środa, 18 stycznia 2017

TYGERS OF PAN TANG - Tygers of pan Tang (2016)

Z klasycznego składu tygers of pan Tang został właściwie gitarzysta Robb Weirr, który odpowiada za brzmienie i jakość utworów. Wiele się zmieniło, heavy metal nabrał nieco innego znaczenia, a przez ten czas ta brytyjska formacja pozostała sobą i wciąż stara się grać NWOBHM z elementami klasycznego heavy metalu z lat 80 i hard rocka. Na 11 album zatytułowany po prostu „Tygers of pan tang” przyszło czekać fanom 4 lata. Nowy album z jednej strony podsumowuje karierę, a z drugiej pokazuje że zespół stara się rozwijać, zwłaszcza na płaszczyźnie hard rockowej. Wokalista Jacopo daje zespołowi swobodę i możliwość poszerzania horyzontów. Jego wokal sprawdza się w różnych rodzajach kompozycjach i to słychać na „Tygers of pan Tang”. Micky i Robb stawiają na łatwe melodie, chwytliwość i rockowe szaleństwo. Dzięki temu płyta jest łatwa w odbiorze i może trafić do tego grona słuchaczy, które nie do końca znają twórczość tej brytyjskiej formacji. Zespół potrafi nawiązać do swojej przeszłości co potwierdza singlowy „Only The Brave”. Na pewno zaskakują kompozycje rockowe jak „Glad Rags” który nasuwa namyśl twórczość Def Leppard czy Ac/Dc. Dalej na płycie mamy ciepłą i emocjonalną balladę w postaci „The Reason why”, który potrafi złapać za serce. Sama konstrukcja przypomina dokonania Foreigner. Fani na pewno pokochają rozpędzony „Never give in”, który ma coś z Saxon czy Judas Priest. Mocna kompozycja, z szybkim tempem i ostrymi partiami gitarowymi. Dobry dowód na to, że brytyjska formacja jest w formie. W podobnym klimacie utrzymany jest „Do it Again”, który oddaje to co najlepsze w NWOBHM. Nieco nowocześniejszy „Blood red sky” to kompozycja dynamiczna i niezwykle zadziorna. Całość zamyka bardzo udany przebój „The Devil You know”, który bardzo dobrze podsumowuje cały krążek. Tyger of pan tang żyje i ma się dobrze, w dodatku nagrywa naprawdę solidne krążki, co potwierdza ich nowy album. Jest moc, jest polot i dobra zabawa. Płyta jest zróżnicowana i ma kilka przebojów, co tylko jeszcze bardziej zachęca do zapoznania się z najnowszym dziełem Brytyjczyków. Solidna porcja hard rocka i klasycznego heavy metalu.

Ocena: 8/10

wtorek, 17 stycznia 2017

GOTTHARD - Silver (2017)

Szwedzki Gotthard to zespół, który ma swoje najlepsze lata za sobą, a najlepsze jest to że czerpią garściami z twórczości Deep Purple, Uriah Heep czy Dokken. Choć nie ma w zespole Steve'a Lee który zmarł 2010r to i tak zespół radzi sobie bardzo dobrze i wydał 12 album w celu świętowania 25 rocznicy istnienia. Nowy krążek „Silver” może jest nieco komercyjny, ale z pewnością jest to hard rockowy album, który przemyca w sobie to wszystko z czego znany jest ten band. Tak więc mamy ostre riffy, nutkę szaleństwa, komercji i sporo chwytliwych przebojów. Najlepsze jest to, że zespół stara się wrócić do swoich korzeni co można usłyszeć w niektórych kompozycjach. Wróciły bardziej wyeksponowane klawisze rodem z lat 70. „silver” może za bardzo jest rozciągnięty w czasie i ma za dużo kawałków jak na jeden album, bo 15 utworów z dwoma bonusami to troszkę przesada. Nieco może irytować komercja w niektórych momentach, ale to nie umniejsza temu albumowi i w sumie warto poświęcić mu czas. Nic Meader jako wokalista też dobrze sobie radzi choć nigdy on nie będzie Stevem Lee. Potrafi nadać kompozycjom klimat i rockowego feelingu, a to też jest bardzo ważne. Z kolei gitarzyści Leo i Freddy grają troszkę oszczędnie i jakoś nas nie zaskakują. „Silver” ma bardzo dobry start. Zaczyna się od klasycznego „Silver River”, który nawiązuje do lat 70 i czasów Deep Purple. Przypominają się stare płyty Gotthard. Ostry i chwytliwy na pewno też jest „Electrified”, z kolei singlowy „Stay with me” urzeka swoim klimatem i lekkością. Dalej mamy równie zadziorny i melodyjny „Beutiful”, który zaliczyć należy do mocnych punktów płyty. Potem jest różnie i ożywienie następuje w pomysłowym i bardziej złożonym „Tequila symphony no 5” o progresywnym charakterze. Dobrze wypada też nieco cięższy i bardziej dynamiczny „My oh my” i szkoda że zespół nie stworzył więcej utworów tego pokroju. Z kolei „Blame on me” porywa pozytywnym klimatem i rock'n rollowym feelingiem. Ta płyta ma mocne strony i może się podobać. Niestety jest zbyt długa i nie równa jak dla mnie. Dobre kawałki przytłaczają te komercyjne i przez to płyta potrafi nużyć. Jest hard rock i dobra zabawa, tak więc warto zapoznać się jak Gotthard brzmi w 2017 roku.

Ocena: 6/10

CRYSTAL VIPER - Queen of the Witches (2017)

Heavy metal w naszym kraju był od lat, ale jakoś brakowało zespołów grających heavy/power metal nawiązując do wielkich kapel, a przy tym osiągać sukces za granicą. Polska wybiła się na zachodzie głównie przez Vader czy Behemoth, a brakowało kogoś kto by reprezentował klasyczną odmianę metalu. W 2003 r powstała z inicjatywy Marty Gabriel formacja Crystal Viper. Zaczęli grać barbarzyński/ rycerski heavy metal ocierając się o styl takich kapel jak Cirith Ungol, czy Manilla Road. Wraz z pomocą męża Marty to jest Barta Gabriela zespół stawał się coraz silniejszy, bardziej europejski i przede wszystkim co raz bardziej sławny i to nie tylko w naszym kraju. Kariera zaczęła się rozkręcać, a fani muzyki metalowej co raz bardziej kojarzyli markę Crystal Viper. Od „Metal nation” zespół brzmiał bardziej profesjonalnie i utwory były z górnej półki. Sukces zawdzięczają pracowitości, bo w przeciągu 6 lat udało się wydać 5 albumów i 7 singli. Rok 2017 jest dla Crystal Viper bardzo ważny bo premierę ma 6 album zatytułowany „Queen of the witches” i trzeba przyznać, że oczekiwania były ogromne co do tej płyty.

Z czego wynika taka niecierpliwość i takie oczekiwania względem tej płyty? Jest kilka powodów. Pierwszym najważniejszym jest fakt, że Crystal Viper nagrywa cały czas bardzo dobre albumy i nie nagrał czegoś co by rozczarowało fanów zespołu i heavy metalu. Drugim powodem jest to, że singiel „The witch is back” pokazał, że zespół wciąż jest na fali i nagrał jeden z swoich najlepszych kawałków. Trzeci powód to sama otoczka wokół albumu. Nowe logo grupy, które nawiązuje do log z lat 80 czy wreszcie klimatyczna okładka Andre Marschalla, który rysował dla Running Wild czy Blind Guardian. To wszystko sprowadzało nas do jednej myśli, że szykuje się nam prawdziwa uczta. Nowy album to przede wszystkim świetne brzmienie. Zespół osiągnął perfekcję pod tym względem. Jest to brzmienie naszych czasów i nie ma próbowania tworzenia na siłę klimatu lat 80. Dzięki drobnym zmianom udało się stworzyć niezwykle czyste i ostre brzmienie. „Queen of the witches” to przede wszystkim niezwykły popis umiejętności Marty. Jako kompozytorki, gitarzystki, no i wokalistki. Właśnie pod względem wokalnym nowy album potrafi rzucić na kolana. Marta bardzo się rozwinęła i śmiało może konkurować z najlepszymi wokalistkami heavy metalowymi. Tytuł królowej wiedźm jest jak najbardziej na miejscu. W singlowym „the Witch is back” można poczuć pazur rodem z „Painkillera” Judas Priest. Jest to niezwykle agresywny kawałek o ciężkim riffie i zadziornych partiach gitarowych. Słychać tutaj rozwój i powiew świeżości w muzyce Crystal Viper. Niby dalej grają to samo, ale wykorzystują nieco inne patenty. Ostatnio zespół grał tak ciężko na „Crimen Expecta”. W 2016 r zespół zasilił Błażej Grygiel i spisuje się on bardzo dobrze co słychać w stonowanych kompozycjach. Nieco zaskakuje na pewno „I fear no Evil” i to poprzez melodyjny riff i konstrukcję w stylu Iron maiden. W tym kawałku słychać ducha starych płyt NWOBHM. Sam utwór śmiało mógłby znaleźć się na „Legends”. Crystal Viper to nie tylko świetny i wyjątkowy wokal Marty, ale też atrakcyjne i wciągające popisy gitarowe Marty i Andiego. Jest to bardzo eksponowane w tym energicznym utworze. Jednym z najlepszych utworów na nowym albumie jest marszowy „When the sun goes down”, który zabiera nas w rejony Manowar. Tutaj wykazuje się nowy basista i trzeba przyznać że odwala kawał dobrej roboty. Podoba mi się tutaj ciekawa linia melodyjna, chwytliwy i bojowy refren, no i złożona konstrukcja kompozycji. Warlock i Crystal Viper mają wspólnego i tego nie da się ukryć. Podobieństwa słychać często w spokojnych kompozycjach. Ballada „Trapped Behind” to taki odświeżony „Without You” warlock. Pianino, mroczny klimat i świetny, hipnotyzujący wokal Marty to jest właśnie to co czyni ten utwór wyjątkowym. Kolejną perełką, która stanie się szybko jednym z największych hitów grupy to „Do or Die” z gościnnym udziałem Rossa The Bossa. Jest moc, jest pędzące tempo, epickość no i przebojowy charakter utworu. Podoba mi się ten prosty i rycerski refren, który szybko zapada w pamięci. Również główny motyw jest świetny i wyjątkowo prosty. Gra z Jack Starr;s Burning Starr wyszło Marcie na dobre i te wpływy tutaj słychać. „Do or Die” pod wieloma względami przypomina dokonania grupy z okresu „Legends” co również jest dobrym znakiem. Crystal Viper na nowym albumie nie marnuje miejsca i naszego czasu, tylko cały czas atakuje mocnymi riffami. Tak też jest w szybkim „Burn my fire Burn”. Znów gdzieś zespół ociera się o twórczość Iron Maiden i wyszedł z tego zróżnicowany i bardzo klasyczny kawałek, co oddaje to co najlepsze w heavy metalu. Słuchając tego utworu przypomniałem sobie za co kocham ten zespół i za co go cenię. Znów liczne przejścia i urozmaicone solówki co tylko podgrzewa atmosferę, która i bez tego jest gorąca. Mantas z Venom daje czadu w rozpędzonym i mrocznym „flames and Blood”, który jest ostrym kawałek. Znów dochodzi do zmieszania agresji z otwieracza i melodyjności z „Legends”. Taki Crystal Viper jak najbardziej mi odpowiada. Ciężko w dzisiejszych czas o klimatyczne i bogate w emocje ballady, ale Crystal Viper w „We will make it last forever” pokazał że można. Gościnnie pojawia się tutaj Steve Bettney z Saracen. Końcówka płyty jest niestety pozbawiona kolosa, ale zamiast tego mamy kolejne zadziorne killery. Imponuje niezwykle ostry, ocierający się nieco o thrash/power metal „Rise of the Witch Queen”. Tutaj odnoszę wrażenie jakby zespół inspirował się ostatnimi albumem Gamma Ray, kreator czy „Painkillerem” Judas Priest. Szybkie tempo, ostry riff, niezwykła dynamika i przebojowość. Czysta perfekcja i przykład jak grać wysokiej klasy heavy metal. Crystal Viper przyzwyczaił swoich fanów do tego, że na albumach pojawiają się goście z kultowych kapel heavy metalowych oraz covery znanych zespołów z lat 80. Tym razem na tapetę wzięto utwór Grim Reaper i trzeba przyznać, że znów dali czadu. „See You in Hell” brzmi świeżo i powiedziałbym że nawet lepiej w tej wersji zaprezentowanej przez Crystal Viper.

