wtorek, 21 marca 2017

THUNDER FORCE - Crusade (2016)

Fani epickiego heavy metalu nie powinni pominąć w tym roku debiutanckiego krążka brazylijskiej formacji Thunder Force. „Crusader” może nie jest czymś nowym w gatunku, ani nie wyznacza jakiś nowych trendów. Pozycja ta raczej skierowana jest do tych, co lubią powspominać inne dzieła i przypomnieć sobie stare dobre czasy. Usłyszymy tutaj coś z Cirith Ungol, coś z Manowar czy Majesty. Panowie stawiają na nieco przybrudzone brzmienie, na taką naturalność i zadziorność, które przewijają się przez cały album. Jest epickość, podniosłość i taki rycerski klimat. Dzięki temu płyta jest łatwiejsza w odbiorze i bardziej nasuwa klasyczne płyty. W zespole kluczową rolę odgrywa gitarzysta Silva i wokalista Ray. Ray może nie jest technicznym wokalistą, ale potrafi nadać kompozycjom odpowiedni klimat i dobrze to odzwierciedla „Hallowed be thy name”, który zabiera nas w rejony Mercyful fate czy Kinga Diamonda. Album otwiera z kolei „Bells in the night”, który ma w sobie więcej zadziorności i energii. Mocny riff i ciekawe melodie czynią ten utwór godnym uwagi. Nieco rozbudowany „Glory to the Brave” to bardzo podobny kawałek, który momentami przypomina dokonania Crystal Viper. Mało to oryginalne granie, ale może się podobać. Kolejnym bardzo ciekawym kawałkiem jest marszowy „Stand up & fight”, który potrafi zaskoczyć przebojowością i formą. Sprawdza się też rozpędzony „Land of the king”, mający symptomy speed metalowego grania. Dalej mamy równie energiczny „King of jerusalem”, który zachwyca mocnym riffem i niezwykła melodyjnością. Ostatnim utworem o którym warto wspomnieć jest klimatyczny i epicki „march of Freedom”, który potrafi urzec swoją lekkością i nutką tajemniczości. Nie jest to dzieło, które powala na kolana i wzbudza wielkie emocje, ale jest to kawał porządnego epickiego heavy metalu w klasycznym wydaniu. Tylko dla zagorzałych fanów takiego grania.

Ocena: 6.5/10

sobota, 18 marca 2017

ME AND THAT MAN - Songs of love and death (2017)

Adam Darski znany jak Nergal głównie znany jest w świecie metalowym za sprawą death metalowego zespołu Behemoth, który odniósł międzynarodowy sukces. To jest bez wątpienia duma naszego kraju, choć znajdą się tacy co go skreślą, przez to jak się zachowuje na scenie i jaki szum medialny potrafi zrobić wokół siebie. Liczy się muzyka i za to powinniśmy oceniać Nergala. Ostatni album to „The Satanist” z 2014r który wydał z zespołem Behemoth i od tamtego czasu była zapowiedziana solowa płyta, która miała być utrzymana w klimatach alternatywnego rocka, folku, bluesa i country. Tak się narodził Me and that man, który Adam współtworzy z innym wielkim muzykiem, a mianowicie Johnem Porterem.

Już pierwsze zapowiedzi były naprawdę obiecujące i od razu można było dostrzec potencjał tego materiału. Nie jest to metal, nie jest to brutalne granie z jakiego znamy Nergala, ale gdzieś przemycony jest mrok i te ponure, pesymistyczne wręcz teksty. Debiut „Songs of Love and Death” to płyta inna niż te wszystkie, które ostatnio mamy możliwość usłyszeć. Ten album ma swój charakter, swój pazur i przemyca sporo emocji. Najlepsze jest to, że choć dominują akustyczne gitary, klimat country ocierający się o muzykę typową dla westernów, to całość jest urocza. Stonowane dźwięki są idealnie wyważone i nawet wokal Adama jest taki autentyczny i poruszający. Słuchając zawartości można dostrzec inspiracje Johnym Cashem, Nick Cavem, Tomym Waitsem czy nawet Depeche Mode. Mimo specyficznej stylistyce nie brakuje mocy i przebojowości, a to sprawia że muzyka jest przystępna i zapadająca w głowie.

Na otwieracza wybrano utwór, który powstał jako pierwszy, utwór który kipi energią i porusza swoim tekstem. Mowa o chwytliwym „My church is black”, który promował album. Bardzo odważny tekst, który wciąga i potrafi poruszyć słuchacza. Tutaj mamy kwintesencję stylu Me and that man, który można określić jako miks amerykańskiego bluesa, country oraz mrocznego klimatu Nicka Cave, z klasyką rocka a także surowością znaną z twórczości Toma Waitsa. Wszystko jest bardzo spójne. Większy udział mamy Johna Portera w „Nightride”, który potrafi nieco przypomnieć nam o starym Rolling Stones. Nieco żywszy i bardziej rytmiczny „On the road” kipi pozytywną energią. Jednym z utworów, który też promował album to bez wątpienia klimatyczny i poruszający „Cross my heart and hope to die”. Podoba mi się nieco marszowe tempo, mroczny klimat, który jest piętnowany ponurym akordeonem Czesława Mozila. Bardzo fajnym motywem jest tutaj dziecięcy chór. Kolejna perełka na płycie, które wzbudza emocje i zostaje z nami na długo. Z kolei Michał Łapaj upiększył rockowy „Better the Devil I know” w którym wykorzystano patenty Ac/Dc czy The Rolling Stones. Jeden z mocniejszych i agresywniejszych kawałków na płycie. Dużo mroku i klimatycznego bluesa mamy w łagodnym „Of Sirens, vampires and lovers”. Dalej mamy świetny i przebojowy „Magdalene” z ciekawą, intrygującą solówką wzorowaną na latach 70 i led Zeppelin. Tekst też jest bardzo ciekawy i może spodobać to jak Nergal przekształca wątki z biblii. Panowie dobrze się bawią przy tworzeniu i to słychać na pewno w szalonym i energicznym „Love and death”. Pozytywny jest też bardziej komercyjny „One Day”, który brzmi jak mieszanka twórczości Queen,Bruce'a Springstena, Roya Orbinsona czy Leonarda Cohena. Lekki i przyjemny bluesowy kawałek. Jednym z tych cięższych utworów na płycie jest marszowy i ponury „Shaman Bluesa”, który potrafi nas przenieść do świata Led Zeppelin czy Ac/Dc. Do tego wszystkiego bluesowy klimat i duża dawka mroku. Na pewno może spodobać się przyspieszenie pod koniec kawałka. Chris Rea czy Vangelis wybrzmiewa w klimatycznym „Voodoo queen”. Same wykonanie i styl wpisują się w ścieżki filmowe Quentina Tarantino. Utwór idealnie by pasował do „Django” czy „Kill Bill”. Całość zamyka ponura i piękna ballada „Ain't much loving” gdzie bardzo fajnie krzyżują się wokale Adama i Johna. Piękne zwieńczenie pięknego albumu.

To było do przewidzenia, że ta płyta będzie klimatyczna, świeża, pełna ciekawych pomysłów i rockowa. Jednak nie sądziłem, że płyta będzie tak dobrze wyważona, tak urozmaicona, taka zaskakująca i wciągająca. Nie ma słabych utworów i każdy to inna przygoda. Razem tworzą piękną spójną, całość. Dopełnieniem jest mroczna okładka i soczyste brzmienie. Tej muzyki po prostu nie ma się dość i chcę się do niej wracać. „Songs of love and death” dalekie jest od tego co Nergal robi z Behemoth, nie jest to metal, ale rock jak najbardziej tak i to taki szczery, prosto z serca. Coś pięknego i fani dobrej muzyki nie będą narzekać.

Ocena: 10/10

piątek, 17 marca 2017

HARTMANN - Shadows & silhouetters (2016)

Dzięki twórczości Avantasia i At Vance udało mi się poznać znakomitego wokalistę i kompozytora jakim jest bez wątpienia Oliver Hartmann. Ma w sobie to coś czego oczekuje się od wokalistów heavy metalowych. Zadziorność, chrypa i umiejętność wtrącenia emocji w poszczególne partie to jest właśnie jego znak. Teraz w tym roku powraca z płytą sygnowaną nazwą Hartmann i „Shadows & silhouetters” to najnowszy krążek Olivera. Mało w tym metalu czy power metalu, ale fani hard rocka dostrzegą tu sporo ciekawych motywów. Jeśli ktoś szuka ciekawych melodii i rockowego szaleństwa ten z pewnością odnajdzie się w tej płycie. Wpływy macierzystych kapel jak i tych w których występował Oli są słyszalne. „High on You” ma pewne znamiona utworów Avantasia. Stonowany i rytmiczny „Glow” przypomina dokonania Aerosmith czy Magnum. Jeszcze więcej piękna i rockowego feelingu mamy w romantycznym „Jaded Heart”. W podobnym klimacie utrzymany jest spokojny „Amazing” i pewnym zaskoczeniem jest nieco żywszy „I would murded for You”. Bardzo dobrze wypada nieco bluesowy „Too good to be true” z bardzo pomysłowym riffem, który napędza ten kawałek. Warto też wspomnieć o urzekającym „Last Goodbey”, który potrafi oczarować swoją lekkością. Oliver Hartmann pokazuje się z nieco innej strony niż dotychczas. Tym albumem pokazał, że ma w sobie duszę rockmana i potrafi grać klimatycznie i bardzo emocjonalnie. Piękne kompozycje, które potrafią przenieść słuchacza do innego świata. Warto odprężyć się od codziennego zgiełku przy najnowszym albumie muzyka znanego z power metalowych bandów typu Avantasia czy At Vance.


Ocena: 7/10

czwartek, 16 marca 2017

SWEEPING DEATH - Astoria EP (2017)

Jedno spojrzenie na thrash metalową scenę i widać, że młode kapele ostatnio dochodzą do głosu i potrafią namieszać w tym gatunku. Rok 2017 to sukces na pewno Warbringer czy Havok, ale szczególną uwagę przykuł Sweeping Death. Niemiecka formacja działająca od 2012 r i która może się pochwalić mini albumem „Astoria”, który nie jest typowym krążkiem thrash metalowym.

Zespół nie idzie w zaparte stawiając na typową łupaninę jaką częstą spotykamy w thrash metalu. Sweeping death bawi się konwencją ocierając się o progresywny heavy metal, speed metal, a nawet power metal. Wokalista Elias też potrafi śpiewać czysto, bardziej heavy metalowo, ale kiedy trzeba to i thrash metalowo. Dzięki niemu płyta jest urozmaicona i wykracza poza pewne standardy. Duet gitarowy jaki tworzy Simon i Markus też świetnie funkcjonuje. Panowie urozmaicają swoją grę, stawiają na złożone konstrukcje i atrakcyjne melodie. Muzycznie zespół miesza różne gatunki, ale wszystko jest zagrane z pomysłem i smakiem. Nie przesadzono w żadnym aspekcie, a muzycy dają się poznać jako doświadczenie muzycy, którzy mają pomysł na siebie. Płytę otwiera „My insanity” i słychać ciekawe i wciągające solówki. Złożoną konstrukcję i dobre budowanie napięcia. Co może rzucać się od razu to że panowie brzmią bardzo melodyjnie i heavy metalowo. Thrash metal nie zdominował ich stylu. Progresywność wybrzmiewa w stonowanym „Pioneer of Time” czy w klimatycznym „Astoria”. Dalej mamy szybszy i bardziej speed/power metalowy „Devils Dance”, z kolei „Death & legacy” przeplatany jest licznymi solówkami. Całość zamyka melodyjny i bardziej zakręcony „Till death do us part”.

Sweeping Death po prostu zaskakuje konwencją, wykonaniem i ciekawymi pomysłami. Troszkę thrash metalu, heavy,speed, power metalu z nutką progresywności. Wybuchowa mieszanka, która dała w efekcie naprawdę intrygujący mini album. Czekam na pełnometrażowy album.

