oznacza, że jest to słaby album. Nowe wydawnictwo Burning Starr jest bardzo heavy metalowe, epickie i bardzo mocne w swojej kategorii. Zresztą już otwierający "Secret We Hide" pokazuje, że wciąż mamy wysoki poziom muzyki. Zespół jest w formie i to słychać od pierwszych dźwięków.  Kawałek jest ostry, dynamiczny i niezwykle przebojowy i na taki Burning Starr czekałem. Dalej mamy równie energiczny i bardzo melodyjny "The enemy", który ucieszy fanów poprzedniego krążka, a także maniaków Manowar. Mocne otwarcie albumu, a to dopiero początek. Uwagę bez wątpienia skupia wokół siebie 10 minutowy kolos "Stand Your Ground". Utwór nie nudzi, a wręcz od samego początku robi furorę. Mocny riff, melodyjne partie gitarowe i dużo ciekawych motywów sprawia, że to prawdziwa perełka. Nieco słabszy wydaje się "Hero", który momentami brzmi nieco neoklasycznie. "Destiny" jest marszowy, nieco hard rockowy, ale też nie wzbudza już takich emocji jak pierwsze kawałki. Wciąż jest solidnie, ale to już nie ten sam wysoki poziom co przy pierwszych 3 kawałkach. Nieco mroczniejszy i bardziej stonowany "Sky is Falling" to kawał solidnego heavy metalu. Rytmiczny "Escape from the night" to kolejny przebój na płycie, choć mógłby być nieco ciekawszy w swoich aranżacjach."We are one" to kompozycja dłuższa i bardziej rozbudowana w swojej konstrukcji. Bez wątpienia jest to kolejna perełka na płycie. Jednym z ciekawszych utworów na płycie jest ostrzejszy "False gods", który pokazuje że zespół potrafi nieco urozmaicić swój krążek. Całość zamyka marszowy "To the Ends", który idealnie podsumowuje całość i styl Burning Starr. Mocne uderzenie na koniec płyty. Nie udało się nagrać album równie genialny jak "Land of dead", ale to wciąż heavy metal wysokich lotów. Warto się zapoznać z tym albumem.

Ocena: 7.5/10

ATTIC - Sanctimonious (2017)

Czasami przychodzi taki dzień, że poznaje się debiutującą kapelę, ale już widzi się jej potencjał i życzy się im najlepiej. Wtedy zaczyna się kibicowanie danej kapeli i upragnione wyczekiwanie na kolejny album. Kiedy widzi się jak rośnie kapela w oczach innych i rozkręca swoją karierę to jest to spory powód do radości. Tak upatrzyłem sobie niemiecki Attic i to z kilku powodów. Tematyka, która się ociera o satanizm czy okultyzm, co zbliża Attic do Mercyful Fate. Kolejnym atutem jest bez wątpienia jest wokalista Meister Cagliostro, który operują podobną manierą i umiejętnościami co sam King Diamond. Takich wokalistów nie jest tak dużo, więc znów Attic zyskuje w moich oczach. Attic ma przewagę nad wieloma zespołami, ponieważ z dużą łatwością tworzą muzykę przyjazną dla słuchacza. Atrakcyjne melodie, podniosłe chórki, intrygujące i wciągające partie gitarowe. Stworzyć mocne i zadziorne riffy, a przy tym bardzo melodyjne i chwytliwe to nie lada wyczyn, ale Rob i Katte dają czadu jako duet gitarowy. Attic to band niemiecki, tak więc mają w krwi pracowitość i tworzenie heavy metalu na wysokim poziomie. Grać jak King Diamond czy Mercyful Fate, a przy tym grać na wysokim poziomie z nutką świeżości to najlepsza rekomendacja Attic, która już czyni ten band wyjątkowym. Debiutancki album "The Invocation" zrobił szał i odniósł sukces. Przez długi czas było cicho na temat Attic, ale teraz po 5 latach powracają z drugim albumem zatytułowanym "Sanctimonious". Czy udało się utrzymać wysoką pozycję i wyjątkowy styl? Czy Attic znów zachwyci swoich fanów, a także maniaków Kinga Diamonda?

Kiedy ma się w zespole uzdolnionych muzyków, takiego fenomenalnego wokalistę to można wiele zdziałać. Zespół w najlepsze kontynuuje to co rozpoczął na poprzednim albumie. Pielęgnuje swój styl, a nawet go jeszcze podrasował. Nie brakuje mrocznego klimatu, licznych przejść czy urozmaiceń. Attic zadbał o to, żeby "Sanctimonious" nie był nudny i przewidywalny, co jest sporą zaletą. Może okładka nie jest wysokich lotów, ale jest bardzo klimatyczna. Brzmienie jest soczyste i zrobione na wzór poprzedniego krążka. Nie ma tutaj większego zaskoczenia, ale zawartość to już inna sprawa. "Ludicium Dei" to klimatyczne intro, które wprowadza nas w mroczny świat Attic. Włosy stają dęba, ale chce się jeszcze więcej muzyki Attic. Tytułowy utwór atakuje nas dynamicznym riffem i prawdziwym mocnym uderzeniem. Jest klasa, jest pomysłowość i na taki heavy metal zawsze warto czekać. Nieco wolniej i bardziej marszowo jest w "A serpent in the pulpit". Utwór jest bardziej rozbudowany i dzieje się w nim sporo. Więcej agresji i złowieszczego klimatu uświadczymy w energicznym "Penalized", który jeszcze bardziej zbliża nas do złotego okresu Mercyful Fate. Attic na pierwszym albumie zabłysnął pod względem ciekawych melodii i przebojowości i na nowym krążku też tego nie brakuje co potwierdza "Sinless". Płytę promował niezwykle pomysłowy i złożony "The Hound of Heaven", który brzmi jakby powstał w latach 80. Niezwykle energiczny i pomysłowy kawałek, który oddaje to co najlepsze w Attic. Na płycie jest całkiem sporo dłuższych kawałków, a "On Chair Stalls" to kolejny tego typu utwór. Co ciekawe zespół wcale nie przynudza w tych kolosach.  Najspokojniejszy i najbardziej wyróżniający się utwór pod względem klimatu to bez wątpienia "Dark Hossana". Jednym z moich ulubionych kawałków na płycie jest "Born from Sin", który jest bardziej speed metalowy niż pozostałe kawałki. Jednym słowem mocna rzecz. Całość zamyka kolejny kolos czyli "There is no God".

Attic znów nagrał świetny album i nie trzeba więcej dowodów na to, że jest to kapela z górnej półki. Niemiecki band idealnie wypełnia pustkę na brak Mercyful Fate czy nowych albumów Kinga Diamonda. Uzdolniony wokalista, świetne pomysły i dobre zgranie sprawia, że Attic to band wyjątkowy i przed nimi jeszcze wiele sukcesów. Byle tylko następny album ukazał się znacznie wcześniej.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 10 września 2017

ARBITRATER - Darkened Reality (1993)

W latach 90 pojawił się brytyjski Arbitrater, który był jakby swego rodzaju odpowiedzią tego kraju na kapele typu Anthrax, Xentrix czy Exodus. Arbitrater powstał w 1987 r i dał światu dwa albumy, z czego najbardziej dopracowany był ten ostatni czyli „Darkened Reality”, który ukazał się w 1993 r. Trzy osobowy skład stworzył naprawdę solidne dzieło, które cechowała niezwykła dbałość o techniczne zaplecze, bardziej wyszukane melodie i złożona konstrukcja utworów. Niby mieliśmy do czynienia z thrash metalem, ale nie brakowało w tym wszystkim odrobiny punku czy heavy metalu. Punkowy charakter zespołu dał o sobie znać z Suicide Commercially”, który potrafi zaimponować agresywnym charakter i mocnym riffem. Tony „Rat” Martin brzmi jak mieszanka Belladony i James Hetfielda. Nie jest może jakimś specjalistą, ale spisuje się tutaj bardzo dobrze. Stonowany „Guilty of no crime” jest mroczniejszy i bardziej toporny, ale ma to swój urok. To, że zespół potrafi grać melodyjnie i bardziej pomysłowo na pewno udowadnia „No second chance.Niezwykle ciekawy jest Deadline gdzie zespół gra jeszcze ostrzej i jeszcze bardziej techniczne. Jeden z najlepszych momentów na płycie. Kolejną perełką na płycie jest rytmiczny „Nightmare vision”, który potrafi zauroczyć pracą gitary Dominica. Nutka progresywności wdziera się w pokręcony Choose Your Weapons” czy bardziej rozbudowanym „Darkend Reality”. Nie ma w tym jakiejś oryginalności, ani świeżości, ale trzeba przyznać, że jest to kawał solidnego technicznego thrash metalu, w którym nie brakuje heavy metalowego pazura, speed metalowej szybkości i ciekawych melodii. Warto znać ten album jak i zespół.