Spotkałem różne opinie na temat Crystal Viper. Jedni zachwalają, drudzy wytykają komercję i to, że zespół zrobił karierę, dzięki Bartowi. Opinie, że Marta nie umie śpiewać i kiepsko zna angielski też były na porządku dziennym. Jednak Marta Gabriela, która zaznaczyła swoją obecność w metalowym światku. Zajęła się tworzeniem ciuchów dla maniaków heavy metalowych, grywa z Jack Starrem, chętnie jest zapraszana gościnnie przez inne wielkie zespoły i stworzyła zespół Crystal Viper, który już osiągnął spory sukces. Ten sukces zawdzięczają ciężkiej pracy i naprawdę bardzo dobrym albumem. To muzyka tak ich wybija, to muzyka, która gra w ich sercach i pomysłowość pozwoliła zajść tak daleko. Zakochałem się w tym zespole kiedy odpaliłem „Metal Nation” i po dzień dzisiejszy jest to jeden z ulubionych albumów roku 2009. „Legends” oczarował mnie w sumie po dłuższej przerwie. „Crimen Expecta” kupił mnie swoim konceptem i agresją. Nowy album to mieszanka tych najlepszych albumów. Jest agresja z „Crimen Expecta”, jest ta przebojowość z „Metal Nation” i dojrzałość czy melodyjność z „Legends”. Jednak „Queen of The Witches” przebija je pod względem wokalnym Marty, pod względem brzmieniowym i formy podania kompozycji. Czysta perfekcja i słabych punktów nie uświadczyłem. Liczyłem na powrót do formy, ale nie aż takiej. Crystal Viper to jeden z najlepszych zespołów heavy metalowych ostatnich lat i ten album to tylko potwierdza. Królową wiedźm jest tylko jedna.

Ocena: 10/10

niedziela, 15 stycznia 2017

ARMORED DAWN - Power of Warrior (2016)

Dragonheart, czy Hazy Hamlet to dobry przykład, że rycerski heavy/power metal ma się bardzo dobrze w Brazylii. Tamtejsze zespoły mają sposób by grać ten rodzaj muzyki na swój sposób, a przez co starają się znaleźć dobrą receptę na oryginalność. W tym aspekcie całkiem dobrze wypadł ostatnio Armored Dawn. W swojej muzyce nie kryją zamiłowań do Grave Digger, Hammerfall czy Judas Priest, jednocześnie nie kopiują nikogo. Stawiają na stonowane tempo, na rycerski klimat i proste motywy. Może nie są najlepsi w tym co robią, ale warto zapoznać się z ich dziełem w postaci „Power of Warrior” Nie tylko dlatego, że tytuł jest identyczny do nazwy bloga, ani też dlatego, że okładka jest miła dla oka. Powodem jest naprawdę wartościowa zawartość. „Viking Soul” to mocny otwieracz, który zabiera nas w rejony neoklasycznego metalu. Gitarzyści stawiają na złożoność i bardziej wyszukane melodie. Nie brakuje w tym wszystkim lekkości, klasycznego pazura i pomysłowości. Bardziej podniosły, z nutką progresywnością „Prison” potrafi oczarować klawiszami rodem z Deep Purple, z kolei majestatyczna ballada „My heart” łapie ze serce. Tytułowy „Power of Warrior” to ukłon w stronę klasycznego heavy metalu i to jest jeden z najlepszych kawałków na płycie. Prosty riff inspirowany twórczością Judas Priest i Axxis zdaje tutaj egzamin. Na płycie znajdziemy też hard rockowy „mad train” czy komercyjny „King”. Ciężko przyczepić się do czegokolwiek, bowiem zespół cały czas próbuje nas zaskoczyć na swoim krążku. Liczne przejścia gitarzystów, chwytliwe refreny czy melodyjne solówki stanowią ozdobę „Power of warrior”. Armored dawn dopiero zaczyna się otwierać przed światem, ale już wiadomo że zespół potrafi grać i wie jak tworzyć muzykę przesiąkniętą heavy metalem i hard rockiem lat 80. Bardzo miła niespodzianka jeśli chodzi o rok 2016.

Ocena: 7.5/10

sobota, 14 stycznia 2017

ACCEPT - Restless and Live - Blind Rage live in Europe 2015 (2017)

Accept to przede wszystkim potęga niemieckiego heavy metalu i zespół, który trzyma wysoki poziom jeśli chodzi o muzykę. Ten band to dobrze naoliwiona machina, która pracuje bezbłędnie, nawet bez takiej ikony jak Udo Dirkschneider. Teraz kiedy pojawił się Mark Tornillo to Accept jakby ożył na nowo i znów zaczął mieszać na rynku muzycznym. Ostatnie 3 albumy są naprawdę mocne i śmiało mogą konkurować z najlepszymi wydawnictwami tej grupy. Accept to również świetny zespół, który sprawdza się na koncertach. Ich show zawsze budzi wielkie emocje i niczym nie ustępuje koncertom judasów czy ironów. W 2015 r zespół opuścił Stefan Schwarzmann i Frank Hermann, a ich miejsce zajął Christopher Williams i Uwe Lulis. W takim o to składzie Accept znów zaczął koncertować. Festival Bang Your Head w Niemczech z roku 2015 został zarejestrowany na potrzeby albumu koncertowego i DVD. Tak o to doszło do powstania „Restless and live – Blind Rage – live in Europe 2015”. To przede wszystkim gratka dla tych co nie słyszeli jak radzi sobie na żywo nowy wokalista Mark Tornillo i dla tych co lubią Accept w akcji na żywo. Co na pewno zachwyca to jakość i dość bogata tracklista. Brakuje na pewno większej liczby hitów i w sumie brzmienie też bardziej przypomina album studyjny. Nie czuć momentami, że to album koncertowy. Jednak mimo pewnych wad, jest to pozycja obowiązkowa dla maniaków tego zespołu i dla tych co jeszcze nie znają ostatnich wydawnictw Accept. Sporo utworów jest oczywiście z „Blind Rage”. Najlepiej tutaj prezentuje się świetny „Steampade”, zadziorny „200 years” czy rozpędzony „Final Journey”. Oczywiście nie mogło zabraknąć z nowej płyty bardziej klasycznego „Dark side of my heart”, który jest jednym z moich ulubionych utworów na „Blind Rage”. Mamy też hity z „Stalingrad” czyli przede wszystkim „Shadow Soldier”, bojowy „Stalingrad” czy mroczniejszy „Hellfire”. Mark świetnie wypada w swoich kawałkach i potrafi rozgrzać publiczność. Z kolei z „Blood of the nations” zagrano choćby energiczny „No shalter”, zadziorny „Pandemic” i już kultowy „Teutonic Terror”. Z klasyków mamy przebojowy „London Leatherboys” i ten charakterystyczny bas Petera jest wciąż bardzo charakterystyczny. Przypominają się stare dobre czasy i nawet Mark Tornillo świetnie się tutaj odnalazł. Momentami przypomina Udo, ale trzeba przyznać, że jego wokal jest o kilka klas wyżej jeśli chodzi o technikę. Jeszcze ciekawiej wypada jego wokal w „Living For Tonite” i ten klasyk z „Metal heart” nabrał jakby nowej świeżości. Bardzo lubię „losers and winners” tak więc cieszy mnie fakt, że panowie grają ostatnio często ten utwór na koncertach. Ten utwór idealnie pasuje do wokalu Marka i trzeba przyznać, że Accept znalazł odpowiedniego wokalisty, który radzi sobie z utworami Udo, a to nie jest takie łatwe. Kolejnym wielkim hitem z starych płyt to bez wątpienia „Midnight Mover” i tutaj troszkę brakuje głosu Udo, ale utwór z Markiem też potrafi dać kopa. Mamy jeszcze „Starlight”, „Restless and Wild”, czy „Flash rocking Man”. Końcówka płyty jest wyborna bo zespół gra ponad czasowy „Fast as Shark” i tutaj Mark pokazuje na co go naprawdę stać. Znów można odnieść wrażenie, że wokalnie Mark tutaj bije Udo. Jednak z największych petard Accept i ciężko sobie wyobrazić koncert bez tego kawałka. Dalej mamy hymn w postaci „Metal Heart”, który zawsze idealnie sprawdza się na koncertach. Tutaj publiczność ma troszkę więcej do roboty. No i „balls to the wall”, który idealnie pasuje pod głos Udo, ale i tutaj Mark poradził sobie. Idealny koniec jakże udanego koncertu świetnego zespołu. Accept to klasa sama w sobie i każde wydawnictwo to wielkie wydarzenie. Warto mieć „Restless and live” w swojej kolekcji.