Ocena: 8.5/10

WARBRINGER - Woe to the vanquished (2017)

W thrash metalu wiele już zostało powiedziane. Dla wielu fanów tego gatunku najlepsze płyty powstały w latach 80 czy 90, a teraz to co powstaje to marna kopia. Wszystko kończy się na Slayer, Anthrax czy Megadeth. Jeszcze co gorsze może być to zamknięcie się na nowe, młode zespoły, które na starcie skreślane są przez brak oryginalności. Jednak czy thrash metal is dead? Nie wydaje mi się. Odnoszę wrażenie, że ostatnio najwięcej zapału, ikry i pomysłowości na thrash metal można dostrzec właśnie w młodych kapelach. Amerykański band o nazwie Warbringer to jeden z tych zespołów młodego pokolenia, który szybko dostał się do śmietanki gatunku. Zaczęli w 2004 r a ich debiut „War without end” zyskał sporo fanów i otwarł im drogę do sukcesu. Ostatni album „IV:Empires colapse” był bardziej złożony, progresywny i urozmaicony w porównaniu do debiutu czy „Waking into nightmares”, które były agresywne, mroczne, zadziorne i dynamiczne. Zespół pracował ostro na nowym dziełem. Obiecywano powrót do korzeni i znów zmierzeniem się z szybkim, zadziornym thrash metalem. Stało się i piąty album zatytułowany „Woe to the vanquished” jest nawiązaniem do dwóch pierwszych płyt.

Czerwone i charakterystyczne logo, mroczna i klimatyczna okładka Marschalla to jest to co przypomina okładki pierwszych dwóch płyt. Tak więc od razu zespół nas uświadamia czego mamy się spodziewać. Sama frontowa okładka jest świetna i z górnej półki. Sporo fajnych i miłych dla oka elementów, a klimat przypomina nieco płyty Kreator. Chase Becker i Jessie Sanchez zasilili zespół w 2016r i ta zmiana sporo wniosło do muzyki zespołu. Warbringer znów jest agresywny, dynamiczny, pełen ikry i gra z polotem nie uciekając do rutyny. Wokal Johna jest bezbłędny i potrafi zniszczyć słuchacza swoją zadziornością i techniką. Gitarzyści też tworzą zgrany duet, a ich zagrywki są ciekawe, wciągające. Technika, agresja i melodyjność krzyżują się i tworzą coś idealnego. Dopełnieniem tego jest ostre jak brzytwa brzmienie. Całość składa się w spójne i dojrzałe dzieło. Nowy album wypełnia 8 kompozycji co daje około 40 minut wysokiej klasy thrash metalu rodem z lat 90.

Na start musi być strzał między oczy,czyli prawdziwa petarda. „Silhouettes” to złożona kompozycja, w której nie brakuje ciekawych przejść, agresji, a najlepsze w tym wszystkim są aranżacje. Mocny bas, energiczna perkusja i ciężkie riffy. To jest właśnie to. Tytułowy „Woe to the vanquished” jest również ostry i szybki w swojej naturze. Najlepsze jest, że ten utwór naładowany jest chwytliwymi melodiami.Zespół zwalnia w zadziornym „Remain violent”. Jest niemiecka toporność,nieco heavy metalowa maniera i sporo brudu. Kolejny mocny punkt płyty,a zespół nie zwalnia. Warbringer wie jak grać szybko i agresywnie, a taki „Shelfire” jest świetnym tego przykładem. Co mi się podoba to na pewno „Desceding Blade” z pomysłowym riffem i dużą dawką energii. Niby nic oryginalnego, a jak cieszy. Marszowe tempo, mroczny klimat i złożona formuła to atuty „Spectral Asylum”. Bardzo melodyjny utwór, w którym zespół o zaplecze techniczne. Najostrzejszy na płycie jest bez wątpienia „divinity of flash”, który pokazuje co to znaczy klasyczny thrash metal. Całość zamyka perełka w postaci „When the guns fell silent”. 11 minut czystego geniuszu. Sporo się tutaj dzieje i choć dominuje marszowe tempo i heavy metalowy feeling, to i tak utwór jest prawdziwą perełką. Najlepsze, że przez te 11 minut zespół nie nudzi. Jednak jak się chce to można zagrać kolosa z polotem i gracją.

Thrash metal nie umarł, nie przechodzi kryzysu i nie tworzą go tylko znane marki. To jest teraz pole do popisu dla młodych, którzy mają coś do udowodnienia, którzy są głodni sukcesu. Pewne zmiany personalne, powrót do korzeni, ale też doświadczenie zaważyły o sukcesie „Woe to the vanquished. Nie ma tutaj słabych kompozycji, a każdy utwór to perełka. Dla mnie to jest kwintesencja thrash metalu i Warbringer. Polecam, bo panowie nagrali jeden ze swoich najlepszych albumów, jeśli nie najlepszy.

Ocena:10/10

SINNER - Tequila suicide (2017)

Mat Sinner to zapracowany muzyk i liczba zespołów w których maczał palce jest ogromna. Najlepsze jest to, że między tymi zespołami są ogromne powiązania. Nie tylko stylistyczne, ale i personalne. W 2016 r kapela o nazwie Sinner, która jest prowadzona przez Mata od lat 80 zatrudniła do współpracy Toma Naumanna i Francesco Jovino, którzy grają w Primal fear. Tak więc można rzec, że Sinner tworzą ludzie znani z Primal Fear. Muzycznie Sinenr miał wiele wspólnego z tym zespołem, choć miał bardziej hard rockowe oblicze. Na nowe dzieło Sinner przyszło czekać 4 lata, ale nie był to czas zmarnowany. „Teuila Suicide” to dzieło solidne, rytmiczne, a przede wszystkim bardzo hard rockowe.

Zgrani muzycy, przyjaciele i fachowcy bez większego wysiłku nagrali udany materiał, który jest równy, melodyjny, a przede wszystkim oddającym to co najlepsze w hard rocku. Nie brakuje mocnych riffów, chwytliwych melodii, czy prostych zagrywek co ułatwia odbiór całości. Sinner może nie nagrał najlepszego albumu, ale „Tequila Sinner” bije ostatnie dzieła, a to już spory sukces. Zmiany personalne nieco ożywiły zespół i wlały nieco świeżości. Okładka od razu daje znak, że szykuje się dojrzały hard rock z nutką bluesa. „Sinner Blues” to idealny kawałek, który oddaje właśnie ten klimat i to co widać na okładce. Utwór stonowany i stylistycznie pasowałby na płytę Voodoo Circle. Otwieracz „Go down Fighting” to żywiołowy i przebojowy kawałek, który daję niezłego kopa. Jest pozytywna energia, a słuchacza chcę więcej takiego grania. Bardzo cieszy fakt, że na płycie znalazło się miejsce na mocniejszy i szybszy „Tequila suicide”, który ma coś z Primal Fear. Duża dawka luzu i ciekawych melodii to bez wątpienia atuty rytmicznego „Road to hell”. Płytę sukcesywnie promował hard rockowy hit w postaci „Battle Hill”. Siłą tej kompozycji jest mocny riff i chwytliwy refren, który po prostu porywa. Dalej mamy jeszcze nieco power metalowy „Why”, melodyjny „Rebels” czy ostrzejszy „loud and clear”, które czerpią garściami z Primal Fear.

Różnie było z Sinner, a ostatnie lata ten zespół nagrywał słabe albumy i nie dawał znaków życia. Nowy skład, bardziej dopracowany styl jak i materiał dały w efekcie najlepszy krążek od czasów „Mask of Sanity”. Nie jest jeszcze to ideał, ale bardzo dobry album na pewno.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 14 marca 2017

EPICA - The holographic principle (2016)

„The Quantum enigma” to dzieło niemal perfekcyjne w swojej kategorii i jedna z najlepszych płyt holenderskiego zespołu Epica. Płyta zaskakiwała świeżością, energią, a przede wszystkim przebojowością. Zespół wkroczył na nową ścieżkę i jednocześnie wrócił do korzeni. Epica znów była na ustach fanów symfonicznego power metalu. Teraz po dwóch latach przyszedł czas na kontynuację tamtego wydawnictwa. Mam wrażenie, że „The holographic Principle” jest słabszą kopią „The Quantum Enigma”. Występują podobne rozwiązania, podobne patenty i nawet podobne brzmienie. Tym samym brakuje elementu zaskoczenia, tej przebojowości. Choć są momenty przebłysku i chęci zaskoczenia słuchacza. Na plus na pewno trzeba zaliczyć wysoką formę zespołu. To oni napędzają ten album, czynią go solidnym i wartym uwagi. Tak Epica trzyma swój poziom i słuchacze na pewno znajdą coś dla siebie. Nie brakuje szybkich i ostrych kawałków co potwierdza „Edge of The Blade” czy melodyjny „A phantasmic parade”. Album promował z dużym sukcesem „Universal death Squad” i jest to jeden z mocniejszych kawałków na płycie. Przewijają się w tym utworze elementy thrash metalu i melodyjnego death metalu. Troszkę mniej mnie przekonują utwory bardziej progresywne i mam tu na myśli „Divide and Conquer”. To złe wrażenie zaciera nieco bardziej przebojowy „Beyond the matrix” czy bardziej zadziorny „The Cosmic algorithm”. Simone nie zawodzi i właściwie w wielu momentach odwraca uwagę słuchacza od niektórych wad. Gitarzysta Mark Jensen też dwoi się i troi by utwory były ciekawe i dynamiczne. Nie zawsze wszystko wychodzi przez co płyta traci nieco na wartości. Pod koniec płyty warto zwrócić uwagę na energiczny „Tear down your walls” i epicki,rozbudowany „The holographic principle”. Najbardziej zaskakują dodatkowe kawałki akustyczne, które pokazują zespół z nieco strony. Bardzo ciekawa forma tych utworów i potrafią wzbudzić emocje. Miły dodatek. Sam album niestety tylko dobry i jakoś nie zapadł mi głęboko w pamięci. Szkoda.

Ocena: 6.5/10

sobota, 11 marca 2017

CRYSTAL BALL - Deja Voodoo (2016)

Nie da się ukryć, że od roku 2013 szwajcarski Crystall Ball zaczął bardziej przypominać band Udo Dirkschneidera. Spora w tym zasługa Stefena Kaufmanna, który zajął się produkcją albumów Crystall Ball i w dodatku zagrał kilka solówek do niektórych utworów. Steven Mageney, który objął stanowisko wokalisty w 2012r też pod wieloma względami przypomina manierę Biffa z Saxon i właśnie Udo. Trochę toporności, troszkę zadziorności i można łatwo doszukać się podobieństw między tymi wokalistami. Stefan Kaufmann uczynił ten zespół bardziej zadziornym, bardziej metalowym i z pewnością dzięki niemu ostatnie płyty są tak udane. Najnowsze dzieło w postaci „Deja Voodoo” to nic innego jak rozwinięcie pomysłów z dwóch ostatnich albumów. Tutaj Stefan tez odpowiada za niektóre solówki i za brzmienie. Jest ta charakterystyczna toporność, to przybrudzone brzmienie i typowe chórki. Wszystko się bardzo ładnie zazębia, a album robi się niezwykle ciekawy. 47 minut równej muzyki w stylizacji heavy/power metalu to jest właśnie to co nas czeka. Zaczyna się od tytułowego „Deja Voodoo”, który brzmi jak zagubiony kawałek Udo. Charakterystyczny klimat, brzmienie i konstrukcja utworów. Jakoś nie przeszkadza mi to, bo muzyki w stylu Udo nigdy za wiele. Więcej dynamiki i power metalu uświadczymy w szybszym „Director's Cut”. Zespół bardzo dobrze wykorzystał partie klawisze w przebojowym „Suspended”, który jest jednym z najmocniejszych punktów na płycie. Wiele patentów z twórczości Udo usłyszmy w nieco hard rockowym „Reaching Out”. Spokojniejszy i bardziej klimatyczny „Home Again” to niezwykle uczuciowa ballada, która uderza w rejony Saxon czy Udo. Kto lubi ostrzejszy granie i nowoczesne brzmienie ten z pewnością po lubi „Time and Tide”. Do grona ciekawych kawałków trzeba dodać „Dr Hell No” czy balladę „To be with You once more”. Płyta jest zróżnicowana, energiczna i przebojowa, a wszystko utrzymane w stylizacji Saxon i Udo. Taka formuła mnie osobiście przekonuje i taki Crystal Ball bardzo mi się podoba.