Ocena: 7.5/10

środa, 6 września 2017

Accu§er - Who dominates Who (1989)

Niemiecka scena metalowa kryje sporo ciekawych kapel, zwłaszcza thrash metalowych. Każdy kto zna Grinder, Paradox czy Vendetta na pewno kiedyś musiał zetknąć z Accu§er. Jest to bardzo solidny zespół, który w 1986 r, a celem ich było pójść w ślady Metaliki, Exodus czy Slayer. Mają na swoim koncie 10 albumów, ale złoty okres grupy przypada na lata 80. Moim ulubionym krążkiem tej grupy jest „Who dominates who”, który ukazał się w 1989r. Mroczna, klimatyczna okładka, specyficzne i rozpoznawalne logo od razu intrygują i zachęcają do sięgnięcia po ten album. Dla wielu fanów gatunku jest to album kultowy i jedna z najlepszych płyt thrash metalowych. Na pewno trzeba przyznać, że płyta ma swój charakter, swój styl i wysoki poziom jakości. Jedynie do czego można przyczepić się to do jakości brzmienia, ale ma też swój urok. Takie przybrudzone, nieco surowe, momentami garażowe brzmienie sprawia że zespół jest jeszcze bardziej naturalny i przekonujący. Na „Who dominates who” znajdziemy sporo ostrych riffów, ciekawych melodii, a najlepsze jest to że płyta jest bardzo przebojowa. To nie jest spotykane przy płytach thrash metalowych, a jednak. Na każdym kroku pojawia się melodyjny riff, czy złożone i chwytliwe solówki. Na płycie znajdziemy urozmaicony i dynamiczny „Master of Disaster”, który już pokazuje potencjał grupy i ich pomysłowość. Więcej agresji i brutalności mamy w rozpędzonym Who pulls the wire”. Sporo dzieje się w 6 minutowym Elected to Suffer” czy technicznym Symbol of Hate”. Nieco punkowy i bardzo przebojowy „Who dominates who to taka wizytówka tego albumu. Z kolei „Bastard” wyróżnia się niemiecką topornością i nie brakuje tutaj wpływów Metaliki czy Megadeth. Całość zamyka kolos w postaci „Called to the Banch”, który jest świetnym podsumowaniem całości. Ciekawa mieszanka melodyjności, agresji i technicznego thrash metalu. Nie ma słabych kawałków, a każdy to prawdziwy killer. Płyta szybko stała się kultowa i lubiana przez fanów gatunku. Nic dziwnego, bo jest to perełka jeśli chodzi o thrash metal.

Ocena: 9.5/10


niedziela, 3 września 2017

DEATH - Leprosy (1988)

Śmierć czeka każdego z nas i przed tym nie da się uciec. Czasami zdarzy się, że anioł śmierci przyjdzie po nas za szybko, a my nie zdołamy przekazać bliskim i światu wszystkiego tego co chcieliśmy przekazać. Śmierć jest nieubłagana i przychodzi nawet po wielkie gwiazdy. Chuck Schuldiner zmarł 2001 r a Scott Clendenin w 2015r. Choć nie ma ich już z nami, a świat poszedł do przodu, to ich twórczość na zawsze wpisała się kanon muzyki metalowej, a dokładniej mówiąc death metalu. To byli dwaj wielcy muzycy, którzy grali w amerykańskim zespole o nazwie „death”. Tak więc śmierć zatoczyło koło.

Chuck przyczynił się do narodzin Death metalu i jego nowej interpretacji. Tak jak oni nie grał nikt wcześniej, a później powstało kilka kopii, ale żadna nie była tak dobra jak oryginał. Nic dziwnego, że Chuck został okrzyknięty ojcem chrzestnym tego gatunku. Jego wokal był bardzo specyficzny. Z jednej strony ostry niczym brzytwy, brutalny, ale potrafił budować mroczną,pełną grozy atmosferę i nadawać kompozycjom melodyjności. Kapela Death powstała w 1984 r na gruzach kapeli Mantas i działała do 2001r. Jest kilka klasyków, które wpisały się na zawsze do grona kultowych i przełomowych wydawnictw w historii heavy metalu. Nie, nie jest to na pewno debiut „Scfream Bloody Gore” który był typową i nieco chaotyczną nawalanką death metalową. Mam tutaj na myśli drugi album tej grupy czyli kultowy „Leprosy”.

Ed repka stworzył jedną z bardziej rozpoznawalnych okładek heavy metalowych. Ukazanie w roli głównej trędowatego budzi już dreszcze i zapada ten obraz na długo w głowie. Zresztą zespół dokonał kilku innych istotnych zmian w porównaniu do debiutu. Teksty są poważniejsze, bardziej problematyczny, co już wyróżniało Death. Sprawa życia i śmierci przewija się w tekstach i rzucają się choćby te ludziach chorych na trąd, czy chorych, których przy życiu utrzymuje aparatura. Każdy z utworów ma jakąś głębię i niesie jakieś przesłanie. Tak więc nie jest to typowa death metalowa nawalanka, która nic z sobą nie niesie. Stylistycznie death też brzmi inaczej na „Leprosy”. Kawałki są bardziej złożone, bardziej pokręcone i gdzieś tam przemycono elementy progresywne, thrash metalowe, czy nawet heavy/speed metalowe. To jest właśnie piękne w tej płycie, że nie zależnie od tego czego lubi słuchać, nawet jeśli nie jesteśmy fanem death metalu, to ten album nie da się pokochać. Każdy znajdzie coś dla siebie. Death tutaj urozmaica swoją muzykę i nie chce grać na jedno kopyto. „Leprosy” to również ostre i soczyste brzmienie, które uwydatnia atuty Death i podkreśla choćby zadziorny wokal Chucka.

Płytę otwiera tytułowy „Leprosy” i zaczyna się dość mrocznie i tak stonowanie. Stopniowo wprowadzane są kolejne dźwięki i elementy układanki. Słychać wysoki poziom techniczny i partie gitarowe są bardzo dobrze wyważone. Co od razu się rzuca to zabawa tempem i dopasowywanie różnych motywów. Dzięki temu utwór nie jest banalny i sporo się w nim dzieje. Jeszcze szybszy i agresywniejszy jest „Born Dead”, który pokazuje jak zespół znakomicie potrafi wtrącić elementy stricte thrash metalowe. Chuck tutaj powala na kolana wokalem, który nie da się pomylić z innym. Echa heavy/speed metalu mamy w rozpędzonym „Forgotten Past” czy melodyjnym „Left To Die”, który imponuje marszowym tempem i taką zadziornością. Kolejnym kultowym kawałkiem z tej płyty jest złożony i urozmaicony „Pull The plug”. Kwintesencja stylu Death i idealny przykład jak połączyć agresję, brutalność i melodyjność. „Open Casket” wyróżnia się szalonymi i energicznymi solówkami, które potrafią oczarować nawet przeciwnika death metalu. Thrash metalowa motoryka pojawia się w złowieszczym i brutalnym „Primitive Ways”. Całość zamyka rozbudowany i bardziej złożony „Choke on it”.

Płyta perfekcyjna i nie ma tutaj słabych punktów. Jest to klasyka gatunku i jedna z najlepszych płyt Death. O tej płycie właściwie wszystko zostało powiedziane i każdy pewnie ją zna na pamięć. Nie ma pewnie też osoby, która by nie spotkała się z zespołem death czy właśnie „Leprosy”. Jeśli czytasz tą recenzję i nie znasz tej płyty to czas to zmienić. Arcydzieło!