Ocena: 9/10

LANCER - Mastery (2017)

Każdy kto lubi Helloween, Gamma Ray, Edguy czy Iron Maiden na pewno już zna szwedzki Lancer. Jest to młoda formacja, która działa od 2009 r i w sumie ma na swoim koncie już 3 albumy, które tylko potwierdzają jak dobry jest ten zespół. Grają prosty, chwytliwy heavy/power metal i wychodzi im to nadzwyczaj dobrze. W ich muzyce szczególną rolę odgrywa wokalista Isak, który śpiewa czysto i trzyma się wysokich rejestrów przypominając przy tym choćby Micheala Kiske. Lancer to również ciekawe i melodyjne popisy gitarowe Fredrika i Petera. Panowie potrafią zaskoczyć pomysłowymi riffami i zadziornymi solówkami, co tylko jeszcze podkreśla atrakcyjność ich muzyki. Dwa pierwsze albumy były naprawdę udane i pokazywały, że Lancer to zespół który zna się na rzeczy. Na najnowsze dzieło w postaci „Mastery” czekałem w sumie ze spokojem, bo do tej pory mnie nie zawiedli. Dwa lata oczekiwania i już można śmiało stwierdzić, że udało im się obronić zarówno pod względem stylu jak i jakości. Nie jest tak łatwo nagrać ciekawy album w oklepanej formule, w której obraca się sporo kapel. Tym trudniej jest zaciekawić słuchacza, ale Lancer na nowym wydawnictwie ostrożnie dopiera elementy i stara się nas czymś zaskoczyć. Zaczyna się od mocnego i ostrzejszego „Dead rising Towers”, który przypomina miks Dream Evil i Primal Fear. Ostry riff, nutka nowoczesności i wyszła prawdziwa petarda power metalowa. Bardzo dobry i chwytliwy otwieracz. Duch starego Helloween czy Gamma Ray można uświadczyć w nieco bardziej słodszym „Future Milennia”. Jest energia, jest pozytywny klimat i duża dawka przebojowości, tak więc nie ma co narzekać. Jeżeli spodobał się wam otwieracz to spodoba się wam również złowieszczy „Mastery”, który też pokazuje że zespół potrafi grać nieco mroczniej i nowocześniej. Pierwszym rozbudowanym kawałkiem na płycie jest progresywny „Victims of the nille”, który jest utrzymany w nieco innej konwencji od reszty. Z tych szybszych utworów bardzo dobrze wypada „Iscariot”, w którym niezwykle dynamicznie brzmią gitary. W takim krótkim utworze dzieje się naprawdę sporo. Drugim dłuższym utworem na płycie jest stonowany „Follow Azreal”, który podniosłością i aranżacją przypomina Edguy z czasów „Mandrake”. Dalej mamy równie energiczny i przebojowy „Freedom Eaters”, który ma coś z Blind Guardian czy Gamma Ray. Prosty i pomysłowy riff sprawia, że „Widowmaker” to kolejny mocny punkt tej płyty. Zespołowi bardzo łatwo przychodzi tworzenie hitów. Trzeci dłuższy utwór na płycie to „Envy of the gods” i tutaj jest już bardziej w stylu Helloween, tak więc power metal dominuje tutaj. Całość zamyka bardziej toporny „The wolf and the kraken”, który jest słabszym ogniwem „Mastery”. Nawet mimo pewnych zwolnień, mimo nieco słabszego finału, to płyta i tak się broni zawartością i formą aranżacji. Muzycy dali z siebie wszystko i to słychać, a „Mastery” niczym nie ustępuje poprzednim płytom. Warto zaznajomić się z tym wydawnictwem, zwłaszcza jeśli gustuje się w heavy/power metalu.

Ocena: 7.5/10

środa, 11 stycznia 2017

TRICK OR TREAT - Rabitts Hill part 2 (2016)

Byli świetnym cover bandem Helloween, mają swojego Michaela Kiske, mają pomysł na granie i mają umiejętności. Niestety włoski Trick Or Treat nie jest wstanie osiągnąć tyle co Helloween. Jednak wesołe melodie, szybki power metal i zgrany band to nie wszystko. Trzeba jeszcze umieć tworzyć hity, kawałki które zapadną w pamięci. To jest właśnie problem tej kapeli. Działają od 2002 r i od tamtego czasu nagrali 4 albumy, czego dwa albumy stanowią „Rabbits Hill”. Zespół zrobił podobnie jak Hellloween z „Keeper of The Seven Keys”. Mamy dwie części albumu i podobny zamysł. Niestety „Rabitt;s Hill” daleko ma do tamtego kultowego albumu Helloween. Jeżeli zapomnimy na chwilę o Helloween i skupimy się na samej twórczości Trick Or treat to trzeba przyznać, że „Rabitt;s Hill part 2” jest najbardziej dojrzałym dziełem zespołu i pierwszy raz zespołowi udało się porzucić etykietę klonu Helloween. Słychać, że włoski band próbuje zaskoczyć słuchacza, stara się grać nieco ciężej, nieco ostrzej i nie stawia na jeden motyw. To są zmiany na lepsze i mogą bardziej rozwinąć zespół. Alessandro Conti w zespole Luca Turilliego podszkolił się wokalnie i jest kimś więcej niż kopią Kiske. Na nowym albumie śpiewa melodyjnie, podniośle i stara się być sobą. Odwalił kawał dobrej roboty. Otwieracz w postaci „Inle” to prawdziwa petarda power metalowa, która pokazuje jak zespół dojrzał i jak zaczął tworzyć muzykę na poważnie. Zmiana na lepsze i to słychać. Romantyczny „Together Again” to z kolei ukłon w stronę Blind Guardian. „Cloudrider” wyróżnia się ciekawą partią basową i nieco ostrzejszą grą gitarzystów. Echa Edguy czy Freedom Call są tutaj słyszalne. Zespół dobrze radzi sobie w nieco dłuższych kompozycjach co potwierdza „Efrafa”, który ma coś z Helloween. Do grona ciekawych kawałków warto na pewno też zaliczyć energiczny „The great Escape”, który oddaje to co najlepsze w power metalu. Zespół tutaj pokazuje swoją pomysłowość i dobre szkolenie techniczne. Podobnie jak na poprzednim albumie, tak i tutaj mamy ciekawych gości. Pojawia się Tim Ripper Owens w agresywnym „They Must Die”, czy Tony Kakko w „United”. Obie te kompozycje wiele wnoszą do albumu i potwierdzają wysoką formę muzyków. Kawałek z Ripper to prawdziwa petarda i nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek błędzie. Fani Judas Priest czy Iced earth będą zadowoleni. Z kolei „United” to bardziej komercyjny kawałek, który nada się na rozgrzanie koncertowy. Największe obawy wiązały się z najdłuższym utworem w postaci „The Showdown”. Jednak i tutaj zespół zaskoczył i stworzył wyjątkowo wciągający kawałek. Udany hołd dla starego Helloween. Dobrym podsumowaniem jest nieco stonowany „Last breath”. Materiał jest wyrównany, są mocne kawałki, jest urozmaicone i zespól stanął na wysokości zadania, by porzucić etykietę klona Helloween. Kawał dobrej roboty i trzeba przyznać, że jest to najlepszy album tej formacji.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 10 stycznia 2017

CELLADOR - Off the grid (2017)

Cofnijmy się na chwilę w czasie. Mamy rok 2006 i wtedy znikąd pojawia się amerykańska formacja Cellador z swoim debiutanckim albumem „Enter deception” i szybko zostają wliczeni do najlepszych kapel ostatnich lat, a sama płyta stała się kultowa w środowisku fanów power metalu. Kapela pokazał, że choć pochodzą z Stanów Zjednoczonych to bliższa im jest scena europejska. W ich muzyce można doszukać się wpływów Dragonforce, Gamma Ray, Power Quest, czy Helloween. Niestety tak jak szybko się pokazali, tak szybko przestali istnieć. Zespół przeszedł sporo roszad i dopiero udało się osiągnąć stabilizację w 2011r. Wtedy to na świat przyszła Epka „Honor Forth”. Wróciły wspomnienia i apetyt na muzykę Cellador. Zespół w nowym składzie ruszył ostro do pracy nad nowym albumem i tak powstał „Off the grid”. Premiera przewidziana na 10 marca 2017. Okładka może nie jest taka klimatyczna i miła dla oka jak z debiutu, ale niech może przemówi muzyka.

Dzięki uprzejmości wytwórni już mogę od jakiegoś czasu słuchać najnowsze dzieło amerykanów i jest to o tyle miła niespodzianka, że chciałbym podzielić się z fanami zespołu. Kto z nas maniaków power metalu nie czeka na powrót Cellador? Nie ma wśród nas na pewno takich osób. Sporą rolę w zespole zaczął odgrywać Chris Petersen, który działa w Cellador od początku. Dotychczas był gitarzystą, ale od 2012 r pełni rolę również wokalisty. Trzeba przyznać, że odnajduje się w tej roli i radzi sobie całkiem dobrze. Potrafi śpiewać czysto, a także wysoko, a przy tym jeszcze bardziej podkreśla zamiłowanie do europejskiego power metalu. Reszta składu to nowe nabytki, które Chris ściągnął w międzyczasie i ostatnim członkiem został gitarzysta Eric Meyers, którego ściągnięto w 2015r. Niby nowi muzycy, a muzyka wciąż tak samo energiczna i przebojowa jak na debiucie. Może nie ma już takiego szoku i takiej techniki co na debiucie, ale słychać że to Cellador. Co może nieco ujmować zespołowi to nieco pospolite melodie czy riffy. Ktoś mało doświadczony może stwierdzić, że to kolejny klon Gamma Ray czy Helloween, a przecież panowie mają swoją własną tożsamość. 9 lat od świetnego debiutu to kawał czasu i w sumie przypomina się sytuacja świetnego Persuader, który również ostatnio miał sporo problemów. Jednak mimo tego czasu Cellador nagrał naprawdę świetny album, który przede wszystkim potrafi oczarować dynamiką, przebojowością i tym, że krążek jest bardzo równy. Nie ma mielizn, nie potrzebnych zwolnień czy ballad. Jest cały czas szybko i agresywnie, a to może się podobać. Na nowym albumie znajdziemy 10 kompozycji, które pokazują że amerykanie też mogą grać europejski power metal i to na wysokim poziomie. Nawet brzmienie jest tutaj jakby bardziej europejskie, ale nie można nic tutaj zarzucić. „Sole Survivors” zaczyna się od ciekawych popisów gitarowych, ale co zaskakuje to forma muzyków i ich świeżość. Liczne przejścia, dynamika, lekkość i power metalowa gracja zaskakuje i wciąga na dobre. Jest przebojowo, szybko i klasycznie, a przy tym agresywnie. Przypominają się wielkie zespoły i ich kultowe albumy. Chris pokazuje się jako utalentowany wokalista i to on jest motorem napędowym Cellador. Mocny riff, szybka sekcja rytmiczna i znów sporo ciekawych przejść to atuty melodyjnego „Break Heresy”. W tym kawałku zespół pokazuje naprawdę niezłe zaplecze techniczne. Stylistycznie przypominają się ostatnie dokonania dragonforce. Bardziej agresywnie i znacznie ciężej jest w „Shadowfold”, który motoryka nasuwa twórczość Gamma Ray. Już na debiucie skojarzenia z ekipą Hansena były słyszalne, tak więc to jest dobry znak. Stylistycznie „Wake up the tyrant” jest podobny do „Shadowfold”. Znów mocniejszy riff, szybka sekcja rytmiczna i nawiązania do Gamma Ray. Refren tutaj jest niezwykle chwytliwy, choć przypomina się wiele klasycznych i kultowych hitów z lat 90. Tytułowy „Off the Grid” to również dynamiczny i melodyjny utwór, który ma coś z ostatnich płyt Bloodbound czy Helloween. Jednym z najszybszych kawałków na krążku jest bez wątpienia „Swallow Your pride”, gdzie zespół przypomina szybkie petardy Dragonforce. Druga część płyty nie zwalnia i można dalej się delektować wysokiej klasy power metalem. „Shimmering status” wyróżnia się na pewno wyjątkowo chwytliwym głównym motywem i dynamiką. Stylistycznie nieco odstaje słodszy i bardziej stonowany „Good Enough”, który jednocześnie jest najsłabszym kawałkiem na płycie. Na sam koniec mamy dwie petardy power metalowe w postaci „This means war” i „Running Riot”, który zamyka album.