Ocena: 8/10

środa, 8 marca 2017

AXXION - Back in Time (2016)

Jak ktoś nie siedzi w klasycznym metalu, to z łatwością mógłby wziąć najnowsze dzieło kanadyjskiego bandu Axxion za album z lat 80. Przemawia za tym wiele czynników jak choćby brzmienie, okładka płyty i same kompozycje. Band działa od 2011 r i został stworzony z inicjatywy byłych muzyków skull Fist. Muzycznie nie tworzą niczego innego i pod wieloma względami przypominają twórczość Skull Fist. Mają na swoim koncie dwa albumy, z czego najnowszym krążkiem jest „Back in Time”. W zespole kluczową rolę odgrywa gitarzysta i jednocześnie wokalista Dirty D Keer. Specyficzny wokal i ciekawe zagrywki czynią ten zespół godnym uwagi. Najnowsze dzieło jest kontynuacją tego co mieliśmy na debiucie i to nie powinno nikogo dziwić. Dalej mamy prosty, energiczny i bardzo melodyjny heavy/speed metal. Na płycie nie brakuje prawdziwych hitów i szybko to potwierdza tytułowy „Back in Time”. W podobnej konwencji jest „Lost in Flames” i bardziej zaskakuje hard rockowy „Highway Knights”. Bardzo do mnie trafia speed metalowa petarda w postaci „Headbangers”. Zadziorny riff, szybsze tempo to jest właśnie to w czym zespół najlepiej wypada. Axxion znakomicie odtwarza lata 80 i wystarczy tylko w słuchać się w to przybrudzone brzmienie, w tą naturalność i swobodę, która przemawia w „Ride Through Hell”. Nieco stonowany „All bark no Bite” ma w sobie echa Accept czy Judas Priest. Całość zamykają „Criminal” i „Sinner”, które w żaden sposób nie zaskakują. Sam album wtórny jest do bólu, ale słucha się go miło. Przywołuje wspomnienia i dostarcza sporo frajdy. Pozycja skierowana do miłośników heavy/speed metalu i lat 80.


Ocena: 7/10

poniedziałek, 6 marca 2017

LUX PERPETUA - Curse of the Iron King (2017)

Power metal przestał być muzyką zaściankową w naszym kraju i ten gatunek muzyczny z każdym rokiem rozwija się. Powstaje coraz więcej dojrzałych kapel, które mają pomysł na siebie i potrafią grać power metal. Nigdy nie sądziłem, że dożyje takie stanu rzeczy, że w Polsce pojawi się kapela czerpiąca inspiracje z twórczości Gamma Ray, Blind Guardian czy Rhapsody. Kiedy natknąłem się na „The curse of the iron King” nie jakiego Lux Perpetua to ciężko było mi uwierzyć, że to płyta polskiego zespołu. Już okładka daje jasny sygnał, że to może być wysokiej klasy power metal i tak też jest.

Frontowa okładka jest bardzo kolorystyczna i przede wszystkim taka klimatyczna. Na myśl przychodzą okładki Rhapsody czy Stormwarrior. Już wiadomo, że zespół lubi obracać się w świecie fantasy i rycerstwa. To jest zawsze pożądane i zdaje egzamin w power metalu. Jeżeli chodzi o sam zespół to jego historia sięga roku 2004, kiedy jeszcze działał pod szyldem Sentinel. Potem liczne zmiany personalne i w końcu zmiana loga i nazwy zespołu zaprowadziły zespół do wydania pierwszego albumu. Lux perpetua przez dłuższy czas miał problem z wokalistą, a znaleźli godnego człowieka. Artur Rosiński ma coś z wokalu Grzegorz Kupczyka czy Urbana Breeda, tak więc jest dobrym wokalistą zarówno pod względem melodyjności jak i techniki. Idealnie pasuje do power metalu, a doświadczenie też ma, bo znany go z zespołu Firestorm. Co może się podobać to partie klawiszowe Magdaleny, które nie są nachalne. Buduje podniosły klimat i nadają całości bardzo melodyjnego charakteru. Innym atutem jest bez wątpienia duet gitarowy. Mateusz i Tomasz stawiają na bardziej wyszukane zagrywki, na złożone solówki, ale nie brakuje w tym klasycznego wydźwięku i melodyjności. 54 minut muzyki i nie ma mowy o nudzie.

Zaczyna się standardowo od instrumentalnego intra, które wprowadza nas w świat Lux Perpetua i „Celebration” to otwieracz rodem z płyt Helloween, czy Rhapsody. Szybkie przyspieszenie i mocny riff to właśnie tak zaczyna się tytułowy „Curse of the Iron King”, który jest bardzo klasyczny. Można poczuć się jak w latach 90, kiedy swoje najlepsze płyty nagrywali Rhapsody czy Gamma Ray. Zespół mocno czerpie z najlepszych zespołów power metalowych, a przy tym stara się być sobą. Kolejnym wielkim hitem jest bez wątpienia „Legend”, który zabiera nas gdzieś w rejony starego Edguy, Rhapsody, choć sam główny motyw i melodie przypominają twórczość stratovarious. Jednym słowem klasyczny power metalowy kawałek z pomysłowym motywem, który potrafi szybko oczarować słuchacza. Epickość to epitet, który idealnie pasuje do podniosłego „Army of Salvation”. Bardziej wyszukany riff, bardziej złożona konstrukcja i taka zadziorność, która napędza ten utwór to są cechy rozpoznawcze tego kawałka. Zaskakuje, że zespół nie nudzi i co chwilę czymś zaskakuje. Tytuł i konstrukcja „An old bard” to nic innego jak hołd w kierunku Blind Guardian, które też dość często wybrzmiewa na debiutanckim albumie warszawskiej kapeli. Sam utwór to klimatyczna ballada, która mocno przypomina te tworzone przez lata przez ekipę Hansiego Kurscha. W podobnym klimacie jest utrzymany kolejny utwór na płycie czyli „Eversong”. Dalej mamy energiczny i zadziorny „Riders of The Dead”, który bardziej skierowany jest do fanów Gamma Ray czy Helloween. Bardzo melodyjny główny motyw, ciekawe przejścia i zwolnienia, to jest właśnie to. Nutka progresywności można dostrzec w urozmaiconym i bardziej pokręconym „Rebellion”. Ponad 7 minutowy „The Werewolf” swoim wykonaniem i klimatem przypomina mi najlepsze przeboje Powerwolf. Przypadek? Nie sądzę. „Consolation” pełni rolę outra, czyli klimatycznego uwieńczenia tego świetnego dzieła.

Ciekawy image zespołu, przyciągające uwagę i zapadające w głowie logo i nazwa zespołu sprawiają, że nie tak łatwo pozbyć się z myśli Lux Perpetua. Nie kierując się krajem pochodzenia to ten zespół już imponuje i zaskakuje pomysłowością i aranżacjami, które słychać na „Curse of the iron King”. Kiedy pomyśli się o tym, że to jeszcze polski zespół to dochodzi uczucie dumy i zaskoczenia, że taki świetny album powstał właśnie w naszym kraju. Szacunek dla zespołu i wielkie brawa, bo płyta jest bezbłędna i pozostaje czekać na kolejne wydawnictwa. Lux Perpetua może sporo namieszać w power metalowym światku.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 5 marca 2017

DARK FOREST - Beyond the Veil (2016)

Brytyjski band Dark Forest z każdym albumem co raz bardziej się rozkręca i udowadnia nam wszystkim, że są jednym z najbardziej uzdolnionych zespołów młodego pokolenia. Działają od 2002 r i mają na swoim koncie już 4 albumy, z czego ostatnie wydawnictwo „beyond the Veil” ukazało się stosunkowo nie dawno. Kapela czerpie garściami z twórczości Hamemrfall, Crystal Viper czy Iron maiden. Skupiają się na melodiach, chwytliwych melodiach i wszystko utrzymane w stylizacji heavy/power metalowej. W kapeli główną rolę odgrywają popisy gitarzystów Patricka i Christian. Słychać zgranie między tą dwójką i niezwykłą pomysłowość. Nie brakuje mocnych i zadziornych riffów, jak i wciągających melodii. To właśnie dzięki nim „Beyond the Vail” jest taki atrakcyjny. Dark Forest nie byłby sobą gdyby nie specyficzny wokal Josha, który na zawsze odmienił ten zespół i pozwolił mu rozwinąć skrzydła. Najnowsze dzieło, może nie jest najlepszym w roku 2016, ale z pewnością to jeden z najlepszych wydawnictw w tym gatunku. Sam album robi spore wrażenie. Otwierający „On the edge of twilight” taki nieco przesiąknięty Crystal Viper czy Rocka Rollas przenosi nas do bardziej rycerskiego heavy metalu. Niezwykła przebojowość i nutka power metalu to cechy chwytliwego „Where the arrows Falls”, który jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. Kiedy wkracza główny motyw „Autumns Crown” to na myśl przychodzi album „Legends” Crystal Viper. W podobnej tonacji utrzymany jest nieco żywszy „Blackthorn”, który pokazuje, że zespół potrafi grać szybciej. Z kolei bardziej rozbudowany „The wild hunt” potrafi urzec klimatem i motywami wzorowanymi na twórczości Running Wild. Bardzo dobrze też wypada przebojowy „the undying Flame” czy nieco toporniejszy „Beyond the Veil”. Na sam koniec mamy 13 minutowy kolos „The lore of the land”, w którym można doszukać się echa Running Wild czy Manowar. Bardzo złożona i pomysłowa kompozycja, która wgniata w fotel. Dark forest jest na fali i wydaje kolejny świetny album, który zachwyci maniaków heavy/power metalu.

Ocena: 9/10

piątek, 3 marca 2017

MAJESTY - Rebels (2017)

W tym roku niemiecki Majesty może się pochwalić 20 leciem istnienia kapeli. Zespół dość szybko zyskał sławę i nie małe grono wiernych fanów, a wszystko za sprawą stylu, który był bardzo podobny do Manowar. Majesty i Wizzard to zespoły, które często właśnie określa się jako „niemiecki Manowar”. W sumie nic dziwnego, bo zespoły czerpią garściami z twórczości tej wielkiej kapeli. Pierwsze dzieła Majesty to klasyki gatunku heavy/power metalu. Zespół szedł za ciosem i kuł żelazo póki było gorące. W 2008 r zmieniano nazwę na Metalforce i pod tym szyldem wydano jeden album. Powrót na stare śmieci nie był łatwy. Wielkie oczekiwania co do marki Majesty sprawiły, że zespół nie powrócił w wielkiej chwale. Na plus zaliczę na pewno „Banners High”, ale wciąż brakowało mi tego czegoś. „Generation Steel” z 2015r też nie był najwyższych lotów. Jednak wiara w zespół nigdy nie wygasła i czekałem na ich kolejny album. „Rebels” to już 8 album Majesty i jest to jeden z ich najlepszych krążków, który nawiązuje do pierwszych wydawnictw.

Najlepsze jest to, że płyta zaskakuje różnymi ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Niby dalej Majesty gra swoje, czyli heavy/power metal. Jednak tym razem nie słychać aż takiego nachalnego kopiowania Manowar. Jest bojowo, epicko i true heavy metalowo. Nie brakuje w tym wszystkim luzu, swobody i pomysłowości. Momentami nowe kompozycje przypominają dokonania Hammerfall, Sabaton czy Bloodbound. To jest dobry kierunek, co by nie grać jednostajnie i zjadając swój własny ogon. Nie brakuje hitów, mocnych riffów, czy podniosłych i bojowych refrenów. Jest Majesty pełną gębą, tylko taki z nieco odświeżoną formułą. Tarek jako wokalista wciąż zaskakuje wysoką formą. Śpiewa zadziornie i z niebywałą lekkością, co sprawia że słucha się płyty przyjemnie. Z kolei Tristian i Robin zadbali, aby zaplecze instrumentalne było bojowe, rycerskie i przebojowe. Sporo dzieje się przez te 53 minuty.