Ocena: 10/10

piątek, 1 września 2017

FIREFORCE - Annihilate the Evil (2017)

Brakowało mi w Belgii jakiegoś mocnego heavy metalowego zespołu, który nawiąże do bogatej przeszłości tego kraju z lat 80, kiedy to rodziło się wiele ciekawych kapel w tym rejonie. W 2011roku zadebiutował Fireforce z albumem "March on" i to było to na co czekałem. Band trzyma się i cały czas tworzy nową muzykę, szkoda tylko że co 3 lata się ukazuje jakiś album tej formacji. Najnowsze dzieło "Annihilate the Evil" to kawał solidnego heavy/power metalu, który nawiązuje do lat 80. Słychać bowiem echa Crossfire czy Bad Lizard, jednak nie brakuje też odniesień do Attacker, Metal Church czy Accept. Jednym słowem fani heavy metalu będą zadowoleni. Okładka troszkę jest chaotyczna, ale na szczęście muzyka jest bardziej dopieszczona. "The Boys from down under" to idealny otwieracz, który rozpoczyna album z mocnego kopa. Mocny riff, imponująca forma wokalna Flype, czy chwytliwy refren sprawiają, że na dzień dobry mamy pierwszy hit. Nieco toporniejszy "Ravenge in Flames"to utwór, który zadowoli fanów niemieckiego heavy metalu. Więcej energii i dynamiki uświadczymy w melodyjnym "Dog Soldiers", który jest już bardziej speed metalowy. Kolejnym mocnym punktem płyty jest energiczny "Thyra's Wall", który potrafi wciągnąć za sprawą złożonych i atrakcyjnych solówek. Z kolei w "Iron Bridge" czy "White lily" można doszukać się wpływów Saxon, Iron Maiden czy Judas Priest. Typowy przykład rasowych heavy metalowych przebojów.Końcówka płyty jest również ciekawa, bowiem pojawia się przebojowy "Iron,steel,concrate, granite", rozpędzony "Herkus mantas" i speed metalowy "Rossbach". Fireforce znów nagrał solidny album, który jeszcze bardziej umocnił ich pozycję. Jak dla mnie jeden z najciekawszych zespołów z Belgii.

Ocena: 8/10

PORTRAIT - burn The World (2017)

Per Lengstedt to jeden z najbardziej uzdolnionych wokalistów naszych czasów, jeśli chodzi o klasyczny heavy metal. Tchnął życie w Szwedzki Ovedrive, ale jego największym osiągnięciem było dołączenie do zespołu Portrait. Tam może się spełniać i realizować jako wszechstronny wokalista, który może śmiało dać upust swoim zapędom pod Kinga Diamonda. Sprzyja temu też fakt, że kapela gra mroczny, ciężki i zadziorny heavy metal na wzór Mercyful Fate. Na takie granie zawsze jest zbyt, bowiem Mercyful fate nie tworzy nic nowego Denner i Shermann mają swój band, który jest nawiązanie do korzeni Mercyful fate, ale nie każdemu podoba się maniera Seana, tak więc Portrait jest właściwą alternatywą. "Crossroads" to jest album idealny i w zasadzie ciężko jest go przebić, ale "Burn The World" wstydu kapeli nie przynosi. Dalej mamy kontynuację tego co band wypracował w przeciągu ostatnich lat. Tak więc nie ma mowy o zaskoczeniu, ale nie ma też rozczarowania, bo wiadomo czego można się spodziewać. Nie brakuje mrocznego klimatu, szatanizmu i cech Mercyful Fate. Może nieco brakuje typowych przebojów, ale nie jest to powód do płaczu. Płyta i bez tego potrafi oczarować. Band postawił na intro i "Satan return" przyprawia o dreszcze i można poczuć się jak przy odsłuchu płyty Attic czy Powerwolf.  Dalej mamy mocny "Burn the World", rozpędzony "Likfassna"czy niezwykle melodyjny "Flamming Blood", które oddają to co najlepsze w muzyce Portrait, Nawiązania oczywiście do Mercyful Fate słyszalne, ale to akurat spory plus.  Na pewno co mnie zaskoczyło to energiczny i ostrzejszy "Mine to reap", który utrzymany jest konwencji heavy/power metalu.Niezwykle imponujące są tutaj partie gitarowe i liczne przejścia Christiana i Robina. Chłopaki dają czadu i nie bawią się w komercyjne rozwiązania. 7 minutowy "Martys" to utwór o bardziej hard rockowym feelingu, ale też wiele wnosi do płyty. Kolejną petardą na płycie jest rozpędzony i złowieszczy "To die For" i na taki heavy metal zawsze warto czekać. Nic dodać nic ująć, bowiem kawałek jest idealny w swojej konstrukcji. Tradycyjnie na koniec mamy 9 minutowego kolosa w postaci "Pure of Heart" i w tej kompozycji dzieje się sporo. Marszowe tempo, rytmiczne gitary i mroczny klimat robią swoje. Utwór brzmi jakby został wyjęty z lat 80. Nie ma słabych punktów,a  całosć dopracowana i w zasadzie mowa tutaj o jednym z najlepszych albumów heavy metalowych roku 2017. Dobra konkurencja dla tegorocznego albumu Attic.

Ocena: 9.5/10

czwartek, 31 sierpnia 2017

ANIHILATED - Created in Hate (1988)

Jedną z tych kapel thrash metalowych, która nie jest doceniania to bez wątpienia brytyjski Anihilated. Mają na swoim koncie 5 płyt i choć działają po dzień dzisiejszy po powrocie w roku 2008 to i tak nie mogą się cieszyć taką sławą jak Slayer czy Anthrax. Ta kapela gra ostry, surowy thrash metal o technicznym charakterze, choć ich początki wiązały się bardziej z punk rockiem. Zmiana stylistyki wyszła im na dobre. Złoty okres grupy w sumie przypada na lata 80 i jednym z moich ulubionych albumów jest debiut „Created in Hate”. Okładka taka dość mroczna od razu daje sygnał czego można się spodziewać. Mamy ostry, surowy thrash metal, który przypomina mi debiut Kreator. Podobny ładunek emocjonalny, podobny charakter kompozycji. Do tego Simon Cobb, który brzmi jak Mike Petrozza. Stawia on na agresję i brutalność, co przedkłada się na dostępność owej muzyki. Nie do każdego może trafić zawartość. Album otwiera „Chase the dragon” i choć utwór trwa 4 minuty to i tak sporo się tutaj dzieje. Ciekawe przejścia, złożony i zadziorny riff i duża dawka melodyjności. Mocne wejście, które jest wymagane przy tego typu płytach. Jeszcze lepiej prezentuje się „Slaughter”, w którym jest więcej techniki i pomysłowości ze strony muzyków. „Power is the path” to już prawdziwa jazda bez trzymanki i tutaj słychać te nawiązania do Kreator. Sporo urozmaicenia i ciekawych motywów przewija się w „Nightmare”. Końcówka płyty jest również interesująca bo pojawia się petarda „Seventh Vial”, który zaczyna się od klimatycznego wejścia gitar akustycznych. Na koniec mamy kolejny killer, czyli „Final Dawn”. Nie ma słabych utworów, ale nie ma też jakiegoś zaskoczenia i urozmaicenia kawałków. Momentami można odnieść wrażenie, że leci jeden utwór. Największą bolączką tego albumu jest nieco słabe i niedopracowane brzmienie, które zniekształca niektóre dźwięki. Mimo minusów jest to dobry album thrash metalowy, który można polecić fanom wczesnego Kreator.

Ocena: 7/10

środa, 30 sierpnia 2017

JAG PANZER - the Deviant Chord (2017)

Wśród fanów amerykańskiego Jag Panzer są tacy, którzy spisali na straty ten band i raczej chętniej by zobaczyli jak panowie idą na emeryturę niż wydają nowy album. Nic dziwnego, bowiem ostatnie dokonania tej kapeli nie wiele wnoszą do dyskografii. Działają od 1981 r i pomimo kilku przerw w działalności dalej grają swoje czyli amerykański heavy/power metal. Panowie nic nie muszą  Dudowadniać, bowiem już są wśród kultowych kapel. Na "Deviant chord" fanom przyszło czekać 6 lat, ale na pewno nie był to zmarnowany czas. Dlaczego? Po pierwsze płyta ma powiew klasyczności, po drugie album jest bardziej wyrównany i przebojowy niż ostatnie wydawnictwo, a po trzecie słychać, że panowie czerpią radość z grania, a to przedkłada się na jakość zawartości. Jasne, nie mamy tutaj drugiego "Ample Destruction", ale i tak jest postęp. Już rozpędzony otwieracz "Born of the flame" zaskakuje dynamiką i melodyjnością. Duet gitarowy tworzony przez Joyego i Marka daje słuchaczowi sporo frajdy. Panowie stawiają na szybkość, energię i chwytliwość. Wszystko zagrane z polotem i miłością do heavy metalu.W podobnym stylu utrzymany jest hit w postaci "Far beyond all fear" i na taki Jag Panzer wielu czekało. "The deviant Chord" przesiąknięty jest klimatem grozy i to jest jego spory atut. Marszowy "Black List" to taka mieszanka attacker, helstar, czy Judas Priest. Nie brakuje też elementów Iron Maiden co słychać w "Foggy dew" i to kolejny udany przebój na płycie. Najdłuższym utworem na płycie jest bez wątpienia "long awaited kiss", zaś moim faworytem jest power metalowa petarda "Fire of our spirit". Całość zamyka równie ciekawy i klimatyczny "Dare", który świetnie podsumowuje zawartość najnowszego dzieła. Jag Panzer ma się naprawdę dobrze, a "The deviant chord" to jeden z najciekawszych albumów tej formacji od lat.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 29 sierpnia 2017

ECLIPSE - Momentum (2017)

Na szósty album szwedzkiej grupy Eclipse przyszło czekać fanom 2 lata. „Momentum” to w zasadzie kontynuacja tego co mieliśmy na „Armageddonize” czyli prosty, chwytliwy i bardzo melodyjny hard rock z lekkim zacięciem heavy metalowym. Jak przystało na szwedzki band nie brakuje tej ich pomysłowości, tej lekkości i ciekawych zagrywek. Eclipse to przede wszystkim gitarzysta Magnus Henriksson i wokalista, gitarzysta Erik Martensson, którzy napędzają ten band i to oni wkładają w niego jak najwięcej.