Jeden z najważniejszych zespołów power metalowych powrócił latach i to w wielkim stylu. „Off the grid” to dojrzały i dopracowany album, który nie zawodzi. Album definiuje styl power metalu i warto mieć go w swojej kolekcji. 9 lat przyszło czekać fanom, ale warto było, bo dostaliśmy kolejny świetny album Cellador, który śmiało można postawić obok „Enter Deception”.


Ocena: 9/10

DORMANT DISSIDENT - Knightmares (2016)

Z każdym rokiem przybywa nam kapel polskich, które grają szeroko pojęty heavy metal i to na światowym poziomie. Do tego zacnego grona na pewno trzeba zaliczyć Dormant Dissident. Ta młoda formacja pochodzi z Zielonej Góry i choć działa od 2011 r, to dopiero w tym roku udało im się wydać debiutancki album zatytułowany „Knightmares”.Zespół zaczyna swoją przygodę z metalem i miło słyszeć, że chcą startować z wieloma zagranicznymi formacji. Nie mają się czego wstydzić, bo wiedzą jak grać zadziornie, dynamicznie, melodyjnie, a przy tym trafić do słuchacza dzięki prostym zabiegom. „Knightmares” to płyta, którą powinni zainteresować się fani Nocnego Kochanka czy Scream Maker, a także fani Judas Priest czy Iron maiden.

Dla Dormant Dissident ważny był rok 2012 kiedy to zespół poszerzył skład o drugiego gitarzystę i wokal. Ważnym członkiem zespołu był Michał bedner, który przyczynił się do stworzenia tego materiału. W 2015 zastąpił go Kamil Pleśnierowicz i jego gra z Igorem Cybailem układa się wyśmienicie. Ich zagrywki gitarowe są proste, ale niezwykle melodyjne i zadziornie. Zespół nie kryje przy tym swoich zamiłowań latami 80 i to słychać przez cały album. Ta formacja na pewno wyróżnia się specyficznym wokalem Artura Kulińskiego, który stawia na agresję i zadziorność. Przypominają się stare dobre czasy Paul Di Anno. Brzmienie też mocno wzorowane na latach 80 i kultowych płytach z kręgu NWOBHM. Troszkę czuję niedosyt jeśli chodzi o okładkę, ale Adrian Michalak stworzył ciekawą i kolorystyczną szatę graficzną. Najciekawszym w tym wszystkim jest jednak zawartość, która nie jest wymuszona ani do bólu przewidywalna. Co zaskakuje? Na pewno klimatyczny i rozbudowany „Dormant Dissident”, w którym zespół nie kryje swoich zamiłowań Metaliką czy Iron Maiden. Zaczyna się nie zwykle klimatycznie, a partia akustyczna jest niezwykle melodyjna. W przeciągu 7 minut dzieje się sporo, a zespół pokazuje, że w sobie sporo energii i zapału. Ciekawa i melodyjna partia basu, prosty i wciągający motyw główny czyni „Hangman Dance” kolejnym ciekawym kawałkiem na płycie. Zespół zaskakuje na pewno tym, że odnajduje się w dłuższych kompozycjach i to pokazuje dynamiczny „Queen of the Night”, czy mroczniejszy „I'm alive”, które mocno nawiązują do pierwszych płyt Iron Maiden. W podobnej konwencji utrzymany jest „the King will come”, choć tutaj może urzec bojowa struktura i epickie chórki. Również te krótsze utwory są godne uwagi i można śmiało tutaj wymienić otwieracz „Son of the lightning”, który ma coś z Judas Priest czy Black Sabbath. Swoje robi na pewno mroczny klimat i tak surowość. Troszkę thrashu można uświadczyć w ostrzejszym „S.M.D”. Na płycie jest sporo hitów i dobrym przykładem tego jest dynamiczny „Curse of the mirrors”.

Nie znajdziemy tutaj wypełniaczy, kompozycji zrobionych na siłę tylko po to, żeby nagrać album. Płyta jest przemyślana i zrobiona z głową. „Knightmares” od początku do końca trzyma równy i bardzo dobry poziom. Każdy kto wychował się na klasyce od razu pokocha to co gra i w jaki sposób gra Dormant Dissident. Przed chłopakami jest kariera i rozpoczęli ją od mocnego uderzenia. Czekam na kolejne wydawnictwa!


Ocena: 8/10

niedziela, 8 stycznia 2017

SPELLCASTER - Night Hades The World (2016)

Czas rzucić kolejne zaklęcie na fanów heavy/speed metalu z lat 80. Amerykański band Spellcaster, który działa od 2009 r doskonale wie jak to robić. Ich debiutancki album przyciągnął całkiem spore grono fanów. Zwłaszcza fani Striker, Enforcer, White Wizzard czy Attacker przekonali się do tego co zaprezentował spellcaster. Grają prosty, energiczny heavy/speed metal, który zakorzeniony jest w latach 80. Całość opiera się na specyficznym i zadziornym wokalu Tylera, a także na zgranym duecie gitarowym, który stawia na szybkość, prostotę i przebojowość. Na „Under the Spell” to wszystko było słychać, a przede wszystkim szczerość i autentyczność. Drugi album był wpadką, bo wiało nudą i nic specjalnego zespół nie zaprezentował. Teraz po upływie 2 lat powracają do tego co grali na debiucie wraz z trzecim krążkiem „Night Hades the World”. Zespół znów jest w bardzo dobrej formie, zaskakuje pomysłowością i stawia na urozmaicenie. Podobnie jak na debiucie tak i tutaj sporą rolę odgrywają melodyjne i energiczne solówki. Same motywy są mocne, wyraziste i potrafią zapaść w pamięci. Już patrząc na frontową okładkę można poczuć dreszcze, a wszystko przez klimat grozy. Brzmienie soczyste i mocno osadzone w latach 80 podkreśla styl i jakość Spellcaster. Na płycie znalazło się tylko 8 kompozycji. Otwierający „Aria” to prawdziwa heavy/speed metalowa petarda. Słychać, że zespół znów wrócił do wielkiej formie. Mamy tutaj wszystko czego nam trzeba. Jest energia, chwytliwy refren i mocny riff. Tytułowy „Night Hides the World” to utwór bardziej emocjonalny i bardziej rockowy. Nutka progresywności pojawia się w rozbudowanym „The Lost Ones”, który pokazuje jak zespół potrafi znakomicie budować napięcie. Dalej mamy rozpędzony „I live again”, który przenosi nas do czasów „Piece of Mind” czy „Poverslave” Iron maiden. W podobnej stylizacji utrzymany jest przebojowy „The Accuser”. Końcówka płyty również trzyma wysoki poziom i może podobać się nieco ostrzejszy „The Moon Doors” czy złożony „Prophecy”, który znakomicie podsumowuje ten klimatyczny album. Spellcaster znów jest w grze. Pokazali na nowym albumie, że dobrze czują się w heavy/speed metalu i że poprawili swoje błędy, które popełnili na „Spellcaster”. Amerykański znów rzucił dobre zaklęcie i znów oczarował swoją muzyką. Warto znać najnowsze dzieło Spellcaster.

Ocena: 8/10

piątek, 6 stycznia 2017

SCORPION CHILD - Acid Roulette (2016)

To już dziesięć lat istnienia amerykańskiego bandu Scorpion Child, który skupia się na grania psychodelicznego hard rocka z mieszanego z heavy metalem. Zespół przez ten cały czas wydał single, mini albumy i w końcu dwa albumy studyjne. Scorpion child przez ten okres rozwinął się i ewoluował. W roku 2015 do zespołu dołączył klawiszowiec Aj Vincent, zaś nie tak dawno do zespołu wrócił perkusista Jon Rice. Z takim składem został zarejestrowany „Acid Roulette”, który jest niczym innym jak kontynuacją tego co mieliśmy na debiucie. Zespół dalej kroczy drogą wydeptaną przez Deep Purple, Uriah Heep, Rainbow, Pentagram czy Wolfmother. Specyficzny wokal Aryna Jonathan Black, utalentowany klawiszowiec Aj Vincet, czy gitarzysta Christopher Jay Cowart to są kluczowe osobowości tej formacji. To właśnie oni nadają muzyce Scorpion Child klimatu lat 70 oraz odpowiedniego napięcia. Słychać profesjonalizm oraz odpowiednie szkolenie techniczne. Aryn śpiewa charyzmatycznie i potrafi nadać kompozycjom emocjonalnego charakteru. Mocne riffy i złożone solówki Christophera nadają całości pazura i zadziorności. Z kolei Aj Vincent sprawia, że można poczuć klimat progresywnego rocka z lat 70. Każdy element tej układanki składa się na jednolitą całość. Na płycie znajdziemy 13 zróżnicowanych kompozycji, które przenoszą słuchacza do lat 70. „She Sings, i kill” to trafiony otwieracz, który od razu pokazuje to co nas czeka przez cały krążek. Energiczny riff, prosta konstrukcja i niezwykła chwytliwość zdały egzamin. Bardziej heavy metalowy „My woman in Black” nasuwa namyśl twórczość Scorpions z ich złotego okresu. Nutka deep Purple i psychodelicznego rocka przejawia się w tytułowym „Acid Roulette” czy w przebojowym „Twilight Coven”. Ballada „Survives” ma coś z klasycznych kawałków Queen i tutaj jest to spory atut dla muzyków. Mimo swojego komercyjnego charakteru potrafi oczarować swoim klimatem i wykonaniem. Mroczniejszy „Blind Man Shines” czy „Moon tension” pod wieloma względami przypominają dokonania Black Sabbath. Słychać to choćby w sferze riffów i brzmienia gitar. Z takich ciekawszych kawałków na pewno warto wyróżnić „i might be your man” czy zamykający „Addictions”. Każdy z tych utworów potwierdza wysoką formę Scorpion Child. Na nowym krążku znajdziemy to wszystko co składa się na ich styl. Fani hard rocka i lat 70 spod znaku Deep Purple będą zadowoleni.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 3 stycznia 2017