Zaczyna się od bojowego i klimatycznego intra w postaci „Path to freedom”. Jest budowanie atmosfery i przygotowanie słuchacza do mocnego uderzenia. To następuje wraz z „Die like Kings”, który jest rasowym hitem na miarę innych wielkich przebojów Majesty. Jest prosto, zadziornie i z przytupem. Co mnie tutaj zaskoczyło to na pewno wyrazisty i soczysty riff jak przystało na heavy/power metal. Sam refren jest po prostu idealny i taki na miarę hymnów Manowar. Co na pewno zaskakuje to aranżacje i wykonanie „Rebels of our Time”. Gdzieś tutaj dochodzi do skrzyżowania Hammerfall, Judas Priest z „Turbo” i Sabaton z ostatnich płyt. Nutka nowoczesności, prosty riff i podniosły refren, który zagrzewa do walki. Stary Majest powrócił w odświeżonej formie i podoba mi się takie wydanie niemieckiego Manowar. Śmieszny tytuł „Yolo Hm” nie zwiastował niczego dobrego, a o dziwo jest to jeden z największych przebojów na płycie. Znów słychać zacięcie Hammerfall co słychać w pracach gitarzystów. Z kolei prosty i chwytliwy refren przywołuje stare dobre hity Majesty. Początek płyty jest równy i bardzo dynamiczny, a każdy utwór to kawał solidnego heavy/power metalu na wysokich obrotach. Dalej mamy power metalową petardą z podniosłym i rycerskim refrenem czyli „The Final War”. Majesty nie kryje nawiązań do twórczości Sabaton, ale trzeba przyznać że wypadają bardziej autentycznie niż szwedzki band. „Across the lightning” to najbardziej klimatyczny kawałek, który jednocześnie pełni rolę ballady. Kupuję tą szczerość i miłość do metalu, którą słychać. Coś pięknego. Znalazło się miejsce dla prawdziwej power metalowej petardy w rycerskim wydaniu i „Fireheart” idealnie wpasowuje się w ten styl. Energiczny kawałek z mocnym riffem i niezwykle nośnym refrenem. Epitet „Epicki” dość często jest stosowany w opisywaniu utworów Majesty, ale świetnie pasuje do złożonego i melodyjnego „Iron Hill”. Utwór potrafi zauroczyć motoryką Manowar, a także niezwykłą lekkością. Szybko przemija te 6 minut i trzeba pochwalić zespół za pomysłowość. Niby ocieramy się o Manowar, ale nie ma mowy o kalce. Kiedy słucham marszowego i nieco słodszego „Hereos of the night” to od razu przypominają się najlepsze dzieła Sabaton, czy Accept. Niby taki typowy kawałek, a niesie sporo pozytywnej energii i takiego epickiego wydźwięku. Na plus trzeba zaliczyć złożone zagrywki gitarowe i kolejny hymnowy refren. „Running for Salvation” to ukłon w stronę największych tuzów niemieckiego heavy/power metalu. Jest tutaj gdzieś ta niemiecka toporność i Majesty tak jakoś inaczej brzmi. Słychać w końcu, że to niemiecka kapela, która gra to w czym najlepszy jest ten kraj. Na sam koniec perełka w postaci „Fighting till the End”. Motorem napędowym jest tutaj prosta i chwytliwa melodia, a także zadziorny riff rodem z najlepszych płyt Manowar. Najlepsze jest jednak to, że kawałek jest podniosły i bardzo power metalowy. Gdzieś można doszukać się wpływów Hammerfall, Freedom Call czy nawet Gamma Ray. Takie wydanie Majesty to ja rozumiem.

Różnie to było z Majesty, ale trzymają poziom przez ten cały czas. Może „Generation Steel” nie powalał, a „Banners High” był banalny to jednak Majesty pozostał sobą. Dalej w sumie jest tym zespołem, który nie kryje zamiłowań do Manowar. Na „Rebels” mamy kilka nowych rozwiązań, kilka nowych pomysłów i kilka ciekawych smaczków. Wyszła z tego płyta utrzymana w standardach niemieckiego heavy/power metalu, który mocno nawiązuje do niemieckiej sceny metalowej. Majesty brzmi autentycznie, mocarnie i pokazuje, że można grać w swoim stylu, a przy tym nawiązując do Bloodbound, Gamma Ray, czy Hammerfall. Swoje najlepsze albumy nagrali lata temu, ale „Rebels” to jedno z najlepszych dzieł, które można śmiało postawić obok „Reign in glory”.

Ocena: 9.5/10

BLAZE BAYLEY - Endure and Survive (Infinite Entanglement part II)

Infinite entanglement” to był naprawdę udany powrót byłego wokalisty Iron Maiden. Blaze Bayley pokazał, że wciąż potrafi tworzyć mocne i dynamiczne kompozycje, które z jednej strony zabierają nas do świata Iron Maiden, a z drugiej pokazują miłość Blaze do heavy metalu. Ciekawy koncept w klimatach s-f okazał się strzałem w dziesiątkę i nic dziwnego, że Blaze postanowił kontynuować tą historię z 2016. Tak o to powstał drugi rozdział w postaci „Endure and Survive”.

Nie pierwszy raz Blaze bawi się tworzeniem koncepcyjnej historii na której budowany jest cały album. „Silicon Messiah” czy „Tenth Dimension” to przykład, że już wcześniej Blaze tworzył takie albumy i wychodziło mu to bardzo dobrze. „Endure and Survive” to swoista kontynuacja poprzedniego krążka i nie ma tutaj zaskoczenia. Jedynym zaskoczeniem, jest na pewno to że Blaze Bayley utrzymał wysoki standard. Druga część „Infinite Entanglement” jest również dynamiczna, zadziorna, melodyjna i zagrana z pazurem. Nie brakuje nowoczesnego brzmienia, chwytliwych riffów, wciągających refrenów i przebojowości godnej Iron Maiden. Okładka jest klimatyczna i utrzymana w klimatach poprzedniej, więc od razu można dostrzec że mamy do czynienia z kontynuacją. Minusem płyty jest w sumie krótki materiał, bo na płycie mamy tylko 10 kompozycji. Czy jest to lepszy czy gorszy album od poprzednika w sumie ciężko ocenić. Na pewno jest równie ciekawy i dobrze zagrany. Blaze dawno nie był w takiej formie i to cieszy że na albumie pokazuje klasę.

Tytułowy „Endure and Survive” zaczyna się tajemniczo, ale od razu wiemy jaką płytę słuchamy i jakiego muzyka. Nie ma mowy o pomyłce. Charakterystyczny riff, nieco mroczniejszy klimat i duża dawka przebojowości. Taki rasowy Blaze w klasycznej odsłonie. Wokal jak zwykle charakterystyczny i momentami drażniący, ale taki już jest Blaze. Jeszcze bardziej dynamiczny i przebojowy jest „Escape velocity”, który może spodobać się za sprawą nawiązań do Iron Maiden. Bardziej nowoczesny jest rozpędzony „Blood”. Wszystko za sprawą nieco przekombinowanego i złożonego riffu. Spokojniejszy i bardziej klimatyczny jest „Eating Lies”. Akustyczna gitara tutaj odgrywa kluczową rolę i to dzięki niej mamy taki intrygujący balladowy klimat. Dalej mamy dynamiczny i energiczny „Destroyer”, który potrafi oczarować nieco koncertowym charakterem. Kolejny hit na płycie i w sumie nie ma jakiś słabych utworów, które by nudziły słuchacza. Mocnym atutem „Endure and Survive” są złożone i melodyjne solówki, która nadają przebojowości utworom. Nie trudno o skojarzenia z Iron maiden. Kolejnym tego typu kawałkiem jest przebojowy „Dawn of the dead son” czy melodyjny „Fight Back”. Na tle całości wyróżnia się nieco marszowy i mroczniejszy „The world is turning the wrong way”. Troszkę nieco rozczarowuje spokojniejszy „Together we can move the sun”.

W szybkim tempie Blaze wydał „Endure and Survive” i nie odbiło się to na jakości, bowiem ta płyta dorównuje poprzedniczce. Jest to album równy, dynamiczny i przebojowy. Śmiało można mówić o jednym z najlepszych albumów Blaze'a Bayley'a.

Ocena: 8/10

środa, 1 marca 2017

AIRBOURNE - Breakin' outta hell (2016)

Jest co raz więcej kapel upodobniających się do Ac/Dc. Kiedy Ac/Dc skupia się na graniu koncertów i graniem w kółko tego samego, ktoś musi tworzyć nową muzykę na wzór dokonań Australijczyków. Najlepiej to obecnie wychodzi Airbourne. Panowie w końcu też pochodzą z tego samego kraju i mają we krwi hard rock. Szybko zyskali sławę i szybko im przyszło tworzenie muzyki godnej Ac/Dc. Debiut „Runnin' Wild” czy ostatni album „Black Dog Barking” to kawał porządnego hard rocka, który potrafi przywołać miłe wspomnienia i najlepsze lata Ac/Dc. Płyty nie dość, że wypchane przebojami, to w dodatku potrafią porwać słuchacza swoją energia i mocą. Problem z Airbourne jest w sumie taki jak z Ac/Dc czyli granie w kółko to samo. Najnowszy krążek w postaci „Breakin Outta Hell” to w zasadzie nic nowego i powielanie tego co już znamy. Jakoś już to tak nie bawi jak na poprzednim albumie. Jest mocno, hard rockowo i dynamicznie, ale jakoś to wszystko przewidywalne. Choć płyta nie jest tak świetna jak poprzednia, to jednak potrafi porwać słuchacza dynamicznym otwieraczem „Breaking Outta Hell”, ale to nie jest najlepszy kawałek na płycie. Ten tytuł bardziej przysługuje „Rivalry”, który zaskakuje swoją formą i pomysłowością. To jest może recepta na to by uwolnić się od standardowych ram i tworzyć coś bardziej swojego. Świetny kawałek, który zaskakuje aranżacjami i przebojowością i nic dziwnego że posłużył do promowania albumu. „Get Back Up” ma klimat kompozycji z „Highway to Hell”, z kolei rozpędzony „Thin the Blood” jest kolejnym mocnym punktem. Energiczny kawałek, który mocno zakorzeniony jest w wczesnych płytach Ac/Dc czy Motorhead. Dalej należy wyróżnić Nutka bluesa pojawia się „Never been rocked like this” i w sumie dobrze wypada też utrzymany w klimatach „Ballbreaker” mroczniejszy „Its all for rock'n Roll”. Wszystko zostało bez zmian. Staje się to już troszkę nudne i w sumie przydałby się jakiś element zaskoczenia albo ciekawsze kompozycje niż te zaprezentowane na „Breaking outta Hell”.