Szum wokół „Momentum” był i każdy udostępniony utwór był na tyle ciekawy i intrygujący, że nie można było przejść obojętnie obok tego wydawnictwa. Najnowsze dzieło to taka mieszanka nowoczesnych patentów z klasycznymi. Zespół próbuje nawiązać do Scorpions, Pretty Maids, czy House of Lords. Jednak słychać młodzieżowy zapał i pomysłowość, dzięki czemu mają swój styl. Już otwieracz pokazuje jak brzmi Eclipse. „Vertigo” to mocny kawałek, z bardziej zadziornym riffem i dużą dawką ciekawych melodii. Dobrze się tego słucha bo nie ma prób silenia się na coś, co nie leży zespołowi. Przebojowy „Never look back” potrafi zarazić pozytywną energią, której jest tutaj pod dostatkiem. Do grona ciekawych kawałków na pewno trzeba zaliczyć rytmiczny i bardziej zadziorny „The downfall of eden”, który przenosi nas do lat 80. nieco spokojniejszy i bardziej komercyjny „Jaded” wnosi troszkę urozmaicenia. Hard rock pełną gębą mamy w mocniejszym „Born to lead”, który ma w sobie znacznie więcej z klasyki gatunku. Jednym z najciekawszych utworów na płycie jest „no way back”, który pokazuje przebojowy charakter nowego albumu. „Night Comes Crawling” to prawdziwy killer, który potrafi oczarować mrocznym klimatem i zadziornym riffem. Tak powinno grać się hard rocka. Płyta szybko przelatuje, a na koniec mamy jeszcze marszowy „Black Rain”.

Przeczucie nie myliło, warto było zapoznać się z najnowszym dziełem szwedów, bo jest to prawdziwa uczta dla fanów hard rocka. Mamy mocne, agresywne riffy, sporo ciekawych melodii i przebojowość na każdym kroku. Eclipse to jeden z najciekawszych zespołów w kategorii hard rocka. Oczywiście polecam „Momentum” !

Ocena: 8.5/10

niedziela, 27 sierpnia 2017

HOUSE OF LORDS - SAint of the lost soul (2017)

House of Lords to jeden z tych zespołów, dzięki którym hard rock ma się dobrze i wciąż nowe rzesze fanów. Jest to zespół, który przede wszystkim wierzy w klasyczny rock bez zbędnych udziwnień i najlepiej taki szczery i autentyczny. Panowie starają się by ich muzyka brzmiała, jakby powstała w latach 80. To akurat nie jest trudne, bo House of Lords działa od 1987r. Debiutancki album czy „Sahara” pozwoliły zespołowi szybko zyskać sławę i wbić się do grona najlepszych kapel grających hard rocka. „The power and the myth” z 2004 był świetnym powrotem kapeli. Teraz mamy rok 2017 i kapela wydała swój 10 album zatytułowany „Saint of the lost soul”. Liderem grupy jest wokalista, gitarzysta i kompozytor James Christian, który nadaje ton House of Lords i dba o wysoki poziom muzyczny albumów od samego początku. Jaki jest nowy album?

To w zasadzie nic nowego. Choć w zespole pojawił się nowy basista – Chris Tristram to kapela i tak dalej gra swoje. Stawiają na klasyczne dźwięki, które nasuwają twórczość takich kapel jak Rainbow, Deep Purple, Queen, czy Pretty Maids. House of Lords od lat stawiał na chwytliwe melodie, na soczyste i mocne brzmienie, na pomysłowe riffy i wciągające refreny. Bez problemu potrafią stworzyć urozmaicony i energiczny materiał, który jest wypełniony przebojami. Ciężko na pewno wyróżnić najlepsze dzieło tej kapeli, bo każdy krążek niesie wysoki poziom muzyczny. „Saint of the lost soul” z pewnością trzeba zaliczyć do tych najlepszych dzieł House of Lords. Jest z jednej strony klasycznie, tak w klimatach lat 80, ale jest też gdzieś powiew świeżości i nutka nowoczesności, co słychać w brzmieniu. James mimo lat wciąż śpiewa z gracją i taką rockową werwą. Prawdziwy rockowy wokal, który z każdego kawałka coś potrafi zrobić. Od strony partii gitarowych nowy album też wypada znakomicie. Znajdziemy tutaj sporo dojrzałych i złożonych solówek, melodyjnych riffów i takiej lekkości. Wszystko jest zagrane z polotem i finezją, co tym samym zbliża nas do płyt Yngwiego malmsteena, Rainbow czy Pretty Maids.

Płytę otwiera kawałek, który promował „Saint of the lost soul” czyli melodyjny „Harlequin” . Echa Rainbow czy Deep purple można dość szybko wyłapać w tym utworze. Lekkość, rytmiczność i radiowy charakter to atut „Oceans Divide”, który może spodobać się fanom Def leppard. Komercyjność też się pojawia tu i ówdzie co potwierdza lekki i spokojny „Hit the Wall”.Pierwszą taką prawdziwą petardą na płycie jest tytułowy „Saint of the lost soul”, który mocno nawiązuje do dokonań Pretty Maids. Aranżacje, styl, mocny riff to nie jest zbieg okoliczności. Z kolei „New Day breakin” wyróżnia się klimatycznymi partiami klawiszowymi i przebojowością. Troszkę bluesa i zadziorności mamy w stonowanym „Reign of Fire”. Do grona najciekawszych kawałków na pewno warto zaliczyć ostrzejszy „Grains of Sand” czy rozpędzony „The other option”, który pokazują w jakie świetnej formie jest zespół.

House of Lords to marka, która gwarantuje zawsze wysokiej klasy hard rockowy album. To zespół, który nie zawodzi i wie jak stworzyć ciekawe i wciągające melodie. Najnowsze dzieło jest tylko dowodem w jakiej formie jest House of Lords i mimo lat wciąż potrafią zachwycać. Bez błędna płyta, która może śmiało startować o tytuł najlepszej płyty hard rockowej roku 2017. Polecam !

Ocena: 9.5/10

czwartek, 24 sierpnia 2017

LIONVILLE - A World of Fools (2017)

Fanom melodyjnego Rocka i AOR przyszło czekać 5 lat na nowe dzieło włoskiego Lionville. Nie obeszło się bez zmian personalnych, ale wciąż podstawą tego zespołu są gitarzysta Stefano Lionetti i wokalista Lars safsund. Muzycznie nie ma zmian, bo najnowsze dzieło w postaci „A world of Fools” to wciąż dobrze znany nam z poprzednich dzieł melodyjny rock i emocjonalny Aor w klimatach Toto, Chicago, Survivor czy Bad English.

To już trzeci album tej grupy, ale bez wątpienia jest to najbardziej dojrzały krążek i taki bardziej uczuciowy. Same melodie i motywy są proste, chwytliwe i zagrane z lekkością. Nie ma grania na siłę, ani też wypełniaczy. Słucha się tego dobrze, bo zespół stawia na lekkość, przejrzyste brzmienie i łatwo w padające w ucho melodie czy takie nieco komercyjne refreny, które mogły by nas raczyć stacje radiowe. Album promował energiczny i nieco zadziorny „ I will wait” , który idealnie oddaje to co nas czeka na płycie. Melodyjny rock wymieszany z emocjonalnym AOR, a wszystko polane popowym wydźwiękiem. Nie mogło zabraknąć na płycie romantycznych kawałków i w tej roli spełnia się spokojniejszy „Show me the love”. Lionville świetnie wypada w pięknych, emocjonalnych balladach pokroju „Heaven is Right here”. Więcej energii i rockowego szaleństwa mamy w zadziornym „A world of Fools”. Jest to jeden z najciekawszych utworów na płycie, a z pewnością mój faworyt. Duch lat 80 można poczuć w przebojowym „One more night” czy szybszym „All i want”. Zespół nie kryje tego, że kocha twórczość Toto co zresztą słychać w klimatycznym „Our Good Godbey”. Bardzo dobrze wypada też dynamiczny „Paradise” czy łagodniejszy „Image of Our soul”.