SABOTER - Mankind is damned (2016)

Czasami wystarczy jedno spojrzenie na okładkę frontową jakiejś płyty i od razu wiemy czego się spodziewać po danym krążku. Od razu jesteśmy wstanie ocenić zawartość i styl w jakim obraca się dany zespół. Kiedy spojrzałem na „Mankind is damned” greckiego Saboter to od razu przypadła mi do gustu kolorystyka okładki, a także sam motyw, który nawiązuje do świata s-f. Instynkt mówił, że ta młoda formacja gra mieszankę klasycznego heavy metalu z domieszką speed/power metal i się nie myliłem. Jednak nie sądziłem, że muzyka będzie tak mocarna, a zespół tak utalentowany. W ich muzyce słychać wpływy Ovedrive, Kinga Diamonda, wczesnego Helloween, czy Judas Priest, Iron Maiden. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania, na melodyjność, na przebojowość i łatwo wpadające w ucho riffy. To sprawdza się i dzięki temu Saboter zaliczył tak udany debiut. Choć działają od 2014 to trzeba przyznać, że znają się na rzeczy. Wcale nie dają po sobie poznać, że „Mankind is damned” to pierwszy album greckiej formacji Saboter. W tym krążku zespół zawarł swoją pasję, miłość do metalu i pomysł na siebie. Nie popełnili żadnego błędu i w efekcie stworzyli album wysokich lotów. Wokalista Antonis to bardzo intrygująca postać tej kapeli. Z jednej strony śpiewa wysokie rejestry niczym Rob Halford, a z drugiej potrafi śpiewać bardzo specyficznie w niskich rejestrach zbliżając się do Kinga Diamonda. Cechuje go drapieżność i niezła technika. Z kolei duet gitarzystów Chris/ Nick dbają o warstwę instrumentalną. W tej kwestii panowie dają czadu stawiając na energię, pomysłowość i chwytliwość. Dzięki temu płyta tętni życiem, potrafi zaskoczyć i wciągnąć w świat Saboter. „Purifer” to wymarzony otwieracz z odpowiednio szybkim tempem i ostrym riffem. Dobra odpowiedź na to co zaprezentował Denner/Shermann, bowiem i tu uświadczymy wpływy Mercyful Fate i Judas Priest. Stonowany „Assasins” bardziej utrzymany w tonacji Hammerfall czy Accept. Prosty riff napędza ten zadziorny kawałek i przesądza o jego atrakcyjności. Nieco ostrzejszy bez wątpienia jest „Prevailling Dictators” czy „Marching Death” , w których zespół stara się pokazać bardziej urozmaicone zagrywki. Na płycie nie zabrakło szybkich kawałków stworzonych z myślą o fanach Iron maiden czy Helloween. Rozpędzony „Impaler” czy przebojowy „Ghost in machine” są tego świetnym przykładem. Całość zamyka nieco dłuższy i bardziej epicki „Sands of Time”, w którym zespół nie kryje zamiłowania do Running Wild czy Iron maiden. Świetne zwieńczenie świetnego albumu, który pokazuje jak grac klasyczny heavy metal na wysokich obrotach. Prawdziwa gratka dla fanów heavy metalu z lat 80, dla tych co cenią dobre riffy i atrakcyjne melodie. Saboter zaliczył świetny debiut i teraz pozostaje wypatrywać kolejnych dzieł tej greckiej formacji.

Ocena: 9/10

niedziela, 1 stycznia 2017

WOLF HOFFMANN - Headbangers Symphony (2016)

W roku 1997 ukazał się pierwszy solowy album Wolfa Hoffmanna, gitarzysty znanego z twórczości Accept. „Classical” był tylko potwierdzeniem niezwykłego talentu gitarzysty, a także jego zamiłowania do muzyki poważnej. Od tamtego wydawnictwa minęło 19 lat i Wolf postanowił wydać drugi solowy album „Headbangers Symphony”. Podobnie jak na debiucie tak i tutaj mamy mieszankę tego wszystkiego co mamy w Accept oraz muzyki poważnej. Całość brzmi jak Accept w symfonicznej oprawie. Wolf na drugim solowym albumie nie szczędzi solówek i jest wszystkiego jakby więcej niż na „Classical”. Przede wszystkim „Headbangers Symphony” jest bardziej metalowy i bardziej dojrzały. „Scherzo” to adaptacja 9 symfonii Beethovena, który przypomina „Teutonic Terror”. Druga kompozycja to „Night on Bald Mountain” potrafi oczarować klimatem i narastającym napięciem. Nie mogło zabraknąć też adaptacji piosenki Vivaldiego i tak padło na „Double Cello Concerto in G Minor”. Spokojny i romantyczny „Adagio” to z kolei cover kompozycji Albinoniego. Bardzo dobrze wypadł cover 40 symfonii Mozarta, który jest prawdziwą petardą na płycie. Wolf ciekawie zinterpretował słynny „Swan Lake”, który ma bardziej progresywny charakter. Na sam koniec mamy słynny kawałek Bacha w postaci „Air on the G string”. Płyta jest dobrze wyważona, przesiąknięta neoklasycznymi patentami, no i ciekawymi zagrywkami symfonicznymi. Muzyka tutaj jest bardzo dojrzała i potrafi poruszyć serce i duszę. Wolf pokazuje jak rozwinął się przez te wszystkie lata i jak wielkie znacznie w jego życiu muzycznym odgrywa muzyka poważna. Coś dla fanów gitarowych popisów i Accept.

Ocena: 8/10

piątek, 30 grudnia 2016

TRIBOULET - The March of the Fallen (2016)

Dark Moor poszedł w stronę progresywnego metalu, Helloween czy Gamma Ray starają się grać ostrzej i mroczniej, a Sonata Arctica zapomniała jak gra się power metal. Właśnie dla fanów starych płyt tych kapel, ku chwale lat 90 narodził się zespół Triboulet. Jest to młody band, który narodził się w 2012 r w Santagio. Chile nie jest żadną stolicą power metalu, tak więc na pewno ucieszy fanów, że i tam rodzą się dobre zespoły. Przed tą kapelą jest przyszłość i już pokazali za sprawą debiutu „The March of fallen”, że są uzdolnionym bandem, którego stać na wiele. Patrząc na okładkę tego wydawnictwa już od razu można się domyślić zawartości. Jest miła dla oka, pełna żywych kolorów i do tego ma w sobie epicki charakter, który tylko jeszcze bardziej zachęca do przesłuchania działa. Sam zespół stara się w swojej muzyce zawrzeć elementy epickie, coś z power metalu, coś z klasycznego heavy metalu, a wszystko upiększając partiami klawiszowymi. Triboulet to przede wszystkim solidny wokalista Sebastiam, a także Maximiliano i Jaime, którzy odpowiadają za całą sferę gitarową. To dzięki nim płyta jest tak udana i tak wciągająca. „You'll never be alone” to trafiony otwieracz, który pokazuje właśnie taki soczysty, dynamiczny power metal z lat 90. Atutem tego kawałka jest nie tylko szybka sekcja rytmiczna, ale też niezwykła przebojowość i klimat starego Dark Moor czy Helloween. „To win” nieco progresywny z ciekawą linią melodyjną również jest atrakcyjny. Na pewno cieszą takie power metalowe petardy jak „Into the Oblivion” czy „Dreams of Freedom”, które w rzeczy samej przybliżają nam kultowe albumu tego gatunku z lat 90. Zespół radzi sobie również z bardziej rozbudowanymi kompozycjami typu „The March of Fallen” czy balladą co potwierdza spokojniejszy „Lost Innocence”. Nie wszystko jest tutaj idealnie i nie ma mowy o perfekcyjnym krążku. Jednak mamy dobre melodie, dobrą grę muzyków, a całość trzyma wyrównany poziom, co sprawia że album się broni. Kawał porządnego heavy/power metalu mocno osadzonego w połowie lat 90. Fani gatunku będą zadowoleni.

Ocena: 7.5./10

wtorek, 27 grudnia 2016

RAVAGER - Eradicate..annihilate...exterminate (2017)

Niemiecki thrash metal zawsze był mi jakoś bliższy. Kiedy napotykam różnego rodzaju płyty z tego kręgu, to zawsze w ciemno biorę płyty wydane przez niemieckie zespoły. Tak ostatnio padło na Ravager z Niemiec, który działa od 2014r. Panowie grają ostry, dynamiczny, brudny thrash/speed metal, w którym nie brakuje chwytliwych melodii i przebojów. Póki co panowie wydali mini album, a pełnometrażowy krążek w postaci „Eradicite...Annihilate...Exterminate” ma się ukazać 17 lutego 2017. Już teraz chciałem Wam nieco przedstawić ten album. Panowie w rzeczy samej stylem przypominają dokonania Sodom, Kreator, a czasami wykraczają poza teren Niemiec i sięgają po patenty Death Angel. Nie ma mowy o jakiejś nijakiej papce thrash metalowej skierowanej do małolatów, którzy mają niskie wymagania. Każdy kto ceni sobie rasowy, przybrudzony thrash metal zakorzeniony w latach 80/90 odnajdzie się w muzyce Ravager. Dario i Marcel stawiają na ostre i bezkompromisowe riffy, ale przy tym nie zapominają o zróżnicowaniu i przebojowości. Kompozycje są szybkie i niezwykle melodyjne. Phipsi to bardzo dobry i utalentowany wokalista, który napędza ten zespół. Dobrze to słuchać w „Human Sacrifice”. Techniczny i ostry riff to atut otwieracza „Born The Cross” i to jest thrash metal taki w starym stylu. Duch Kreator można poczuć w rozpędzony „Deathbringer”, który jest przesiąknięty złością i agresją. Więcej heavy metalu i melodyjności uświadczymy w bardziej złożonym „War without end” czy przebojowym „Superior Forces”. Druga część płyty to przede wszystkim energiczny „Unknown Dreams”, bardziej toporny „Trapped Inside”, czy złowieszczy „Alarm Clock terror”, który zamyka ten album. Jest kilka aspektów, które zespół musi podciągnąć i rozwinąc. Jednak jak na debiut to jest to udany album, który zadowoli fanów ostrego thrash metalu w stylu Kreator czy Sodom.