Ocena: 6.5/10

niedziela, 26 lutego 2017

VEONITY - Into the Void (2016)

„Gladiator's tale” to był naprawdę udany debiut szwedzkiej kapeli Veonity. Pokazali, że nie jest im obca twórczość Hammerfall, Wizard, czy Manowar. Potrafi stworzyć udany, solidny materiał, który emanował energią i zachwycał przebojowością. Od tamtego dzieła minął rok, a kapela już dokonała drobnych zmian kosmetycznych które objęły logo jak i sam styl. Zespół przeniósł się z tematyki wojennej na rzecz s-f. Muzycznie dalej jest to heavy/power metal, z tym że zespół postanowił dodać nieco futurystycznego wydźwięku i progresywności. Sporą rolę zaczęły odgrywać klawisze i właśnie to wszystko znajdziemy na „Into the Void”. Drugi album szwedzkiej formacji potrafi zaskoczyć i pokazać zespół z nieco innej strony. Może nie zawsze wychodzi to na korzyść zespołu, może nie zawsze jest to dobre rozwiązanie, ale miło słyszeć, że zespół próbuje innych rozwiązań. Już otwierający „When humanity is gone” prezentuje zupełnie nowe oblicze kapeli. Jest nutka progresywności, jest klimat s-f i ciekawie wprowadzone klawisze. Została przebojowość i niezwykła melodyjność. Wokalista Anders też nabrał pewnościś i brzmi jeszcze ciekawiej niż na debiucie. Dobrze to odzwierciedla progresywny „Frozen”. Dalej mamy power metalową petardę w postaci „ A new Dimensions”. Zespół nie boi się grać ostrzej co pokazuje w toporniejszym „Awake”, który ma sporo elementów wyjętych z twórczości Iron Savior. Tutaj gościnny występ Pieta Sielcka robi swoje. Jeśli ktoś lubi Gamma Ray z lat 90 ten na pewno polubi też energiczny „Solar Storm”, który potrafi zarazić pozytywną energią. Jednym z najciekawszych kawałków na płycie jest bez wątpienia rytmiczny „Until the day i die”, który przykuwa uwagę dzięki pomysłowemu riffowi. Do grona udanych kawałków zaliczyć należy „Into The Void” czy „Warriors of Time” które są utrzymane w stylu Helloween. Veonity stawia na klasykę i brzmienie lat 90 i na dobre im to wychodzi. Kawał dobrej roboty odwalili gitarzyści i jest na czym zawiesić słuch. Płytę wieńczy przebój w postaci „Winds of Faith”, który idealnie podsumowuje cały album. Klimat s-f, duża przebojowość, zróżnicowanie i duża dawka power metalu to właśnie „Into The Void”. Album warty uwagi, zwłaszcza jeśli kochamy power metal.

Ocena: 8.5/10

piątek, 24 lutego 2017

STRIKER - Striker (2017)

10 lat wystarczyło Striker by wydać aż 5 albumów i trzeba przyznać, że nie zwalniają tempa ani na chwilę. Szybko osiągnęli status kapeli grającej na wysokim poziomie, która nie wydaje byle czego. Panowie obrali sobie za cel granie heavy/speed metalu osadzone w latach 80. Nie brakuje odwołań do Grim Reaper, Iron Maiden, starego Agent Steel czy Judas Priest. Stworzyli swój styl, który opiera się na świetnym głosie Dana Cleary'ego oraz talencie gitarzysty Timothiego. Striker gra szybko, melodyjne i z pazurem i każdy album to uczta dla maniaków tego gatunku. Tak więc najnowsze dzieło „Striker” było na samym starcie skazane na sukces.

Płyta podtrzymuje styl i jakość z poprzednich wydawnictw. Jest szybko, prosto i do przodu. Nie ma nie potrzebnych zwolnień czy urozmaiceń, zamiast tego jest jazda bez trzymanki. Panowie postawili tym razem na bardzo skromną okładkę, która nie przyciąga uwagi. Nawet logo na niej jest mało czytelne. Na płycie znajdziemy 8 kawałków, co daje nam 33 minuty muzyki czyli taki standard lat 80. Wokal Dana jest po prostu fenomenalny i potrafi wciągnąć słuchacza. Wysokie rejestry przychodzą mu z taką łatwością. „Former glory” jest lekki, chwytliwy i taki przyjemny zwłaszcza kiedy wkracza taki hard rockowy refren. Jeszcze ostrzejszy i bardziej dynamiczny jest „Pass me by” i to nie jedyna petarda na płycie. Jednym z mocniejszych utworów na płycie jest rozpędzony i przebojowy „Born to lose”, który pokazuje jak zespół dobrze się bawi i jak łatwo im przychodzi tworzenie takich hitów. Sporo ciekawych przejść gitarowych i finezyjnych solówek uświadczymy w chwytliwym „Shadows in the light”, który również przemyca trochę hard rockowego feelingu. Kolejnym hitem na płycie jest rytmiczny „Rock the night” i to muszą zagrać na koncertach, bo kawałek potrafi rozgrzać. Zaskakuje wejście do „Over the top”, które jest bardziej nowoczesne, bardziej zagrane z pazurem i tutaj zespół jakby ociera się o power metal. W takim obliczu Striker też się odnajduje i potrafi zaskoczyć słuchacza. „Freedom's call” też szybki, prosty i bardzo przebojowy w swojej konwencji. Słychać to co najlepsze było w latach 80. Całość zamyka znów ostrzejszy utwór czyli „Curse of the Dead” i jest to kolejny ostry utwór, w którym zespół ociera się o speed/power metal.

Rezultat może być tylko jeden. W przypadku Striker to nie jest żadna niespodzianka, bowiem oni nas przyzwyczaili do takiego wysokiego poziomu i do tego że znają się an tym co grają. Specjaliści od heavy/speed metalu w stylu lat 80 znów nagrali świetny album i „Striker” to taka ich wizytówka. Kandydat do płyty roku? Oczywiście, że tak.

Ocena: 9/10

czwartek, 23 lutego 2017

SCREAMER - Hell machine (2017)

Klasyczny heavy metal i fascynacja latami 80 nigdy się nie znudzą i w sumie dobrze, że są jeszcze młode kapele, które starają się dbać o to żeby nikt nie zapomniał o heavy metalu i latach 80. Taki Steelwing, Striker, Enforcer czy Screamer niby nic nowego nie grają, ale sprawiają że słuchacz przenosi się do lat 80 i przypominają się nasz ukochane albumy naszych kapel, które sprawiły że pokochaliśmy ten rodzaj muzyki. Budzi się w nas uczucie sentymentu i choć jest wtórne to co słyszymy to i tak czerpiemy z tego wielką radość. Screamer to szwedzki band, który konkuruje z Ambush czy Enforcer. Szwedzka stal daje o sobie znać przy tych zespołach. Jeśli chodzi o Screamer to mieli dobry start, ale czegoś brakowało. Na „Phoenix” rozwinęli się i minęły 4 lat, więc czas na nowy album czyli „Hell Machine”.

Skład zespołu uległ zmianie, bowiem pojawił się basista Fredrik Carlstrom oraz wokalista Andreas Wikstrom. Jednak nowe osobistości nie zmieniły stylu kapeli i panowie dalej grają dynamiczny, melodyjny heavy metal, który jest osadzony w latach 80. Dla fanów starego Judas Priest czy Iron Maiden jest to pozycja obowiązkowa. Sama okładka wygląda jak miks „Screaming for Vengeance” i „Defenders of the faith”. Jest kicz, ale jest też klimat lat 80 i to chodzi. Tym razem zespół postawił na szybki, dynamiczny i treściwy materiał. Na płycie znalazło się tylko 8 kawałków, co daje nam niecałe 40 minut muzyki. Nowy wokalista tj Andreas daje czadu i nie żałuje swojego głosu. Śpiewa technicznie, ale nie brakuje mu technicznego zaplecza i charyzmy. Idealnie pasuje do heavy metalu z lat 80 i to słychać w przebojowym „Lady of the Night”. Na otwieracz wybrano jednak „Alive” i w sumie mnie to nie dziwi. Kawałek jest dynamiczny, zadziorny i bardzo przebojowy. Duet gitarowy Dejan i Anton pędzą do przodu i nie brakuje im ikry. Niby nic oryginalnego, ale jest w tym serce muzyków i ich zapał. Do promocji krążka wykorzystano chwytliwy „On my way”, w którym nie brakuje też nutki hard rocka. Złożone solówki, melodyjny riff i szybsze tempo to atuty energicznego „Hell Machine”. Spokojnie zaczyna się „Warrior”, jednak nie jest to ballada, ani też epicki kolos. To zadziorny i bujający kawałek nawiązujący do NWOBHM. Hołd dla Saxon to bez wątpienia „Denim and leather” i nie to nie jest cover klasyku Saxon. Koncówka płyty jest również emocjonująca bo pojawia się petarda „Monte Carlo Nights”, który jest jednym z najlepszych utworów Screamer. Całość zamyka bardziej urozmaicony i mroczniejszy „The punishment”.

Zespół darował sobie jakieś wolniejsze kawałki, tak więc nowy album to prawdziwa petarda. Jest szybko, prosto i do przodu, a każdy utwór daje sporo frajdy. „Hell machine” to wycieczka do lat 80 i to przez najlepsze dzieła Saxon, iron Maiden czy Judas Priest. Jestem za jeśli tak ma to brzmieć. Najlepszy album Screamer póki co.

Ocena: 9/10

PSYCHOPRIM - Creation (2016)

Nie tak dawno pod skrzydłami wytwórni płytowej Pure Steel Records pojawił się debiutancki krążek Psychoprism. Jest to propozycja przygotowana specjalnie do tego grona słuchaczy, którzy cenią sobie twórczość Lordbane, Crimson glory, czy Queensryche. Amerykański band Psychoprism stara się nas zabrać do świata progresywnego power metalu w klasycznej odmianie. Z jednej strony stawiają na sprawdzone rozwiązania, a z drugiej strony chcą brzmieć świeżo i nowocześnie. Taki właśnie jest ich debiutancki album „Creation”, który zawiera wszystko i jest niezwykle urozmaicony. Znajdziemy tutaj rozpędzone kompozycje utrzymane w power metalowej stylizacji z podniosłym refrenem co dowodzi „Chronos”, ale też stonowane i bardziej emocjonalne kawałki co potwierdza ballada „Friendly Fire”. Muzyka zawarta na tym krążku to prawdziwa przygoda i to od pierwszych minut, kiedy płytę otwiera klimatyczne intro w postaci „Alpha”. Od razu można się przekonać jak ważną rolę w zespole odgrywa gitarzysta Bill, który stawia na finezję i niezwykłą technikę. Każdy kto lubi muzykę Yngwiego Malmsteena czy Iron mask dostrzeże pewne podobieństwa. Shredowe popisy stanowią główną atrakcją płyty Psychoprism. Jess Rittgers z łatwością wkracza w wysokie rejestry i momentami przypomina Geoffa Tate'a czy Kinga Diamonda. Bardzo dobrze to odzwierciedla tytułowy „Creation”. Z kolei więcej energii i agresji mamy w dynamicznym „Shockwaves”, natomiast „The Acclaimed” jest bardziej progresywny. Słychać, że partie klawiszowe są futurystyczne i nadają płycie odpowiedniego klimatu. Zespół bardzo dobrze radzi sobie z bardziej rozbudowanymi kompozycjami co tylko potwierdza pomysłowy „Againts the grain” czy melodyjny „The Wrecker”. Całość zamyka bardziej stonowany i rockowy „Stained Glass”. Całość jest bardzo dobrze wyważona, a zespół zaskoczył pomysłami i swoimi umiejętnościami. Jeden z najciekawszych debiutów roku 2016 i ta płytę trzeba mieć w swojej kolekcji.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 20 lutego 2017

WIDOW - Carved in Stone (2016)

carved in Stone” to piąty album amerykańskiego bandu o nazwie Widow. Każdy kto siedzi w klimatach Alice Coopera, Van Halena, Ozziego Osbourne'a, czy Manowar, Jag Panzera ten z pewnością przekona się do muzyki Widow. Panowie nie są debiutantami i znają się na swojej robocie, w końcu mogą się pochwalić 16 letnim doświadczeniem w branży. Na nowy album przyszło czekać pięć lat i przez ten czas nieco zmienił się skład zespołu. Pojawił się nowy perkusista w postaci Robbiego Mercera. Sam band opiera się w głównej mierze na zadziornym wokalu Johna i ciekawych zagrywkach Chrisa. To co znajdziemy w „Carved in Stone” to mieszankę hard rocka mocno zakorzenionego w amerykańskiej tradycji, a także heavy metalu. Nieco przybrudzone brzmienie, ostre riffy i chwytliwe melodie czynią ten album naprawdę wartym uwagi wydawnictwem. Klimatyczny otwieracz „Burning Star”, nieco bardziej bojowy „Carved in Stone” wprowadzają nas w dobry nastrój i dają nadzieję na naprawdę wartościowy materiał. Rzeczywiście tak jest, bowiem zespół nawet zaskakuje prawdziwą petardą jaką jest „Wisdom”. Zespół daje nam dopiero odpocząć przy balladzie „Time on your Side” , który potrafi wzruszyć swoim klimatem. Płyta jest równa i na swój sposób urozmaicona, ponieważ są mocne, toporniejsze kawałki typu „and we are one”, heavy/power metalowe kawałki typu „off the blood we bind”, który potrafią przyprawić o szybsze bicie serca, ale to też miejsce dla hard rockowych motywów jak choćby ten w „Let it Burn”. Widow jest w formie i znów wydał naprawdę solidny krążek, który zadowoli nawet tych najbardziej wybrednych maniaków muzyki z pogranicza hard rocka i heavy metalu.