Lionville przyzwyczaił nas do tego, że ich albumy są równe, klimatyczne i bardzo romantyczne. Dźwięki są miłe dla ucha, kojące i pełne emocje, a kiedy zmiesza się to z latami 80 i sprawdzonymi patentami to uzyskuje się właśnie taki efekt jaki mamy na „A world of Fools”. Jednym słowem pozycja obowiązkowa dla fanów Aor czy melodyjnego rocka.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

ONE DESIRE - One Desire (2017)

Andre Liman to człowiek znany z hard rockowego zespołu Sturm und Drang i troszkę brakuje jego obecności w rockowym światku. To był kawał dobrej i odprężającej muzyki. Była energia i kilka stadionowych hitów. Teraz Andre wraca z nowym zespołem, który zwie się One Desire. W skład zespołu wchodzi Jimmy Westerlund, Ossi Sivula i Jonas Kuhlberg z Cain;s Offering. Wytwórnia Frontiers Music Srl zadbała o marketing dotyczący debiutanckiego albumu „One Desire” i wiele osób mówiło nawet o kandydacie do płyty roku. Może nie podniecałbym się aż tak bardzo, ale śmiało można mówić o jednym z najciekawszych wydawnictw w kategorii hard rocka i heavy metalu.

Muzyka One Desire jest przede wszystkim dynamiczna, zadziorna, przebojowa i taka lekka. Słucha się tego z przyjemnością, zwłaszcza że zespół czerpie garściami z Sturm und Drang, ale też Motley Crue, Def Leppard czy Kiss. Kiedy do sieci trafiały kolejne kompozycje z krążka, to już wiedziałem że jest do płyta która przypadnie mi do gustu. Brakowało mi takiego właśnie hard rocka o bardzo melodyjnym charakterze. Muzycy nie kryją swojego doświadczenia i preferencji gatunkowych. Wokal Andre jest idealny do tej muzyki. Taki czysty, taki nieskażony i taki naturalny. Potrafi nadać całości nieco komercyjnego charakteru oraz melodyjny wydźwięk. Ta płyta to przede wszystkim trafione melodie, ciekawe aranżacje i zgrane partie gitarowe. Każdy utwór to rasowy hit, który śmiało mógłby podpić stacje radiowe.

Na samym początku mamy „Hurt”, który promował album. Zadziorny riff, melodyjne klawisze i duża dawka melodyjności. To jest właśnie przykład jak stworzyć hit w kategorii melodyjnego metalu i hard rocka. Dalej mamy nieco bardziej komercyjny, ale równie chwytliwy „Apolagize”. Przypominają się największe przeboje Def Leppard i słychać inspiracje jakimi kieruje się One Desire. W podobnych klimatach utrzymany jest rytmiczny „Love injection” w którym nie brakuje ducha starego Scorpions. Dalej mamy energiczny i chwytliwy „Turn back Time”, który pokazuje jak zespół jest zgrany i przygotowany. Dużo emocji i klasyki zawarto w klimatycznym „Falling Apart”. Dla fanów nieco mocniejszych utworów zespół przygotował rozpędzony i dynamiczny „Straight through the heart” czy energiczny „Buried Alive” o nieco heavy/power metalowym charakterze. Całość zamyka klimatyczna i łapiąca za serce ballada w postaci „This is where heartbreak begins”.

Nie ma słabych utworów i mówimy o dziele kompletnym i dopracowanym pod każdym względem. Mam nadzieje, że One Desire będzie zespołem z prawdziwego zdarzenia i jeszcze trochę pogra. Brakowało takiego zespołu w hard rockowym światku i dobrze że powstał One Desire. Dla fanów heavy metalu i hard rocka pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

piątek, 18 sierpnia 2017

HAVOK - Conformicide (2017)

Fani thrash metalu nie mogą narzekać na brak ciekawych płyt w bieżącym roku. Nawet wielkie kapele dają czadu i mam tutaj na myśli choćby Kreator czy Overkill, ale też zespoły młodego pokolenia jak choćby Warbringer i Havok. Amerykański band o nazwie Havok dał się już nam poznać kapela, która czerpie garściami z Megadeth, exodus czy Death Angel. Wiedzą jak grać agresywny, dynamiczny i ostry thrash metal, który nawiązuje do lat 80 czy 90. Nagrali 3 albumy w tej stylizacji, ale najnowsze dzieło w postaci „Conformicide” to powiew świeżości i miłe zaskoczenie ze strony zespołu. Dlaczego? Havok uderza szturmem w techniczny thrash metal, który ma zaskakiwać formą i aranżacjami. Dodatkowo najnowsze dzieło śmiało można nazwać tym najlepszym w dyskografii amerykanów.

Skąd taki wniosek? Mówimy w przypadku „Conformicide” o płycie dopracowanej, dojrzałej, przemyślanej i pomysłowej. Niby zespół momentami brzmi jak Death Angel czy Megadeth, ale nie jest niczyją kopią, bo dawno znaleźli swój styl. Ameryki nie odkryli, ale wciąż jest głód na taki thrash metal. Na plus na pewno trzeba zaliczyć fakt, że zespół cały czas bawi się swoim stylem i że potrafi go urozmaicać. Każda z kompozycji jest inna i prezentuje nieco inne oblicze zespołu. Havok podrasował swoje brzmienie, które jest ostrzejsze i lepiej wyważone. Lepiej słychać perkusję i nowego basistę Nicka, który odwala kawał dobrej roboty. To dzięki niemu kawałki mają taką przestrzeń i wyrazisty wydźwięk. Havok sukces odniósł dzięki świetnemu wokaliście jakim bez wątpienia jest David Sanchez. Jego maniera na tym albumie momentami ociera się o harsh wokal charakterystyczny dla metalcore'u. David dalej momentami potrafi przypomnieć wokalistę z Death Angel czy Musteina z Megadeth. Jednym słowem idealnie pasuje do technicznego thrash metalu jaki zespół prezentuje na nowej płycie.

Zaczyna się od klimatycznego „F.P.C” i jest bardzo dobre budowanie mrocznego klimatu. Idealnie to współgra z mroczną i klimatyczną okładką. Kompozycja jest bardzo zakręcona i nie taka łatwa w odbiorze. Mocny bas jest tutaj naprawdę uroczy i jest główną atrakcją. Ciekawa mieszanka punk rocku i progresywnego thrash metalu. Pomysłowe partie basowe też są ciekawym ozdobnikiem agresywnego i rozpędzonego „Hang 'em high”. Jest to jeden z najlepszych kawałków jakie stworzył Havok. Kolejny utwór w postaci „Dogmanical” również zaczyna się klimatycznie i bardzo dobrze sprawdzają zagrywki akustyczne. Dobry przykład jak tworzyć złożone i bardziej urozmaicone kawałki thrash metalowe. Słuchając takiego „Intention to Deceive” można od razu przenieść się do lat 90 i twórczości Toxik. Znów zespół pokazuje nieco inne oblicze, bowiem nie brakuje tutaj elementów heavy metalu. Jest melodyjne, ale i agresywnie. Na płycie nie zabrakło też dłuższych kawałków i w tej kategorii mamy marszowy „Ingsoc”, urozmaicony „Masterplan” czy melodyjny „Circling the drain” o metalowym charakterze. Urocza jest toporność w „Peace is in pieces” czy przebojowość w agresywnym „Wake up”. Zespół jest w szczytowej formie i słychać to nawet w coverze Pantery w postaci „Slaughtered”.
Godzina z nowym albumem Havok szybka mija i wiele dźwięków zostaje w głowie. „Conformicide” to płyta złożona, urozmaicona i najlepsze jest to, że z każdym odsłuchem odkrywa się kolejne smaczki i elementy układanki. Bardzo dojrzała płyta, która pokazuje że techniczny thrash metal jest jak najbardziej dla nich. Najnowsze dzieło to najlepsze co nagrali amerykanie i kto wie pewnie powalczy o tytuł płyty roku.

Ocena: 9.5/10

środa, 16 sierpnia 2017

VOLTAX - No retreat...no surender (2017)

Voltax to meksykański band, który idzie śladami Skull Fist czy White Wizzard. Działają od 2006 r i szybko dorobili się 4 płyt, a najnowsze dzieło w postaci „No retreat...no surender” jest tylko dowodem jak Voltex świetnie radzi sobie z heavy metalem w stylu lat 80.