Ocena: 7.5/10

ANCESTRAL - Master of fate (2017)

Nowy gitarzysta, nowy wokalista, czyli wielkie zmiany w szeregach włoskiego Ancestral. Kapela powstała w 1999r i ich celem było grać szybko, agresywnie z nutką progresji, ale bez wykorzystania klawiszy. Wydany w 2007 roku debiutancki krążek „The Ancient Curse” pokazał, że w kapeli drzemie potencjał. Determinacja, pomysł na muzykę i umiejętne łączenie niemieckiego power metalu z amerykańskim heavy/power metalem wychodzi im znakomicie. Po 10 latach milczenia w roku 2017 kapela postanowiła wydać swój drugi album „Master of Fate” i to jest prawdziwy strzał w dziesiątkę. Płyta ukaże się dzięki wytwórni Pure Steel Records i będzie to nie lada gratka dla fanów heavy/power/speed metalu. Materiał został zarejestrowany w polsce w studio Hertz Studio Recordings i to taki mały polski akcent. Na płycie gościnnie pojawił się Fabio Lione i utwór z nim czyli „Lust for Supremacy” to prawdziwa power metalowa petarda. Jest szybko, agresywnie, progresywnie i sporo dzieje się w tym utworze. To jest czołówka jeśli chodzi o power metal ostatnich lat i panowie pokazują jak grać power metal wysokich lotów. Carmelo i Allesandro znają się na rzeczy i wiedzą jak grać agresywnie i bardzo techniczne swoje partie. To słychać w solówkach czy poszczególnych motywach. Sama płyta zaczyna się dynamiczne i agresywnie bo od „Back to Life” i już z dobrej strony pokazuje się Jo Lombardo. Wysokie rejestry, podniosły śpiew to jego atuty. Bardziej progresywny i złożony jest „Wind of Egadi”, ale dalej jest to power metal i mocarne granie. Moc i amerykański charakter słychać w „Seven Months of Siege”, choć Edguy z czasów „Hellfire Club” też słychać. Tytułowy „Masters of Fate” jest niezwykle mroczny i z nutką tautońskiego heavy metalu. Panowie kładą nacisk na technikę i mroczne, czasami thrash metalowe riffy co odzwierciedla idealnie ostry „Refuge of Souls”. Druga część płyty jest również ciekawa, bo wtedy pojawia się spokojniejszy i przebojowy „No more Regrets”, zadziorny „From beyond” czy świetny cover Helloween w postaci „Savage”. Premiera 20 stycznia i postarajcie się jej nie przegapić bo płyta jest perfekcyjna i potrafi rzucić na kolana. Power metalowa jazda bez trzymanki.

Ocena: 10/10

SHADOWFALL - Flames of Core (2016)

Heavy / power metal z pewnymi elementami thrash metalu oraz symfonicznego metalu tak w skrócie można opisać to co gra kanadyjski band o nazwie Shadowfall. W ich muzyce można doszukać się wpływów Firewind, Epica, Metallica, czy Dream Evil. Starają się grać swoje i nie patrzeć się na nikogo. Co ich charakteryzuje to toporność, specyficzny wokal Shanta, czy stawianie na bardziej wyszukane melodie. Kapela działa od 2013 kiedy to do życia powołał Shant Ghazelian oraz Georges Mahseredjian. Od tamtego czasu dają koncerty i starają się przyciągnąć jak największą rzeszę fanów. Szkoda tylko, że ich debiutancki album w postaci „Flames of Core” nie zachwyca i na dłuższą metę potrafi zmęczyć słuchacza. Już otwierający „Breaking the Chains” jest solidny i bardziej rzemieślniczy w swojej strukturze. Niczym zespół tutaj nas nie zaskakuje. W „second the Pride” mamy przynajmniej więcej luzu i o wiele ciekawszą melodię. Jednak brakuje w tym wszystkim dopracowania. Do grona ciekawych kompozycji warto zaliczyć stonowany i bardziej złożony „Deception”, nieco thrash metalowy „Truth Be Hold”, czy zadziorny „Hellfire”, który zamyka ten album. Zespół grać potrafi, ale nie ma pomysłów na kompozycje i ich wykonanie. Wszystko jest zagrane na jedno kopyto i bez jakiejś wizji. W efekcie dostaje bezpłciowy album, który nie należy do łatwych w odbiorze. Może z czasem Shadowfall pokaże się z lepszej strony.

Ocean: 4.5/10

sobota, 24 grudnia 2016

TOXIC ROSE - Total Tranquility (2016)

Kiedy 4 lata temu odkryłem dzięki uprzejmości wytwórni Icy Warriors Records szwedzki band o nazwie Toxic Rose, to już wiedziałem że będę śledził ich poczynania. W tamtym okresie epka „Toxicrose” idealnie trafiała w mój gust, jednocześnie dostarczając nowych przeżyć. Pierwszy raz usłyszałem, żeby ktoś mieszał glam metal z power metal i to z jakim skutkiem. Gdzieś w tym wszystkim poczułem świeżość i niezwykłą pomysłowość na to co tak dobrze jest mi znane. Niby Toxic Rose debiutował, niby przygodę z muzyką dopiero zaczynał to już można było dostrzec, że są uzdolnieni i wiedzą jak grać. Pierwsze skojarzenia były z Sinbreed, Skull Fist czy właśnie Bloodbound. Zespół świetnie bawił się motywami, potrafił urozmaicać kompozycje i tworzyć zapadające w pamięci przeboje. Tak było 4 lata temu i od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Ich debiutancki album zatytułowany „Total Tranquility” to tylko potwierdza, jednocześnie stawia szwedów bardzo wysoko jeśli chodzi o debiuty roku 2016.

Kluczową rolę w tym zespole odgrywa bez wątpienia świetny i utalentowany wokalista Andy Lipstixx, który manierą przypomina mi Urbana Breeda. To właśnie dzięki niemu Toxic Rose ma tak wiele wspólnego z Bloodbound. Spora też w tym zasługa Toma Wouda, który wygrywa ostre, melodyjne riffy osadzone w nieco mroczniejszym klimacie. Oprócz zadziorności, słychać w tych gitarowych partiach lekkość, pomysłowość i chwytliwe melodie. To wszystko składa się w spójną całość. Zespół funkcjonuje 6 lat i stworzył własny styl, gdzie heavy/power metal spotyka glam metal. Owy glam przejawia się w brzmieniu, w konstrukcji utworów, a także w niektórych aranżacjach. Dzięki temu nie da się ich pomylić z innym zespołem, a sam album zyskał poprzez to tylko na przebojowości. Te cechy uwypukla świetny otwieracz „World of Confussion”, który idealnie otwiera album. Pokazuje potencjał grupy, a także pokazuje ich talent do tworzenia chwytliwych melodii i podniosłych refrenów. Niby przypomina nam takie zespoły jak Sinbreed czy Bloodbound, a z drugiej strony nas zaskakuje. Toxic Rose dobrze wykorzystuje partie klawiszowe, dobrze wykorzystuje proste i nieco słodsze melodie co potwierdza melodyjny „The Silent end of Me” czy power metalowy „Killing the Romance”. Kolejnym wielkim hitem na płycie jest nieco nowoczesny „Sinner” który potrafi oczarować wciągającą melodią. Prawdziwa magia. Zaskakuje również marszowy i bardziej epicki „We own the Night”, który przemyca cechy Manowar. Ten kawałek musi się podobać maniakom true heavy metalu. Z kolei energiczny i nieco słodszy „Reckless Society” mógłby zdobić jakiś album Stratovarius. Tutaj zespół tak naprawdę pokazuje pazur i swoje power metalowe oblicze. Nutka hard rocku w „Clarity” dodaje szaleństwa i prawdziwej jazdy bez trzymanki. Nie mogło się obyć też bez ballady i tutaj Toxic Rose wykracza poza ramy i tworzy prawdziwą perełkę. „Because of You” ma w sobie coś co potrafi wzruszyć i złapać za serce. Utwór jest piękny w tej prostej formie. Dawno nie słyszałem tak dobrze skonstruowanej ballady i to tylko potwierdza jakość Toxic Rose. Kiedy trzeba to potrafią grać ostro i niezwykle nowocześnie i tego dowodem jest złowieszczy „We all fall Down”. Całość zamyka nieco dłuższy „Total Tranquility”, który jest już bardziej progresywny i bardziej pokręcony.

Mieliśmy wiele debiutów w tym roku, ale Toxic Rose swoim albumem pozamiatał konkurencję. Pokazali świeże spojrzenie na heavy/power metal. Można jednak grać szybko, agresywnie, melodyjnie, a w dodatku w klimatach glam metalu. Mieszanka wybuchowa i trzeba przyznać, że ich debiut jest perfekcyjny. Nie ma żadnych zarzutów w kierunku Toxic Rose. Czekam na więcej takich albumów w ich wykonaniu. Gorąco polecam !

Ocena: 10/10

środa, 21 grudnia 2016

VOLBEAT - seal the deal & lets Boogie (2016)

To już 15 lat istnienia duńskiego bandu o nazwie Volbeat i trzeba przyznać, że swoje piętno już dawno odbili na muzyce rockowej czy metalowej. Potrafili stworzyć coś wyjątkowego mieszając patenty rockowe, rock'n rollowe i nie bojąc się przy tym sięgać po rzeczy tworzone niegdyś przez Elvisa. W ich muzyce jest też miejsce na groove metal czy wreszcie heavy metalu i można znaleźć elementy Metallica, Anthrax czy Queensryche. Jednak Volbeat nie jest żadnym z tych zespołów i stara się nas wprowadzić w zupełnie inny świat. Najchętniej sięgają do tematyki związanej z gangsterską, miłością czy rock'n rollem. Szybko zyskali sławę i rozgłos, a każdy ich album tylko potwierdzał ich talent. Nie nagrali słabego albumu, a ich ostatni krążek „Outlaw Gantleman & Shady Ladies” był jednym z tych najlepszych. „Room 24” z gościnnym udziałem Kinga Diamonda przeszedł już do historii. Po trzech latach band wraca z nowym albumem w postaci „Seal The Deal & let's Boogie”. Oby się bez niespodzianek i zespół dalej podąża swoją ścieżką i nie próbuje kombinować w tej kwestii. Mamy to soczyste, nieco mroczne brzmienie, mamy jedyny w swoim rodzaju wokal Micheala Poulsena i uzdolnionego Roba Caggiano, który grał w Anthrax. Wszytkie te elementy dobrze się zazębiają na nowym albumie i w efekcie Volbeat po raz kolejny nagrał udany album, który jest łatwy w odbiorze i dostarcza sporo radości. Już sam otwieracz „ The devil's bleeding Crown” oddaje to co najlepsze w tym zespole. Mocny, nieco cięższy riff, nutka rockowego szaleństwa i taki odpowiedni rock'n rollowy, bluesowy klimat, przesiąknięty gangsterskim światem. To jest to za co kochamy ten band. W podobnym stylu utrzymany jest rytmiczny „Marie Laveau” czy melodyjny „The Gates of Babylon”. Gościnny występ Danko Jones sprawił, że taki „Black Rose” nabrał mocy i jest jednym z najciekawszych utworów na płycie. Z takich mocniejszych kawałków mamy też „rebound” czy „Seal the Deal” i ten ostatni ma w sobie więcej heavy/speed metalowej formuły, co bardzo cieszy. Przydałoby się więcej takich petard na albumie, no ale cóż może jeszcze zespół nad tym popracuje. Na sam koniec warto też wspomnieć o nieco mroczniejszym „The Loa's Crossroad”, który wyróżnia się przebojowością i nieco mocniejszym riffem. Utwór bardziej złożony i wydobywa to co najlepsze z Roba. Ogólnie płyta solidna i wyrównana, do czego już nas Volbeat przyzwyczaił. Jednak mimo pewnych mocnych punktów, płyta nie jest tak udana jak swoja poprzedniczka. To było do przewidzenia.