Ocena: 7.5./10

niedziela, 19 lutego 2017

BULLETRAID - Louder than all ep(2017)

Kto lubi klasyczny heavy metal spod znaku Iron maiden, Judas Priest, czy Accept i do tego lubi być na bieżąco z polskim rynkiem heavy metalowym musi obczaić mini album grupy Bulletraid w postaci „louder than all”. Choć okładka jest tragiczna, choć może logo nie daje jasnych sygnałów, to jednak muzyka Wam to wynagrodzi w 100 %.

Co warto wiedzieć o Bulletraid to na pewno to, że kapela powstała na gruzach Tripout założonego w 2011r i choć skład ulegał zmianie to kapela przetrwała i zarejestrowała swój pierwszy materiał. Buleltraid może sporo działać, bo ma w składzie wokalistę Grzegorza Kolasińskiego, który momentami brzmi jak Rock;n Rolf z Running Wild. Łukasz i Mikołaj z kolei dbają o ciekawe partie gitarowe i słychać, że jest między nimi chemia. Wszystko co jest zagrane na epce jest zagrane z lekkością, pazurem i miłością do heavy metalu. Panowie są autentyczni i szczerzy w tym co przekazują nam. Inspiracje, które słyszymy są jak najbardziej na miejscu i wykorzystują je na potrzeby swojego stylu. Na płycie nie brakuje mocnych riffów, ciekawych melodii i przebojów. Idąc tą ścieżką zespół może wiele zdziałać i osiągnąć sukces podobny do Axe crazy czy Roadhog. „Seven days of grind” to bardzo dobry otwieracz z mrocznym klimatem, z prostym riffem i chwytliwym refrenem. Niby do bólu wtórne, ale dostarcza sporo radości z odsłuchu. Melodyjne i złożone pojedynki na solówki to atrakcja stonowanego „Behind The Mask”. Dalej mamy przebojowy i energiczny „Not good place for You”, który przemyca elementy Helloween czy Judas Priest. Nutka hard rocka wybrzmiewa w „We want it louder”, który ma coś z twórczości Dio czy Manowar. Jest jeszcze klimatyczny, balladowy „Welcome to your dying Day”, który pojawia się jako bonus.

Jest jeszcze kilka rzeczy do poprawy, ale sam szkielet i podstawy są bardzo solidne i jest na czym bazować. Panowie grać potrafią i mają szansę zabłysnąć zagranicami Polski. Dobrze, że heavy metal u nas ma się tak dobrze.

Ocena: 7/10

VATICAN - March of the kings (2017)

Dawno, dawno temu w odległej miejscowości Sandusky w Ohio powstał band o nazwie Vatican. Zespół ten grał specyficzny amerykański heavy/power metal na wzór takich zespołów jak Metal Church, Cirith Ungol, Warlord, Helstar czy wielu innych. W swojej muzyce potrafią wtrącić coś również bardziej progresywnego, mrocznego i być przy tym sobą. Vatican swoje początki kariery spędził na tworzeniu dem, na szukaniu odpowiedniego stylu ina radzeniu sobie z przeciwnościami losu. W 2014 r nawet wydano komplikacje, jednak świat cały czas czekał na debiutancki album. Ten ma mieć premierę 24 marca tego roku i „March of the kings” to jest coś na co było czekać.

Kiedy mówimy o płycie perfekcyjnej? Kiedy każdy element jest idealnie, dobrze dopasowany i nie ma miejscu na wpadki. Musi wszystko ze sobą współgrać i być czymś więcej niż zbiorem kilku utworów. „March of the Kings” brzmi jakby został stworzony w latach 80/90 i pokryto go współczesnym brzmieniem, smaczkami i nadano ostry wydźwięk. Ta płyta jest naturalna i taka autentyczna. Nic nie zrodziło się tutaj z przypadku, a fani starych dobrych płyt spod znaku Judas Priest, Kinga Diamonda, Black Sabbath, Iron maiden, Cirith Ungol czy wiele innych wielkich zespołów będą w siódmym niebie. Mamy tutaj uzdolnionego perkusistę Vica, który biję z rytmem w gary i zapewnia niezłą dynamikę na płycie. Liderem grupy jest Brian Mcnasty, który znany jest również z Savior from Anger. Jego wokal jest imponujący i w tym roku będzie ciężko przebić. Śpiewa naturalnie, ale nie brakuje w tym zadziorności i mroku. Momentami śpiewa jak Mike Howe, czasami przypomina Kinga diamonda, a czasami jeszcze Tima Rippera Owensa. Klasa sama w sobie i do teraz zbieram szczękę z ziemi. Z kolei Vince Vatican odpowiada za te ostre, mocarne riffy, które są zagrane z pasją. Słychać ogromną dbałość o technikę, ale przy tym jest hołd dla klasyki gatunku. To co się dzieje w tej sferze przechodzi ludzkie pojęcie. Szkoda, że na albumie znalazło się tylko 10 utworów, bo człowiek chce więcej i więcej takiego heavy/power metalu w takim wydaniu.

Zaczyna się od ciekawego wejścia gitar i nieco progresywnego zacięcia. Nie to nie Savatage, to nie King Diamond, to Vatican i świetny otwieracz w postaci „Alive to the Grave”. Soczyste brzmienie, ostro cięta gitara i wysokiej klasy wokal Briana. Już na myśl przychodzą największe płyty heavy metalowe i można śmiało obok nich postawić to co tutaj słyszymy. Nabieramy szybkości, dynamiki i wkraczamy w „Deadly wind”, który gdzieś tam przemyca coś z starego Running Wild, Attacker czy Metal Church. Do tego mroczny klimat i ciekawe przejścia sprawiają, że zespół nieco zmienił feeling płyty, a przecież dalej grają to samo. Judasowy riff rodem z „screaming for Veangence” czy „Point of entry” i śmiało można rzec, że „running” to klasyczny heavy metal w brytyjskim wydaniu. Mocny bas rozpoczyna „Mean streak” i znów można się poczuć jak za w latach 80. Niby banalny motyw, a ile radości daje i miłych wspomnień. Tym razem Vatican pokazuje, że i z hard rockiem bardzo dobrze sobie radzą. Numer 5 to killer w postaci „Falling from Grace”, który rozpoczyna popis sekcji rytmicznej. Idealny przykład jak robić heavy metalowe hity, które zostają na długo w pamięci. Ostry riff, dudniąca sekcja rytmiczna i już jestem zakochany w tym co słyszę. Przypomina mi się Savage Grace, Krokus z czasów „Headhunter” czy Metal Church z debiutu. Dalej mamy stonowany „Waysted”, który nastawiony jest na melodyjność i przebojowość. Bardzo dobrze wypada też marszowy „Fears Garden” czy odświeżony „Die a Heart Attack”, który pojawił się już na demie w latach 80. Końcówka płyty jest również emocjonująca pojawia się techniczny, agresywny i nieco thrash metalowy „Corruption” i melodyjny, złożony instrumental w postaci „Opus#9”.

Można by długo jeszcze pisać jak świetny to jest album i jak znakomicie łączy w sobie to co najlepsze z amerykańskiego heavy/power metalu i znanych nam klasyków z dziedziny heavy metalu. Dawno nie było takiej płyty, która by tak brzmiała, która by zawierała tak dopracowane i wyszukane kompozycje. Ten album z miejsca jest już klasykiem, który można postawić obok naszych ulubionych krążków heavy metalowych z lat 80/90. Czysta perfekcja i kandydat do płyty roku.

Ocena: 10/10

VESCERA - Beyond the Fight (2017)

Micheal Vescera to jeden z najbardziej zapracowanych muzyków heavy metalowych i co jakiś czas pojawia się płyta z tym wokalistą. To człowiek, który dał się poznać jako wokalista w zespole Yngwiego Malmstena, Loudness czy Obession. Do ostatnich ciekawych wydawnictw z nim w roli głównej na pewno trzeba zaliczyć Animetal Usa czy powrót z Obsession. W tym roku Micheal Vescera powraca z swoim zespołem Vescera, który wydał debiutancki album „Beyond the Fight”.

Vescera podpisał kontrakt z Pure Steel Records, po tym jak solowy projekt Micheal Vescera przekształcił się w pełnoprawny zespół. U jego boku jest dobrze działająca sekcja rytmiczna i uzdolniony gitarzysta Mike Petrone, który wygrywa sporo intrygujących i zadziornych partii gitarowych. Solówki zagrane są z nutką finezji i z polotem. Na płycie słychać, że panowie dobrze się bawią i całość brzmi bardzo naturalnie. Nie jest to zagrane na siłę, zwłaszcza że Vescera gra muzykę już nam znaną z innych wcieleń Micheala Vescera. Tak więc usłyszymy tutaj coś z Loudness, coś z Obsession czy Animetal Usa. Co na pewno zaskakuje to, że płyta jest bardzo równa, dynamiczna i przebojowa, a przy tym klasyczna. Jest to bez wątpienia jedno z najlepszych wydawnictw ostatnich lat, jeśli chodzi o tego wokalistę.

Płytę otwiera dynamiczny, agresywny, speed metalowy „blackout in paradise”, który zaskakuje techniką, wykonaniem i aranżacjami. Dawno Vescera tak mnie nie zaskoczył, ale brzmi to fenomenalnie. „In the night” jest prostszy w swojej formie, choć nie jest to jego wadą. Większa zadziorność i hard rockowy feeling sprzyja temu kawałkowi, czyniąc go jednocześnie jednym z największych hitów na płycie. Jeszcze ostrzejszy jest bez wątpienia „Stand and fight”, który ociera się o amerykański power metal. Tutaj słychać jak niezłym gitarzystą Mike Portney, który potrafi połączyć dynamikę, agresję i melodyjność. Nieco toporności i takiego mroku można uświadczyć w „Dynamite”, który ma coś z Accept. Ostry riff to cecha energicznego „Looking for Trouble”, choć i tutaj band przemyca znamiona hard rocka. Dalej jest również dobrze bo pojawia się urozmaicony „Vendetta” i chwytliwy „Trouble Man”, który utrzymują wysoki poziom płyty. Na sam koniec mamy równie udany i przebojowy „Suite 95

Micheal Vescera wrócił z naprawdę bardzo dobrym album, który oddaje to co najlepsze w jego twórczości. Nie zabrakło killerów, prawdziwych hitów i ciekawych zagrywek gitarowych. Jest klasycznie, jest mocno i do przodu. Ta płyta ma szansę namieszać w zestawieniach tegorocznych.