Niby z jednej strony mamy oklepane motywy wypracowane kilkanaście lat temu przez Running Wild, Iron maiden czy Judas Priest, ale z drugiej strony Voltax gra swoje i przetwarza te znane patenty w nowe pomysły. Miło jest usłyszeć dawkę czadowego, prostego i melodyjnego heavy metalu z domieszką speed metalu, hard rocka i NWOBHM. Kiedy ma się w zespole charyzmatycznego wokalistę jak Jerry to można wiele zdziałać. To właśnie nadaje całości pazura i takiego klimatu lat 80. Ricardo i Diego to z kolei muzycy, którzy odpowiadają za dynamiczną i ostrą warstwę instrumentalną. Płyta kipi energią i potrafi zaskoczyć słuchacza. „Broken World” to utwór szybki, z nutką hard rocka, ale i też speed metalu. Idealny start i przykład, że można grać na wzór wielkich kapel, a przy tym być sobą. Bluesowe wejście w „This void we Ride” jest intrygujące i zaskakujące. Sam utwór szybko wkracza w rejony Iron Maiden z pierwszych płyt. Brzmienie gitar robi swoje. Szybszy i bardziej zadziorny „Deadly Games” ma coś z Judas Priest, Gravestone czy Angel Witch. Zespół nie zwalnia tempa i w „Go with Me” też nie brakuje energii i heavy metalowego pazura. Kolejny przykład rasowego przeboju, który buja od samego początku. Nie mogło zabraknąć wtym wszystkim ukłonu dla Deep Purple czy Dio co zresztą słychać w mroczniejszym i bardziej klimatycznym „Starless Night”. Fani wczesnego Iron Maiden czy NWOBHM na pewno pokochają zwariowany i dynamiczny „Explota”. Choć na płycie dominują krótkie i treściwie kompozycje to nie mogło zabraknąć jednego dłuższego kawałka i „The hero” to świetny hołd dla pierwszego krążka Iron Maiden. Całość zamyka cover Chicago w postaci „10 25, 6 to 4”.

Nie liczyłem, że Voltax wyda taki dynamiczny i dopracowany album. Każdy utwór to właściwie killer i prawdziwa uczta dla fanów heavy/speed metalu z lat 80. Wszystkie dźwięki są dopracowane i pomysłowe. Jedno z najlepszych albumów metalowych roku 2017!

Ocena: 9/10

niedziela, 13 sierpnia 2017

NOCNY KOCHANEK - Zdrajcy Metalu (2017)

Nasz rodzimy Night Mistress to jeden z najbardziej uzdolnionych kapel, które pokazują jak grać heavy/power metal na wysokim, światowym poziomie. Ostatni album tej grupy ukazał się w 2014 r, a muzycy z Night Mistress w międzyczasie powołali do życia Nocny Kochanek. Grupa powstała w 2012 r i tworzą ją ci sami muzycy, których znamy z Night Mistress. Nocny kochanek to takie przeciwieństwo Night Mistress, takie alter ego. Zamiast poważnego heavy/power metalu w języku angielskim mamy zabawne teksty o piciu i seksie, a wszystko w języku rodzimym, co byłoby łatwiejsze w odbiorze i jeszcze bardziej zabawne. Dwa albumy Nocny Kochanek już nagrał i najnowsze dzieło w postaci „zdrajcy Metalu” jest specyficzne i skierowane do określonej grupy słuchaczy.

Nie każdy może polubić te specyficzne teksty, w których pojawia się miejsce dla alkoholu, seksu, kondonów, czy tanich win. Jest to momentami irytujące, ale jeśli chcemy się odprężyć i przy tym dobrze bawić, to wtedy Nocny kochanek się sprawdza. Mało zobowiązująca muzyka, w której przemycane są klasyczne zagrywki rodem z płyt Iron maiden czy Judas Priest. Właśnie od strony czysto muzycznej jest bardzo dobrze. Zresztą panowie są naprawdę uzdolnieni i potrafią grać na wysokim poziomie. Tak więc nie brakuje ciekawych melodii, ostrych riffów, czy mocnego wyrazistego wokalu. Pod tym względem dzieje się sporo, tylko czasami gryzie się to z tym humorem który jest jakby na pierwszym miejscu. Krzysztof Sokołowski daje niezły popis, jeśli chodzi o wokal i naprawdę miło się go słucha, nawet jeśli śpiewa po polsku. Z kolei Robert i Arek tradycyjnie dają czadu w gitarowych zagrywkach i trzeba przyznać moc jest w każdym utworze.

Na sam start „Poniedziałek” i to mocny heavy metalowy kawałek mocno zakorzeniony w klimatach Primal Fear, czy Helstar. Nocny kochanek od razu pokazuje moc i pazur. Sam tekst taki dość autentyczny i na swój sposób śmieszny. Nośne melodie i przebojowość, to jest atut tej płyty. Miło słucha się takich przebojów jak „Dżentelmeni metalu”, gdzie zespół nawiązuje do klasyki heavy metalu. Jest prosto, kiczowato i tak w stylu lat 80. Dalej mamy szybki i dynamiczny „Pigułka Samogwałtu”, gdzie zespół chce nawiązać do twórczości Helloween czy Gamma Ray. Kiedy usłyszałem „Dziabnięty” to od razu skojarzyło mi się z „King of the Day” Primal Fear. Nawet Krzysztof śpiewa niczym Ralf Sheepers co jest sporym atutem. Echa hard rocka rodem z Dokken czy Pretty maids można dostrzec w przebojowym „Łatwa nie była”. Humor i ballada to kiepska mieszanka. „Dziewczyna z Kebabem” jest bardzo irytujący i jest to najsłabszy punkt płyty. Petarda w postaci „Smoki i gołe baby” to power metal pełną gębą. Jeśli tekst nie zachwyca, to przynajmniej można skupić się na świetnej warstwie instrumentalnej. W sumie najbardziej rozśmieszył mnie „De pajrat bej”, gdzie zespół parodiuje Running Wild. Już samo wejście rodem z „Port Royal” jest śmieszne. Kolejnym ostrym utworem na płycie jest „Zdrajcy metalu”, który również nawiązuje do Primal Fear i w takiej stylizacji zespół najlepiej wypada. „Pierwszego nie przepijam” to już bardziej hard rockowe granie w stylu Krokus czy Airbourne. Na koniec spokojniejszy „Gdzie Jesteś”, który nie wiele wnosi do całości.

Wesoły heavy metal zagrany żartobliwe, ale z mocą i pazurem. Dobrze się tego słucha, pomimo że teksty czasami potrafią irytować i zniechęcać do słuchania. Wszystko zależy od podejścia słuchacza i dystansu do tekstów zespołu. Płytę na pewno warto obczaić.

Ocena: 8/10

piątek, 11 sierpnia 2017

DANKO JONES - Wild CAt (2017)

W końcu przyszedł czas na nowe dzieło kanadyjskiego zespołu Danko Jones. Ostatnie wydawnictwo ukazało się w 2012 r i potwierdzało tylko że pochodzący z Toronto band wie jak grać zadziorny i z dobrym humorem hard rock. „Wild Cat” to nic nowego jeśli chodzi o muzykę Danko Jones. Dalej jest to prosty, chwytliwy i bardzo zadziorny hard rock z domieszką punku czy bluesa. Panowie wzorują się na Ac/Dc, Aeorosmith, Dokken czy Sinner. Na nowym krążku nie brakuje mocnych i ostrych riffów, dobrych melodii czy szaleństwa. Zespół oczywiście napędza nie kto inny jak gitarzysta i wokalista Danko Jones. Echa Ac/Dc mamy w rytmicznym „My little RnR” i w zasadzie na płycie jest sporo pozytywnej energii i przebojowości, co potwierdza otwieracz „i gotta rock”. Zespół stawia na proste motywy jak te w „You re my woman” czy „Do this every night”. Z ciekawych kompozycji mamy przebojowy „Wild cat” z pomysłowym motywem w roli głównej. Momentami przypomina to dokonania Motorhead. Rytmiczny i zadziorny „Success in the bed” to kolejny udany hit na płycie. W tym utworze podoba mi się lekkość, bujający riff i taki nieco punkowy charakter. Jeszcze więcej energii mamy w rozpędzonym „Diamond lady”.
Danko Jones to sprawdzony zespół jeśli chodzi o dobrą zabawę i hard rockowe szaleństwo. Nie stawiają na ambitne granie ani też na rewolucję. Grają swoje i przez to mają stałych fanów. Dla fanów gautnku pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7/10

wtorek, 8 sierpnia 2017

ASTRADICA - Deadly Eruption (2017)

Astradica to norweski band, który chce pójść w ślady Striker, Rocka Rollas czy Enforcer. W głowie im motywy i melodie rodem z lat 80. Mają na celu mieszać tradycyjny heavy metal spod znaku Accept, Judas Priest czy Iron Maiden z hard rockową manierą Dokken czy Pretty maids. Niby nic nowego, niby nic nadzwyczajnego i bardzo prostego, ale ile radości dostarcza. Astradica działa od 2009 roku i w końcu pokazuje światu swój album w postaci „Deadly Eruption”. Okładka taka w stylu lat 80, czyli prosta i kiczowata. Muzyka jest również prosta, ale bardzo chwytliwa i zapada w pamięci. Trzy osobowy skład zespołu sprawia, że nie trzeba wiele by grać solidny heavy metal. Arid to pomysłowy basista i zadziorny wokalista, który dobrze się przy tym bawi. Z kolei Stig stoi za tymi prostymi i chwytliwymi partiami gitarowymi. Oklepane to wszystko, ale fajnie się tego słucha. „Anonymous Enemies” brzmi jak nawiązanie do „Metal Heart” Accept i to dobry znak. Bardziej toporny i hard rockowy jest „Front Row”, z kolei echa Grave Digger czy Accept można uświadczyć w mroczniejszym „Turn back Time”. Prosty „ You” opiera się na chwytliwym riffie i przebojowym charakterze i to zdaje egzamin. Słabym punktem jest nijaka ballada „Shadows”, która nie wiele wnosi do całości. „the killer instict” nawiązuje do NWOBHM i starego iron maiden. Na koniec mamy dwa bardziej rozbudowane i mroczniejsze kawałki w postaci „A Soldiers Mind” czy „Tombstone”, które idealnie podsumowują całość.