Ocena: 7.5/10

niedziela, 18 grudnia 2016

GRAVE DIGGER - Healed by metal (2017)

18 albumów studyjnych, 10 komplikacji różnego rodzaju, 8 mini albumów i 2 albumy koncertowe to wynik niemieckiego zespołu, który miał ogromny wpływ na muzykę heavy metalowego, czyli Grave Digger. Ten zespół działa od 1980r i zdumiewa jego pracowitość i zapał, który nie można odmówić tej formacji. Lata upływają, trendy się zmieniają a oni dalej grają swoje. Mają swój styl, który opiera się na topornych riffach, na ostrym, szorstkim brzmieniu, na mrocznym klimacie i charakterystycznym wokalu Chrisa Boltendahla, który jest wizytówką zespołu. Jego głos mimo tylu lat wciąż zachwyca i ostatnio brzmi nawet jeszcze lepiej i agresywniej. Zespół od czasów „Ballad of Hangman” wydaje naprawdę udane i niezwykle przebojowe albumy, które zachwycają pomysłowością muzyków i agresywnością. Na „Healed by metal” wyczekiwałem z niecierpliwością zwłaszcza, że udostępnione kawałki rokowały dobrze i zapowiadały naprawdę udany album. Czy rzeczywiście tak jest? Choć premiera 13 stycznia to dzięki wytwórni mogę się podzielić z Wami przemyśleniami na temat nowego Grave Digger.

Sprawa oczywista to bez wątpienia oprawa graficzna i brzmienie. W tych sprawach Grave Digger nigdy nie zawodził. Tym razem szata jest bardzo udana i równie klasyczna. Problem raczej tkwi w samych kompozycjach. Dokładniej mówiąc w niektórych pomysłach można dostrzec brak konsekwencji, brak ikry i elementu zaskoczenia. Jasne, że nikt nie liczył na coś nowego, ale momentami płyta potrafi troszkę zanudzić słuchacza. Na pewno plusem jest to, że słuchając płyty przychodzą na myśl takie kapele jak Accept, Judas Priest czy Paragon. Płyta nie jest zła, ale daleko jej do ideału i do płyty, której może zwojować świat. „Healed by metal” to udany otwieracz, który nieco przypomina „Metal Gods” Judas Priest. Jest marszowe tempo, wciągający, wręcz koncertowy refren i to się sprawdza. Kawałek naprawdę jest udany i można go wciągnąć na listę „best of Grave digger”. Od jakiegoś czasu na drugim miejscu ląduje prawdziwa petarda i tak jest tym razem. Szybki, agresywny „when night falls” to kawałek, który brzmi jak Paragon na sterydach. Niezwykła zadziorność i agresja wybrzmiewa tutaj. Taki Grave Digger najbardziej mi odpowiada. Ryk motoru i mocny riff to dobry początek „Lawbreaker”. Wyszła tutaj dobra mieszanka Judas Priest i Paragon. Ciekawe przejścia i taki heavy metalowy charakter czyni ten utwór kolejnym udanym kawałkiem. Bardzo udany start i w sumie nie ma na co narzekać. Jakiś taki nijaki jest „Free forever”. Niby klasyczny heavy metal tutaj słychać, niby jest gdzieś tam ukłon w stronę Accept, czy Judas priest. Nie wiem czy to wina toporności, ale jakoś nie przemawia to do mnie. „Call for War” to taki znak rozpoznawczy Grave Digger i w sumie największy przebój na płycie. Plusem tego utworu jest to, że brzmi niczym „In the dark of the sun”. Dalej mamy stonowany i heavy metalowy „Ten commandments of metal”, który też jakoś nie zapada w pamięci. Jest dobrze, ale jakoś nie ma tutaj pomysłu i jakiegoś zrywu. Drugą petardą na płycie jest „The hangman's eye” i to jest kolejny mocny punkt płyty. Soczysty riff, duża dawka melodyjności i spora ilość agresji, a to sprawia że kawałek robi sporo zamieszania. „Kill Ritual” w swojej prostocie i wtórności jest po prostu piękny. Wyszedł z tego niezwykle chwytliwy i bardzo dynamiczny kawałek. Gdzieś przesunięto toporność i wtrącono taki hard rockowy luz. Stary Judas priest się tutaj kłania. Refren w „Hallejuah” jest troszkę irytujący i jakiś taki chaotyczny. Riff sam w sobie jest strawny i może z robić na kimś wrażenie. W standardowym wydaniu płytę kończy bardziej złożony i klimatyczny „Laughting with the dead”. Jest to kolejny marszowy kawałek, który mógłby być bardziej dopieszczony.

Premiery płyt Grave Digger zawsze są wielkim wydarzeniem i nie ladą gratką dla fanów heavy/power metal. Na pewno warto znać „Healed by metal” bo jest to solidny album i śmiało można go wcisnąć do tych bardziej udanych wydawnictw. Jest kilka irytujących momentów, jest troszkę momentami nie równo, ale album potrafi się obronić. Jest sporo hitów i mocnych riffów. Może nie jest to drugi „Clans will rise again”, czy „Return of the reaper”, ale jest gdzieś blisko tych wydawnictw. Czuje rozczarowanie i czekam teraz na inne wydawnictwa z roku 2017.

Ocena: 7.5/.10

GEORGE TSALIKIS - The Sacrifice (2016)

Goerge Tsalikis to jeden z tych muzyków, których nie trzeba przedstawiać nikomu. W celach formalności jest to wokalista, który zaczynał swoją przygodę z zespołem Gothic Knights, a zapisał się w historii metalu jako lider grupy Zandelle. Od dłuższego czasu w jego głowie rodziła się idea stworzenia czegoś własnego, czegoś innego. W końcu przyszedł czas na jego pierwszy solowy album. Miało być coś oryginalnego, miało być coś zupełnie zaskakującego. Tak więc szybko powstał „The Sacrifice”, który w rzeczy samej jest albumem koncepcyjnym, który opowiada historię o wampirze, który jest wstanie zrobić wszystko dla swojej ukochanej. Mamy więc ciekawą mieszankę romantyczności z krwią i grozą. Goerge odgrywa tutaj rolę główną, to on też odpowiada za produkcję, za linie wokalne. Muzycznie wspierają go tutaj Mike Paradine oraz Riche Blackwood. Mroczna okładka, przybrudzone brzmienie sprawiają, że rzeczywiście można poczuć klimat grozy. Sam George odwala kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o wokale i cały ten teatralny charakter kompozycji. Szkoda tylko, że sama partie gitarowe i konstrukcja kompozycji nie zachwycają. „World of Darkness” to rozbudowany otwieracz, który ma wiele ciekawych wątków, szkoda tylko że brakuje tutaj ostatecznego szlifu. Z kolei nieco ostrzejszy „Of My darkness” może przekonać swoją topornością i nieco thrash metalowym charakterem. „The Vixen” to prosty utwór na stawiony na rytmiczność i nieco szybsze tempo. Można go zaliczyć do tych udanych kawałków z debiutanckiego krążka Tsalikisa. „The vampire's Promise” to przykład, że nie wszystko wychodzi i zdarzają się pomyłki. Znacznie ciekawsze są te kompozycje, które są nastawione na klimat i na rozbudowaną formułę. Tego przykładem jest „Decleration”, który potrafi wciągnąć nas w ten mroczny świat. Z takich dobrych, zwartych petard warto zwrócić uwagę na energiczny „The Confrontation” czy marszowy „The Inner struggle”. Na sam koniec mamy lekką i przyjemną balladę „The hero's lament”. Sam album ma kilka ciekawych momentów, jednak brakuje dopracowania i mocniejszego charakteru wydawnictwa. Można odnieść wrażenie, że George nie miał pomysłu jak wykończyć ten koncept. Historia nie jest zła, podobnie jak klimat, szkoda tylko że melodie troszkę nie trafiają do słuchacza. A miało być tak pięknie. Pozostaje czekać na nowy album Zandelle.

Ocena: 6.5/10

czwartek, 15 grudnia 2016

MOROS NYX - Revolution Street (2016)

Rok 2016 to dobry rok, jeśli chodzi o prezentowanie się nowych, młodych kapel, które chcą znaleźć swoje miejsce na heavy metalowym podwórku. Jednym z takich zespołów jest amerykański Moros Nyx, który powstał w 2014r. Ta kapela postanowiła grać speed power metal wzorując się na takich kapelach jak Riot, Gamma Ray czy Blind Guardian. Może nie tworzą niczego nowego, ale trzeba przyznać, że zasługują na szczególną uwagę. Potrafią grac niezwykle energicznie, tworząc ciekawe melodie, które przewijają się przez całą płytę. W swoich szeregach mają uzdolnionego wokalistę Mp Papai, który momentami przypomina manierę Kaia Hansena czy też Lee Smitha, który razem Papai tworzą zgrany duet gitarowy. To właśnie solówki, partie gitarowe tych panów stanowi główną atrakcję Moros Nyx. Na ich debiutanckim albumie „Revolution Street” znajdziemy właśnie te wszystkie elementy, jednocześnie można odnieść wrażenie, że to partie gitarowe odgrywają kluczową rolę. Napędzają cały materiał, przesądzają o dynamice jak i o przebojowości krążka. Nie ma w tym oryginalności, ale miło jest przenieść się do lat 90. Zaczyna się od 2 minutowego wstępu w postaci „Rite of Rebellion” i tutaj słychać taki hołd dla Gamma Ray jak i Hammerfall. Dawno nie słyszałem tak dobrego intra do albumu. Dalej mamy nieco już szybszy „A time for Heroes”, który jest power metalową petardą, w której zespół położył nacisk na przebojowość. Bardziej heavy metalowy, przesycony przebojowością „What Happens This Night” to taka mieszanka DIO i Gamma Ray. Nieco rozbudowany „Fear monger” z kolei wyróżnia się epickim charakterem i bardziej true metalowym wydźwiękiem. Echa Crystal Viper i Hammerfall są tutaj jak najbardziej na plus. Zespół żaden w sposób nie daje po sobie poznać, że to ich pierwszy album i pełen profesjonalizm słychać w rytmicznym „Captured” czy energicznym „Child of The Dream”, które mają coś z Gamma Ray. Nawet klimatyczna ballada „We are Damned” potrafi oczarować swoim riffem i konstrukcją. Świetnym podsumowaniem tego krążka jest epicki „Revolution Street”, który przemyca patenty Running Wild, Crystal Viper czy Hammerfall. Zespół zawarł w tym kawałku wszystko to co w nim najlepsze i wszystko to co składa się na ich styl. Amerykańska formacja pokazała się z jak najlepszej strony i ich debiutancki album to prawdziwa uczta dla fanów heavy/power metalu. Taka mieszanka Gamma Ray, Crystal Viper i Hammerfall. Oby na tym nie poprzestali i dali nam więcej powodów do radości.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 13 grudnia 2016