Ocena: 8.5/10

sobota, 18 lutego 2017

BATTLE BEAST - Bringer of Pain (2017)

Wiele różnych opinii można spotkać jeśli chodzi o fiński band o nazwie Battle Beast. Ten młody zespół grający melodyjny heavy metal szybko zdobył sławę. Wygrali walkę debiutów na Wacken Open Air w 2010 i tak idąc za ciosem wydali debiut „Steel”, który odniósł spory sukces komercyjny. Zespół pokazał, że potrafi grać solidny heavy/power metal z domieszką stylów Bloodbound, Lordi, sabaton czy Dio. Nitte Valo okrzykniętą żeńską wersją Ronniego James Dio i kariera stała otworem przed tym zespołem. Nie każdy załapał ten słodki metal okraszony różowymi melodiami i nieco kiczowatą formą. Jednak kto kocha przebojowość i chwytliwe melodie szybko się odnalazł. „Unholy savior” był jak dla mnie mało metalowy, a bardziej dyskotekowy. To była tortura dla uszu, ale nie skreśliłem ten zespół. Oczekiwałem cierpliwe „Bringer of Pain” i jestem zaskoczony.

Po premierze „King for a Day” nie liczyłem na coś specjalnego. Spodziewałem się kiczu i porażki z poprzedniego albumu, a tutaj jednak zostałem mile zaskoczony. Płyta jest lekka, przebojowa, zagrana z pomysłem i naprawdę słychać ten melodyjny metal. Słychać te nawiązania do Dio, Sabaton, Lordi czy Bloodbound. Noora daje niezły popis swoich umiejętności wokalnych i ten element na pewno nie zawodzi. Nowa świeżość to bez wątpienia zasługa nowego gitarzysty Joona, który dołączył do zespołu w 2016 roku. Nowy album to 40 minut dynamicznej i przebojowej muzyki, która przenosi nas do dwóch pierwszych wydawnictw Battle beast, które są wyznacznikiem stylu i poziomu muzycznego tej kapeli.

Zaczyna się energicznie i nieco w stylu Sabaton, ale zadziorny „Straight to the Heart” to jest hit, który szybko zapada w pamięci. To jest właśnie Battle Beast taki jaki lubię. Echa starego warlock słychać w zadziornym i ostrym riffie w początkowej fazie „Bringer of Pain”. Dawno band nie grał tak szybko i tak złowieszczo. Tutaj słychać świetne nawiązania do Sinbreed czy Hammerfall i ja to kupuje. W sumie Battle Beast mógłby śmiało podążać w tym kierunku. „King For a day” to utwór promujący ten album i choć na początku mnie nie przekonywał, to teraz na albumie pasuje mi do całości i dostrzegam jego zalety. Ma przebojowość Abba, a sama konstrukcja przypomina mi „Enter the metal world” z debiutu. Fani nightwish na pewno po lubią dynamiczny i przebojowy „Beyond The Burning Skies”, w którym świetny popis wokalny daje Noora. Przebój goni przebój i zespół nie zwalnia tempa. Stonowany „Familliar Hell” ma coś z dokonań Lordi i ten hard rockowy feeling słychać tutaj. Melodyjny „Bastard Son of Odin” to kolejny mocny punkt tej płyty i pokazuje jak w dobrej formie jest zespół. Klasyczne brzmienie Accept czy Warlock przemawia w riffie do „We will Fight” i śmiało ten kawałek może być zagrany na koncertach zespołu. Nawet ballada „Far from heaven” broni się i potrafi zapaść w pamięci.


No i obawiałem się kiczu i mało metalowego krążka, a tutaj Battle beast mnie zaskoczył. Wrócili do grania z dwóch pierwszych albumów i to cieszy, bo w tym wcielaniu zespół jest najbardziej autentyczny i skuteczny. Śmiało można sięgać po „Bringer of pain”.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 16 lutego 2017

PLACE VENDOME - Close to The Sun (2017)

Micheal Kiske przygotowuje się do trasy z Helloween w ramach „Pumpkin United” i o tym, że jest w bardzo dobrej formie potwierdził ostatni album Unisonic. Jednak Kiske to również inny projekt muzyczny w postaci Place Vendome, który działa od 2004r. Ten projekt powstał z inicjatywy szefa wytwórni Frontiers i był postrzegany jako Pink cream 69 z Kiske na czele. Nic dziwnego bo ten projekt tworzą Dennis ward, Kosta Zafiriou i Uwe Reitenauer, którzy grali w Pink Cream 69. Place Vendome to nieco inna bajka niż Helloween czy Unisonic. Jest to muzyka na pewno lżejsza i bardziej skierowana do maniaków Aor czy Hard Rocka. Co ciekawe projekt ten przetrwał próbę czasu i teraz udało się wydać 4 album zatytułowany „close to the Sun”.

Kiske wrócił do metalu i jego głos jest jak za dawnych lat, dlatego zainteresowanie albumem na pewno wzrosło. Zwłaszcza, że próbki z nowej płyty były ciekawe i dawały nadzieję na naprawdę interesujące wydawnictwo. Miła dla oka okładka i lista uzdolnionych gości w postaci Gus G, Mandy Mayera czy Kaia Hansena sprawiły, że oczekiwania były jeszcze większe. Znów kilku znanych muzyków zajęło się pisaniem utworów, przez co płyta jest urozmaicana, ale jakaś taka niespójna. Czego na pewno brakuje to tej lekkości Aor, tego ciepłego i romantycznego klimatu i przebojowości. Jest kilka ciekawych momentów, ale jako całość to jest nudne na dłuższą metę. Tytułowy „Close to the Sun” potrafi zaskoczyć nieco mocniejszym riffem i dobrze wplecionymi melodiami. Jest gdzieś w tym pazur i to może się podobać. Przede wszystkim Kiske jest głównym motorem tego projektu i to na nim często się słuchacz skupia. Niestety tło czasami jest nie do końca trafione. Płytę promował niezwykle przebojowy i energiczny „Welcome to The Edge”, który dawał nadzieję na ciekawy album. Utwór łączy w sobie to co najlepsze z Unisonic i wczesnych płyt Place Vendome. Bardzo dobra mieszanka hard rocka i heavy metalu. Taki powinien być cały album i to byłby dobry kierunek. Nutka progresywności, nieco więcej power metalu jest w „Hereafter” który jest całkiem udanym coverem DGM. Dobrze wypada też nieco marszowy „Across The Times” czy nieco mocniejszy „Riding The Ghost”, w których gościnnie występuje Kai Hansen. Moim faworytem od samego początku był „Light before the dark” z atrakcyjnym i zadziornym riffem. Jest tutaj Gus G i przewija się duch Firewind. Kompozycja taka nie w stylu Place Vendome i bardziej bym ją przypisał do Unisonic. Spokojniejsze „Falling Star” czy „Helen” starają się nam przypomnieć początki Place Vendome, ale te kompozycje są nijakie. Czyste rzemiosło, bez większych emocji. Całość zamyka też poprawny „Distant Skies”.

Wielki szum, duże oczekiwania, a album jest poprawny i bez fajerwerków. Kiske jest w świetnej formie, ale uleciała magia i klimat Aor. Można posłuchać, ale nie zapada na długo w pamięci. Nie pomogła nawet bogata lista ciekawych gości.Szkoda

Ocena: 5.5/10

LEGION -War Beast (2016)

11 lat przyszło czekać fanom amerykańskiego Legion, który specjalizuje się w graniu heavy/speed metalu mocno zakorzenionego w latach 80. W ich muzyce można doszukać się wpływów Judas Priest, Accept, czy Warlock. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania i patenty, które były już dawno temu wymyślone i zaprezentowane. Nie ma w tym za grosza oryginalności, ale nie o to przecież chodzi w tym. Co raz więcej jest kapel typu Legion i trzeba się wykazać ciekawymi pomysłami na kompozycje. W tym aspekcie amerykański band wypada całkiem dobrze, ale nie jest to ta liga co Enforcer czy Skull Fist. Band już w 2005 r wydał debiutancki album „Shadow of the king” i był to kawał solidnego heavy metalu. Choć od tamtego wydawnictwa minęło sporo czasu, to jednak zespół dalej idzie tą samą drogą. „War Beast” jako nowe dzieło pokazuje przede wszystkim nie przeciętne umiejętności wokalisty Ralpha Gibbonsa, który tchnął w band więcej życia. „On the pale horse” to dynamiczny otwieracz, który idealnie odzwierciedla speed metalowe fascynacje Legion. Jest szybkość, jest klasyczne brzmienie i ciekawe zagrywki gitarowe, a to przyczynia się do łatwiejszego odbioru płyty. Jeszcze ciekawszym utworem jest żywiołowy „Gypsy Dance”, który jest bardziej przebojowy. Mroczniejszy „Bricks of Egypt” ma coś z Black Sabbath czy Dio. Jest cięższy riff, marszowe tempo, a także rozbudowaną formą. Energiczny „War beast” to jeden z najlepszych utworów na płycie i prawdziwa petarda. Końcówka płyty to toporniejszy „Future Passed” i ballada „Luna”, które ukazują inne oblicze zespołu. Płyta mimo wtórności potrafi zaskoczyć i dostarczyć sporo frajdy, zwłaszcza fanom heavy metalu z lat 80.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 lutego 2017

ALMAH - E.v.o (2016)

Kiedy Edu Falaschi pojawił się w Angra, to wielu z wątpiło czy uda mu się zastąpić godnie Andre Matosa, ale jakoś sobie poradził. Co ciekawe też udało mu się z Angrą nagrać naprawdę udane albumy. Tamte czasy raczej nie powrócą, ale na szczęście jest jeszcze jego inny band w postaci Almah, który początkowo był tylko bocznym projektem muzycznym. Ostatnie płyty Almah był zbyt przekombinowane i tworzone na siłę. Teraz zespół ma nowego gitarzystę w postaci Diogo Mafri i perkusistę Pedro Tinello. 3 lata przyszło czekać na nowy album „E.V.O”. W końcu jest to album, który przywołuje stare dobre czasy Angra, czy też pierwsze krążki Almah. Jest dużo ciekawych progresywnych motywów, a przede wszystkim znów słychać, że mamy do czynienia z power metalem. Pod tym względem na pewno „E.V.O” jest wielkim zaskoczeniem. Kolejną ważną zmianą jest powiew świeżości, a także swego rodzaju urozmaicenie. Każdy kto gustuje w brazylijskim power metalu ten szybko odnajdzie się na nowym krążku Almah. Sama okładka jak i brzmienie potwierdzają, że zespół włożył sporo sił w efekt ostateczny. Otwieracz „Age of Aquarius” ma wciągający, magiczny klimat i idealnie przemyca patenty znane z Angra. Od razu słychać, że zespół przemyślał pewne kwestie i poszedł po rozum do głowy. „Speranza” to lekki i przyjemny kawałek, który zachwyca przede wszystkim melodyjnością i konstrukcją. Więcej progresji i rockowego feelingu mamy w nieco bardziej stonowanym „The Brootherhood”. Kto woli nieco ostrzejsze i nowocześniejsze granie, ten bez wątpienie po lubi utwór nr 4 czyli „Innocence”. Mocnym punktem jest nieco żywszy i bardziej rozpędzony „Higher”, który pokazuje, że zespół wie jak grać power metal. W podobnej konwencji utrzymany jest „Infatuated” czy mroczniejszy „pleased to meet You”. Płyta naszpikowana jest przebojami i dzięki temu fajnie się tego słucha. Jednym z takich najlepszych jest bez wątpienia „Final Warning” czy melodyjny „Capital Punishment”. Jestem zaskoczony, że udało się Almah nagrać taki wyrównany i energiczny materiał, który nie nudzi. Jest progresywność, urozmaicenie i masa ciekawych motywów. Bez wątpienia „E.V.O” to jeden z najlepszych albumów Almah i jeden z ciekawszych wydawnictw w kręgu progresywnego metalu.