Astradica gra prosty i szczery heavy metal, który spodoba się fanom heavy metalu lat 80 i tym wszystkim którzy nie mają sporych wymagań co do tego typu muzyki.

Ocena: 6.5/10

sobota, 5 sierpnia 2017

RUSTX - T.T.P.M (2017)

Najpierw był Flames in Ice, potem w 2004 r cypryjski band przybrał nazwę RUST, a od 2014 r mamy RUSTX. Mają na swoim koncie całkiem przyzwoity debiut w postaci „Forged in the fire of metal”. 6 lat przyszło czekać fanom na nowe dzieło i tak o to pojawił się drugi album zatytułowany „T.T.P.M”, który jest świetną kontynuacją debiutu i jeszcze bardziej dojrzałym dziełem.

Do składu wciągnięto Katarine Xanthou, która jest siostrą pozostałych muzyków. Fajnie jest widzieć, że zespół tworzy rodzeństwo i każdy odgrywa kluczową rolę. Każdy z nich dokładka partie wokalne, przez co partie wokalne są urozmaicone. Katarine zajęła się klawiszami dając nieco progresywnego zacięcia i sporej ilości ciekawych melodii. Panagiotis odpowiada za partie gitarowe i za ostre riffy. Stawia na klimat lat 80, na proste i chwytliwe melodie, a także na zadziorne solówki. To wszystko przedkłada się na jakość zawartej muzyki. Śmiało ten zespół można postawić obok takiego Enforcer, Rocka Rollas, czy Striker. Kawał porządnego heavy metalu, który jest zakorzeniony w latach 80. Okładka jest mroczna i troszkę nieadekwatna do zawartości. Z kolei brzmienie jest dopieszczone i przesiąknięte klimatem lat 80.

Na płycie znajdziemy 10 kompozycje, które potrafią zauroczyć wykonaniem i pomysłowością zespołu. Na sam start mamy energiczny „Fire at will”, który jest skrzyżowaniem heavy/speed metalu i hard rocka spod znaku Deep Purple. Zespół pędzi do przodu i czerpie z tego radość. „Frontier Heroes” jest przykładem gdzie klawisze budują klimat i całą linię melodyjną. Kolejny hit na płycie. Bardziej rockowy jest „Journey arrives”, który ukazuje też progresywne oblicze zespołu. Tytułowy „T.T.P.M” jest niezwykle zadziorny i przemyca cechy NWOBHM, a najlepsze jest to, że 7 minutowy instrumental z różnymi przejściami. Do grona ciekawych utworów na pewno warto zaliczyć nieco futurystyczny „Too late”, rozpędzony „treason”, czy balladę „Dreams of Tommorow”.

Fani klasycznego brzmienie, progresywnego zacięcia i lat 80 bez problemu odnajdą się na nowym albumie RUSTX. Płyta jest solidna i wypełniona dobrymi kompozycjami, które potrafią zaskoczyć słuchacza i oczarować ciekawymi melodiami. Nie jest to arcydzieło, ale przyzwoita płyta o ciekawym charakterze.

Ocena: 6/10

piątek, 4 sierpnia 2017

ACCEPT - The Rise of Chaos (2017)

Każdy z nas ma swoją listę ulubionych zespołów, listę tych kapel, który ukształtowały nasz gust i nasze upodobania muzyczne. Ja też mam swój zestaw zespołów, który przekonały mnie do heavy metalu i pozwoli na dobre zakochać się w tego typu muzyce. Wśród tych kapel jest niemiecki Accept, który ma status legendy i śmiało można ich porównać do takich tuz jak Iron Maiden, Judas Priest czy Saxon. Jest to jedna z tych kapel, która nagrała sporo klasyków, sporo kultowych albumów, a ich reaktywacja w 2009 r wzbudziła szerokie zainteresowanie. Nic dziwnego, w końcu ostatni album ukazał się w 1995r. Wielu się bało powrotu z innym wokalistą, w końcu z Davidem Reecem się nie udało. Jednak nowy rozdział z Markiem Tornillem okazał się strzałem w dziesiątkę. Kapela kuje żelazo póki gorące i nic dziwnego że tak często wydają teraz nowy album. Pytanie czy panowie nie idą teraz w ilość zamiast w jakość?

Accept to typowy brudny i zadziorny wokal, to podniosłe chórki, charakterystyczne riffy i niemiecka toporność. To również chwytliwe melodie i pulsujący bas Baltesa. To było na "Blood of the Nations", który miał coś z "Balls of The Wall" i nic dziwnego z miejsca stał się klasykiem. Przebojowy i dynamiczny "Stalingrad" był czymś na miarę rosyjskiej ruletki. Nieco inny był "Blind rage", który nie wzbudzał już takich emocji, choć jego hard rockowa finezja przypomina czasy "Metal Heart". Jeśli o mnie chodzi, to ostatni album pozostawił mi spory niedosyt. Brakowało mi typowych zagrywek gitarowych, mocnych i zapadających w głowie przebojów.  Sam album był nie równy i jakiś taki nie na miarę Accept. Minęły 3 lata i Accept zmienił skład. Pojawił się gitarzysta Uwe Lulis, który jest znany z Grave Digger.Z kolei Christopher Williams zasiadł na stołku perkusisty.  W takim składzie został zarejestrowany  "The rise of Chaos". Można było się spodziewać, że 15 album będzie nieco inny, że nowe osoby wniosą świeżość do muzyki Accept. Jednak czy tak się stało?

"The rise of Chaos" to album na pewno dobry, nawet bardzo dobry, ale niestety to nic nowego. Muzyka Accept nie zachwyca tak jak na "Stalingrad" czy "Blood of the nations". Nie ma elementu zaskoczenia, nie ma eksperymentów, nie ma też wielkich, ponadczasowych utworów, który na długo wbijają się w twórczość Accept. Zawsze na każdym albumie był jakiś taki zaskakujący przebój, który od razu stawał się klasykiem. "Teutonic terror" , "Stalingrad", "Stampade" czy inne klasyki to najlepsze przykłady. Na nowy albumie troszkę ciężko oto. Brakuje świeżości też w brzmieniu, bo Andy Sneap dalej dostarcza nam takich samych smaczków i patentów. Brzmi to już znajomo, dlatego trochę wieje nudą. Obawiałem się, że "The rise of chaos" będzie pięknym albumem tylko od strony technicznej i brzmieniowej. Na szczęście nie jest, aż tak źle.

Accept to machina nie do zatrzymania i choć nie mają już takiej ikry i nie tworzą takich petard jak "Metal Heart" to wciąż tworzą heavy metal na wysokim poziomie. Atutem jest to, że cały materiał trwa 45 minut, czyli co klasyczne albumy.