Ocena: 9/10

piątek, 10 lutego 2017

ARMORY - World peace ... cosmic wars (2016)

Jeśli ktoś ma obsesję na speed metalu w stylu Agent Steel, Savage Grace czy Liege Lord ten powinien zapoznać się z debiutanckim krążkiem szwedzkiego Armory. „World peace...cosmic war” to pozycja, która pozwoli nam poczuć klimat s-f, a także płyt heavy metalowych z lat 80. Przede wszystkim jest to album, który jest prosty w odbiorze, a sam zespół stawia w dużej mierze na dynamikę, zadziorność i chwytliwość. Choć jest to debiutancki album szwedzkiej formacji, to jednak trzeba przyznać, że odnajdują się w tym co grają. Wokal Anderssona na pewno jest naturalny i bardzo przekonujący. Z kolei Ingelman i Sundin stwarzają dobre tło w postaci solidnych riffów, zadziornych solówek i chwytliwych melodii. Cała konstrukcja utworów może jest i banalna, ale potrafi porwać i wciągnąć. „Cosmic War” to energiczny kawałek, który przemyca sporo cech z heavy metalu i speed metalu z lat 80. Niby brzmi znajomo, a mimo to potrafi dostarczyć sporo frajdy. Nieco ostrzejszy jest „High Speed death”, który ma w sobie ducha thrash metalowych produkcji lat 80/90. Na uwagę zasługuje „Spinning towards Doom”, który wyróżnia się pomysłowym riffem. Echa Megadeth, czy Agent Steel można usłyszeć w „Artificial Slayery”. Końcówka jest bardzo udana i tutaj pojawia się przebojowy „Final Breath” czy bardziej rozbudowany i urozmaicony „Space Marueders”. Ogólne wrażenia bardzo pozytywne, pomimo że utwory są na jedno kopyto. Z płyty bije pozytywna energia i duch lat 80. Solidna speed metalowa pozycja.

Ocena: 8/10

środa, 8 lutego 2017

IRON MASK - Diabolica (2016)

Jednym z najbardziej uzdolnionych gitarzystów w świecie muzyki metalowej jest bez wątpienia Duschan Petrossi. Jego gra potrafi pobudzić zmysły i przenieść do innego świata, który jest pełen magii. Daj nam słuchaczom dwa świetne zespoły w postaci Magic Kingdom i Iron mask, które odgrywają kluczową rolę w neoklasycznym power metalu. Ostatnie dzieło Magic Kingdom było wręcz idealne i pokazywało cały kunszt muzyka. Przede wszystkim jego lekkość, pomysłowość i zamiłowanie do muzyki poważnej. To dawało nadzieje, że za nie długo zostanie wydany nowy album Iron mask.

Iron Mask to dla mnie przede wszystkim dwa pierwsze wydawnictwa w postaci „Revenge is my name” oraz „Hordes of The Brave”. Te płyty charakteryzowała niezwykła energia i przebojowość, a popisy gitarowe przyprawiają o ciarki. Kiedy Iron Mask powrócił w 2010 z kolejnym albumem to może już nie był tak wysoki poziom, ale od tamtej pory nie zeszli poniżej pewnego wysokiego poziomu. „Fifth son of the Winterdoom” to ostatnie dzieło i choć było nieco hard rockowe to i tak potrafił porwać słuchacza i wciągnąć w ten cały neoklasyczny świat. Teraz po 3 latach band wraca z nowym albumem w postaci „Diabolica” i jest to pierwszy krążek z Diego Valdezem. Co ciekawa forma i wykonanie kompozycji pod wieloma względami przypomina pierwsze dwa krążki. Dużo jest energii, ciekawych zagrywek gitarowych Duschana. Jest lekkość, jest pomysłowość i urozmaicenie, w dodatku Diego znakomicie odnajduje się w muzyce Iron mask. „I dont forget i Dont forgive” to utwór, który idealnie odzwierciedla ten stan rzeczy. Kawałek zagrany z pasją i polotem, a sama konstrukcja przypomina dwa pierwsze albumy. Nieco bardziej rozbudowany jest melodyjny „Doctor Faust”, który ma w sobie sporo ciekawych motywów muzyki klasycznej. Podniosły i niezwykle przebojowy „Galileo” to kolejna petarda na płycie. Słychać, że Iron mask jest w znakomitej formie. Duschan nie opuszcza poziomu w równie dynamicznym „Oliwer twist”, który również oddaje to co najlepsze w neoklasycznym power metalu. Nieco marszowy, nieco rockowy „March 666” potrafi oczarować klimatem i podniosłością. Do promocji albumu posłużył przebojowy „All for metal” i to był na pewno dobry wybór. Kawałek prosty w swojej formie i od razu wpada w ucho. Druga połowa płyty jest nieco bardziej zaskakująca. Pojawia się stonowany i mroczniejszy „The Rebellion of Lucifer”, który zabiera nas w klimaty Dio czy Black Sabbath. Nieco zadziorny i bardziej metalowy „Ararat” z przepięknym refrenem w roli głównej. Znakomitym zwieńczeniem płyty jest kolos w postaci „Cursed in the Devils Mill”.

Jeśli komuś brakowało na ostatnich płytach Iron Mask energii, przebojowości i ducha pierwszych płyt, ten może odetchnąć. „Diabolica” to album, który przypomina nam twórczość Iron Mask z pierwszych dwóch albumów. Tak więc jest dużo neoklasycznego power metalu, dużo intrygujących zagrywek Duschana i świetny popis Diego, który znakomicie spisał się w roli wokalisty Iron Mask. To trzeba posłuchać!

Ocena: 9.5/10

niedziela, 5 lutego 2017

EMERALD - Reckoning Day (2017)

Muzyka szwajcarskiego bandu Emerald nie jest niczym odkrywczym i w zasadzie jakoś nie wyróżnia się na tle innych zespołów grających heavy metal z domieszką power metalu. Choć Emerald nie kryje zamiłowania do twórczości Omen, Iron maiden, Savatage, Judas Priest, Warlord czy Jag Panzer to jednak starają się mieć swój własny styl i brzmieć świeżo. Zespół działa od 1995 r i cały czas wydaje solidne płyty, które potrafią zaskoczyć wyrównanym poziomem i przebojowością. Emerald to machina, która działa bez usterek i póki co nie zardzewiała. Ostatni album ukazał się w 2012 r, jednak kiedy udało się zebrać nowy skład to i zespół wrócił z nowym albumem zatytułowanym „Reckoning Day”.

Okładka jest prosta i taka w klimatach Iron Maiden, a brzmienie mocno osadzone w latach 80. Muzycznie Emerald nie zmienił się w przeciągu tych 5 lat i dalej gra swoje. Choć słychać, że dokonali kilka kosmetycznych zmian. Pojawiają się bardziej złożone i wyrafinowane solówki Michaela i Juliusa. W roli nowego wokalisty sprawdza się na pewno Mace Mitchel, który zastąpił George'a Calla. Odnajduje się w wysokich rejestrach, a dodatkowo potrafi śpiewać zadziornie i agresywnie. Nowy nabytek wlał sporo świeżości do muzyki Emerald. Sam album śmiało nawiązuje do najlepszych dzieł zespołu i trzyma poziom poprzednich wydawnictw.

Zawartość to ponad 60 minut soczystego heavy/power metalu, gdzie druga część płyty to koncept „The burguardian wars”, który bazuje na noweli „Der lowe von burgund” napisanej przez klawiszowca Thomasa Vauchera.

Płytę otwiera zadziorny i ostry „Only the ripper wins”, który nawiązuje do heavy metalu amerykańskiego spod znaku Helstar czy Omen, ale też Judas Priest. Tutaj klasę pokazuje Mace, którego wokal jest idealnie do tego co gra Emerald. Duża dawka melodyjności, energii pojawia się w żywszym „Black Pyramid”, gdzie zespół nie kryje zamiłowania do twórczości Iron Maiden. Wokalista George Call daje gościnny występ w przebojowym i bardziej power metalowym „Evolution In reverse”, który jest jednym z najmocniejszych momentów na płycie. Odrobina toporności i mroku dodaje smaku zadziornemu „Horns Up”. Ten utwór potrafi oczarować słuchacza prostym i chwytliwym refrenem. Dawny wokalista daje o sobie znać jeszcze raz w bardziej energicznym „Through The Storm”. Nawet kiedy zespół zwalnia i stawia na epicki charakter to i tak potrafią zaskoczyć fana i pokazać klasę. Świetnie to obrazuje „Ridden by fear” czy w tytułowym „Reckoning Day”. Do udanych utworów na pewno warto zaliczyć rozbudowany i bardziej progresywny „Reign of steel”. Całość zamyka epicki i klimatyczny „Signum dei”.

Niby są zminy, niby tyle czasu minęło od ostatniego dzieła w postaci „Unleashed”, ale Emerald dalej jest sobą. Nowy wokalista Mace wlał trochę świeżości i agresji do muzyki szwajcarów. „Reckoning day” to przede wszystkim równy i zróżnicowany album, który dobrze się słucha. Nie można pominąć tego dzieła w roku 2017.

Ocena: 8/10

IRON FIRE - AMONG THE DEAD (2016)

Jednym z tych zespołów, które marnuje swój potencja jest bez wątpienia Iron Fire. Jest to duńska formacja, która gra power metal z wpływami klasycznego heavy metalu. Mieli udany debiut w postaci „Thunderstorm” potem było różnie i w sumie ostatni warty uwagi album to „To the Grave” z 2008 r. teraz po 4 latach band powraca z 8 studyjnym albumem, który jest zatytułowany „Among The Dead”. Mówi się, że nowy krążek to coś dla fanów „Better than Raw” Helloween, „The Dark Saga” Iced Earth, czy „Black in Mind” Rage. Ma być to swoista podróż do lat 90. „Among The Dead” rzeczywiście ma coś z tych albumów. Podobny mroczny klimat, mieszankę heavy metalu i power metalu i podobnie jak w tamtych płytach tak i tutaj sporą rolę odgrywają mocne, zadziorne riffy. Martin Steene to gwiazda tego zespołu i to dzięki niemu ten band wciąż jako tako funkcjonuje. Nawet Martin na tym albumie stara się być agresywniejszy i bardziej heavy metalowym wokalistą. Na pewno plusem jest toporniejsze, mroczniejsze brzmienie, czy wreszcie miła dla oka okładka. Sam miks był robiony w polskim studio, co jest miłym zaskoczenie. Tematycznie Iron Fire poszedł w kierunku jaki zaprezentował Hammerfall na „Infected”. Troszkę to nie pasuje do Iron Fire, ale to już materiał na inny temat. Jak wypada album? Nie jest to najlepsze dzieło duńskiej formacji, nie jest to też najlepsze co słyszałem w tym roku, a jedynym plusem jest to że zespół stara się zaskoczyć słuchacza, szuka nowych patentów. Pojawia się growl, pojawiają się thrash metalowe riffy, co potwierdza choćby „Higher Ground”. Do składu wrócił dawny kolega czyli Gunnar, który jest naprawdę solidnym perkusistą. Tytułowy kawałek „Among the Dead” cechuje się ciężkim riffem i zadziornymi partiami wokalnymi. Ciężko rozpoznać w tym dawny, znanym nam wszystkim Iron Fire. Toporny i nieco hard rockowy „Hammer of The gods” to solidny kawałek, którzy rzeczywiście przypomina Rage czy Helloween z lat 90. Jednym z agresywniejszych kawałków na płycie jest „Tornado of Sickness”, który potrafi oczarować mocnym, thrash metalowym riffem. Ten utwór pokazuje, że nowa formuła nie jest taka zła i co ważne Iron Fire wypada w niej całkiem dobrze. „Iron Eagle” to stonowany i utwór przesiąknięty patentami wyjętymi z twórczości Accept. Jak ktoś lubi lżejsze i bardziej chwytliwe granie ten z pewnością po lubi niezwykle melodyjny „The last survivor”, czy energiczny „No sign of life”. Całość zamyka spokojny, rockowy kawałek w postaci „When the lights go out”. Album da się słuchać i ma kilka mocnych momentów. Na pewno zaskakuje formuła krążka i nowe rozwiązania. Szkoda tylko, że brakuje wyrazistych kawałków, które by na długo zostały w pamięci. Warto posłuchać to na pewno. Każdy sam oceni i zweryfikuje „Among The Dead”. Nie oczekujcie jednak cudów.

Ocena: 6.5/10