Album otwiera melodyjne wejście gitar i podniosłość niczym w "Metal Heart" . Właśnie takie emocje wzbudza energiczny otwieracz "Die by the Sword".  Jest ostry riff, jest chwytliwy refren i prostota, co pozwala od razu pokochać ten kawałek. Jest w tym duch Accept, ale też i Grave Digger. Niemiecka toporność, brud i mroczny klimat mamy w "Hole in the Head" i choć nasuwają nam się czasy "Balls to the wall" to jednak za mało tutaj ognia i trochę wieje nudą. Tytułowy "The rise of chaos" to utwór, który promował album. Nie wiem czemu, ale mimo mocnego taktu, szybszego tempa utwór jakoś nie przypadł mi do gustu. Za dużo technicznego grania na siłę, a za mało luzu i przebojowości. Gdzieś uleciała ta lekkość i ciekawe przejścia gitarowe, które zawsze były w muzyce Accept. Choć początek płyty nie jest najlepszy, to jednak wraz z luzackich i nieco hard rockowym "Koolaid". Jest w tym duch Ac/Dc, ale też coś z lat 80, tak więc pierwszy klasyk odnotowano. Ten utwór urzeka swoją prostotą i przebojowością i tak powinien brzmieć Accept. Pierwszą petardą na płycie jest "No regrets", który śmiało mógłby znaleźć się na "Ojection Overruled". W końcu Uwe i Wolf dają ciekawy popis solówek i przejść gitarowych. Moim faworytem został od razu prosty i przebojowy "analog Man", który urzeka swoim prostym charakterem i klasycznymi patentami. To jest już Accept, jaki znamy z "Metal Heart" czy "Balls to the Wall". Świetny riff i chwytliwy refren sprawiają, że utwór zapada w pamięci. Dalej mamy szybki, energiczny "What's done is done", który cechuje się ostrym i melodyjnym riffem, który oddaje to co najlepsze w Accept. Brakowało mi takich hitów na "Blind Rage".  W "Worlds Colliding" też można usłyszeć sporo sprawdzonych patentów Accept i takich klasycznych rozwiązań, co bardzo cieszy.  Drugą petardą na płycie jest "Carry the Weight", który nawiązuje do ostrego i dynamicznego "Blood of the Nations". Całość zamyka bardziej rozbudowany i podniosły "Race to extinction", który też przemyca ciekawe zagrywki gitarowe i liczne solówki. Accept w pigułce.

Początek płyty może nie jest idealny, ale album zyskuje z drugim obrotem i na pewno potęgą jest druga połowa płyta. Jest lepiej niż na "Blind Rage", ale nie ma już takiego zaskoczenia, takich emocji jak przy "Blood of The Nations". Najważniejsze jest to, że Accept wciąż istnieje i tworzy nową muzykę, zwłaszcza że nie jest poniżej ich poziomu.

Ocena: 8.5/10

środa, 2 sierpnia 2017

ARTHEMIS - Blood Fury Domination (2017)

Kiedy w 2009 r Arthemis zasilił nowy wokalista w postaci Fabio D to kapela nie co straciła na jakości. „Black Society” był przykładem jak grać melodyjny metal w którym nie brakuje mrocznego klimatu czy wyszukanych melodii. Choć Arthemis tworzyli muzycy, którzy również byli znani z Power Quest, to jednak muzyka była na zupełnie wyższym poziomie. W 2010 r pojawił się „Hereos”, który pokazał nieco inne oblicze zespołu. Włoska formacja nieco jakby złagodniała i ich heavy/power metal stał się taki oklepany. Niby pozostało nowoczesne brzmienie i duża melodyjność, jednak to nie było już to. Kolejny album „We Fight” był już bardziej dopracowany i pokazywał, że skład się zmienił to Arthemis wciąż jest wstanie nagrać dobry album. Minęło 5 lat i przeszedł czas na „Blood fury domination”.
Styl jakoś diametralnie się nie zmienił i dalej jesteśmy świadkami solidnego heavy/power metal oprawionego nowoczesnym brzmieniem. Gitarzysta Andrea dwoi się i troi by riffy były zadziorne i atrakcyjne dla słuchacza. Na pewno są agresywne, zagrane z pazurem i dbałością o melodie. Jednak nie ma mowy tutaj o jakimś geniuszu, ot co wszystko jest poprawne. Sam materiał jest solidny, ale nie wzbudza większych emocji, a szkoda bo mogło być znacznie lepiej. Otwieracz „Undead” pokazuje jaki naprawdę jest nowy album. Jest gdzieś mroczny klimat, jest ostry riff i nacisk na nowoczesne brzmienie. Słucha się tego całkiem dobrze, ale nie ma mowy o jakimś zaskoczeniu. Nieco progresywny i bardziej dynamiczny „Blood red sky” to kolejny mocny punkt na płycie. Taka odsłona heavy/power metalu już bardziej do mnie przemawia. Kiepskim pomysłem było nagrać balladę, zwłaszcza taką bez emocji i pomysłu. Niestety, ale „If i fall” taki jest. Dalej mamy petardę w stylu Persuader czyli „Warcry” i to jest droga, którą powinien podążać Arthemis. Echa starego Arthemis można gdzieś wyłapać w melodyjnym i bardziej złożonym „Dark fire”, który imponuje wykonaniem. Całość zamyka bardziej techniczny „Imortals”.

Nowy skład Arthemis radzi sobie i nawet Fabio D wciągnął się w świat Arthemis. Zespół gra dalej swoje, ale dalekie jest to do tego co kiedyś prezentował na swoich albumach. Teraz jest dobrze, ale jakoś tak bez emocji. Mamy agresywne riffy, urozmaicenie i szybkość, ale same motywy takie momentami stworzone jakby na siłę. Nic pozostaje wrócić do „Black society”.

Ocena: 6.5/10

sobota, 29 lipca 2017

SANCTUARY - Inception (2017)

W 2010 r powrócił kultowy band Sanctuary, który jest szeroko znany fanom heavy/power metalu jak i fanom speed/thrash metalu. Tu też na dobre rozpoczęła się kariera Warrela Dane'a, który potem trafił do Nevermore. Sam powrót w postaci „The year the sun died” niczym nie przypominał klasycznego „refuge denied” z 1988r. Teraz w 2017 roku zespół wydaje „Inception”, który jest określany jako prequel klasycznego „Refuge Denied”. Zespół znalazł stare demo z 1986 r i poddał jest obróbce technicznej, na nowo odtworzył i tak o to mamy „Inception” czyli odświeżone demo z 1986r. Większość z utworów, które się tutaj znalazło jest znana nam z debiutu. Jednak miło usłyszeć jak Sanctuary grał w 1986r i jak przygotowywał się do debiutu. Jest to o wiele ciekawsze i klasyczne niż ich ostatni krążek. Bardziej klasyczne i wzorowane na latach 80 brzmienie i świetna okładka Eda Repki. Na pewno uwagę przyciąga „Dream of incubus”, który nie trafił na debiutancki album. Warrel Dane potrafi oczarować swoim wokalem i gdy się tego słucha to na myśl przychodzi Savatage czy Metal Church. Heavy/power metal z górnej półki. Dobrze jest też usłyszeć lepszą wersję „I am insane”. Pozostałe utwory nie będę opisywał ponieważ są to klasyki z znanego nam już „Refuge Denied”, choć można pewne smaczki uchwycić. Nie jest to nowy materiał, ale miłe uzupełnienie klasycznego debiutu i może to będzie punkt zwrotny w karierze Sanctuary i może wrócą do swoich korzeni. Sam „Inception” oczywiście polecam!

Ocena: 9/10

środa, 26 lipca 2017

FAIRYTALE - Battlestar rising (2017)

Niemiecki Fairytale to solidny band, który skupia się na graniu heavy metalu z domieszką power metalu. W ich muzyce słychać gdzieś echa Rage, Grave Digger czy Sacred Steel. 6 lat zespół zbierał się do wydania drugiego albumy i poniekąd wynikało to ze zmian personalnych. Pojawił się wokalista Carsten Hille ze swoim specyficznym i zadziornym wokalem, a także gitarzysta Stefan Klempnauer, który jest znany z twórczości Custard. Jest powiew świeżości, ale najnowsze dzieło w postaci „Battlestar rising” nie wnosi żadnej rewolucji w świecie Fairytale. Dostajemy to do czego zespół nas przyzwyczaił, czyli solidny, zadziorny heavy metal z nutką power metalu.

Nowy album na pewno jest solidny, ale jest to tego typu płyta, którą się dobrze słucha, ale nie robi większego wrażenia. Na płycie pojawia się niemiecka toporność, ale nie brakuje też mocnych i zadziornych riffów, czy też jakiś ciekawych melodii. Niestety całość nie rzuca na kolana.

Do grona ciekawych utworów na pewno warto zaliczyć rozpędzony „Scar”, przebojowy „Viper Pilots” czy rozbudowany i marszowy „New Carpica”. Tytułowy „Battlestar rising” charakteryzuje się mocnym riffem i dużą dawką energii. Niby jest to wtórne, ale zagrane całkiem przyzwoicie. „Cain” czy „Man or Machine” na swój sposób przypominają dokonania Iced earth.

Nie ma tragedii, ale ta płyta nie ma szans zwojować świata. Brzmienie jest nieco przybrudzone, a zawartość troszkę mało spójna. Brakuje jakiś motywów, które by zostały na dłużej. Ot co poprawny album z solidnymi kompozycjami.

Ocena: 5.5/10