MONSTER TRUCK - Sittin Heavy (2016)

Kanadyjski band Monster Truck potrafi grać soczysty, dynamiczny i chwytliwy hard rock, w którym słychać echa Dokken, Twisted Sister, Alice in Chains, czy Ac/Dc. Ta formacja działa od 2009 roku i od tamtego czasu wydała mini album, a także debiutancki krążek. W tym roku udało się zespołowi wydać swój drugi album pod tytułem „Sittin Heavy”, który już odniósł spory sukces. To wydawnictwo pokazuje jak dojrzały jest ten band i jak szybko udało im się wypracować swój styl. Sporo w ich muzyce można doszukać się elementów hard rocka z lat 70 czy 80. Jest gdzieś w tym wszystkim nutka blues rocka jak i stoner rocka. Monster Truck jest napędzany przez specyficznego wokalistę Jona Harveya, utalentowanego gitarzystę Jeremy Widerman, a także klawiszowca Brandona Blissa, który nadaje całości odpowiedniego klimatu. Dzięki nim, można być spokojnym o poziom nowego krążka. Kompozycje dobrze wyważone, tak więc nie ma powodów do narzekania. Mamy chwytliwe melodie, zadziorne riffy i dużo dobrej zabawy. „Don' t tell me how to live” to singiel, który promował album we właściwy sposób. Znakomicie oddaje styl i poziom samego albumu. Bardziej bluesowy „She's a witch” ma coś z Deep Purple czy Led Zeppelin i to z okresu lat 70. Udana kompozycja w stonowanym tempie i pomysłowej aranżacji. Nie brakuje tez komercyjnych rozwiązań co potwierdza energiczny „For The People”. Klimatyczny i nieco mroczniejszy „Black Forest” to czysta klasyka. Fani Black Sabbath, Led Zeppelin czy Deep Purple będą zachwyceni. Zespół tutaj oczarował mnie ciekawym riffem, który od razu przenosi nas do lat 70. W podobnym klimacie utrzymany jest zadziorny „Another's man shoes” i w sumie cały czas zespół zaskakuje ciekawymi pomysłami. Jednym z nich słyszymy w przebojowym „Things get better” czy w hymnowym „The Enforcer” który pokazuje bardziej metalowe oblicze zespołu. Równie pozytywnie zaskakuje black sabbathowy „To The Flame” i przesiąknięty Aerosmith „Enjoy the Time”, który wieńczy ten świetny album. Takie albumy jak „Sittin Heavy” zawsze cieszą się ogromnym zainteresowaniem i potrafią zdobyć wiele fanów. Nic dziwnego,w końcu muzyki w stylu Black Sabbath czy Deep Purple nigdy za wiele. Jedna z najlepszych pozycji hard rockowych roku 2016.

Ocena: 9/10

niedziela, 11 grudnia 2016

ELM STREET - Knock'em out with metal fist (2016)

Barbared Wire Metal” to był udany debiut młodej australijskiej formacji Elm Street. Choć swoją przygodę z muzyką zaczęli na poważnie w roku 2003, to jednak debiutancki krążek ukazał się dopiero w 2011r. Zespół szybko wkradł się w łaski fanów takich zespołów jak Iron maiden, Judas Priest, Testament, czy Manowar. 5 lat temu pokazali, że potrafią grać i stać ich na znacznie więcej. Teraz kiedy po takiej długiej przerwie wraca Elm Street to oczekiwania względem nich są jeszcze większe. Zresztą już miła dla oka okładka „Knock'em out with metal fist” autorstwa Kena Kelly'ego , który rysował okładki dla Manowar czy Kiss robi ogromne wrażenie. Pierwsze skojarzenie to „Rising” Rainbow, a to już zobowiązuje. W rzeczy samej zespół pokazuje się na nowym albumie z jeszcze lepszej strony. Dopracowano to co kuśtykało na debiucie, dopieszczono styl, który nam pokazali na „Barbared Wire Metal”. Tak więc nowy krążek, to ulepszenie tego co już znamy. Przede wszystkim słychać jeszcze ciekawsze riffy i partie solowe w sferze pracy gitarzystów. Kawał dobrej roboty odwalili Aaron i Ben. Niby niczego nowego nie odkrywają, to jednak miło słucha się tych motywów heavy/speed/thrash metalowych utrzymanych w stylizacji kapel z lat 80. Tak jak na debiucie tak i tutaj jest spora dawka melodyjności, przebojowości, ale zespół bardziej urozmaicił swoje kompozycje, strukturę i to może się podobać. Ben też przez te 5 lat popracował nad swoim wokalem i jest już bardziej agresywnie i bardziej thrash metalowo w tej kwestii. „Face the reaper” zaczyna się klimatycznie i motywem akustycznym. Powoli rozkręca się, ale tutaj band pokazuje swoją pomysłowość i urozmaicenie. Sporo dzieje się w tym otwieraczu, a zespół od razu robi nam niezły zwiastun tego co nas czeka w dalszej części. O ile otwieracz wykazuje cechy heavy metalowe o tyle „Kiss The Canvas” ma w sobie spore ilości patentów power/thrash metalowych. Dalej mamy marszowy „Will it take a lifetime?” , mroczniejszy i zadziorniejszy „Sabbat”, które jeszcze bardziej urozmaicają nam materiał. Zespół bawi się różnymi konwencjami co przedkłada się na jakość płyty. Bardzo dobrze sprawdzają się kompozycje z prostymi motywami gitarowymi i dobrym przykładem tego jest judasowy „Heavy mental”. Jednym z najostrzejszych kawałków na płycie jest bez wątpienia toporniejszy „Next In Line”. Z kolei „S.T.W.A” i „Heart Racer” są utrzymane w stylizacji bardziej hard rockowej. Całość zamyka „Leave it all behind”, który może nie wiele wnosi do albumu, ale pokazuje bardziej rockowe oblicze zespolu. Sam album jest solidny, bardziej dopracowany niż debiut, choć nie brakuje wpadek. To czego mi brakuje to rasowych hitów i petard, które rzucą na kolana. Mimo tego i tak „Knock'em out with metal fist” broni się zawartością i dobrymi melodiami. Warto posłuchać Elm Street w wolnej chwili.

Ocena: 7.5/10

czwartek, 8 grudnia 2016

BLIZZEN - Genesis Reserved (2016)

Co raz więcej ciekawych produkcji pojawia się w gatunku NWOTHM czyli gatunku w którym młode kapela próbują odtworzyć nam lata 80. Mieszanka tradycyjnego heavy metalu z NWOBHM i takie formacje jak Skull Fist, Steelwing czy Enforcer pokazały, że mimo oklepanej formuły można porwać fanów heavy metalu. Taka wycieczka do przeszłości jest udana tylko wtedy kiedy dana kapela potrafi nas porwać dynamiką, przebojowością i pomysłowością. Trzeba wykazać się nie lada talentem i umiejętnościami mi odnieść sukces. Zespoły z tego kręgu często nawiązują do twórczości Running Wild, Angel Witch, Iron Maiden, Judas Priest czy Saxon. Niemiecki band Blizzen w tej kwestii niczym nie wyróżnia się. Grają od 2014 roku i dopiero w tym roku udało im się wydać swój pierwszy album w postaci „Genesis Reserved”. Choć jest to płyta jakich pełno w tym gatunku, to jednak niezwykła dawka ciekawych melodii, klasyczne rozwiązania i pomysłowe zagrywki gitarowe Marvina i Andiego sprawiają, że warto poświęcić chwilkę czasu temu zespołowi. Mocnym atutem jest soczyste i osadzone w latach 80 brzmienie czy wreszcie wokalista Daniel Steckenmesser, któy nadaje muzyce Blizzen takiej oryginalności i naturalności. Sama muzyka jest energiczna, chwytliwa i wyrównana. „Trumpets of the gods” to kompozycja mocno wzorowana na twórczości Iron Maiden, ale na swój sposób jest urocza. Jeszcze ciekawszym utworem wydaje się speed metalowy „Masters of Lightning”, który ma coś z wczesnego Angel Steel. Jednym z najmocniejszych kawałków na płycie jest zadziorny „Hounded for Good”, w którym kluczową rolę odgrywa energiczny riff. Słychać w tym coś ze starego Running Wild i to przemawia do mnie. Nieco hard rockowy, nieco punkowy i bardziej marszowy „Genesis Reserved”ukazuje nieco inne oblicze Blizzen, ale dalej zostajemy w latach 80. Zespół znakomicie radzi sobie w szybszym graniu co potwierdza maidenowy „The World keeps still” czy nieco rozbudowany „Bestride the Thunder”. Płyta kipi energią i w sumie każdy kawałek jest interesujący i w sumie dobrze cały album odzwierciedla dynamiczny „Skid to Death”. Blizzen zaliczył udany debiut i na pewno warto przyglądać się ich karierze.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 5 grudnia 2016

DORO - Strong and Proud - 30 Years of rock and metal (2016)

Każde wydawnictwo Doro Pesch to zawsze dla mnie wielkie wydarzenie i prawdziwa radość, w końcu to na twórczości tej wokalistki wychowałem się. Znakomita dyskografia z Warlock i prawdziwe klasyki muzyki heavy metalowej. Potem jej twórczość solowa, która również kryje wiele mocnych wydawnictw. Nie tak dawno królowa heavy metalu świętowała 25 lat swojej działalności. W roku 2012 wydała kolejny album w postaci „Raise Your Fist” i choć nie był to najlepszy krążek Doro to i tak zawiera kilka perełek. Teraz w tym roku Doro miała kolejny powód do świętowania, w końcu minęło 30 lat jej działalności. Znów przyszedł czas na ciekawe koncerty z ciekawymi gośćmi, specjalna setlista no i wreszcie kolejne bogate wydawnictwo koncertowe, które zawiera płyty DVD z koncertem oraz płyty cd z muzyką. „Strong and Proud – 30 years of rock and metal” to najnowsze dzieło Doro. Trzeba przyznać, że dawno nie słyszałem tak udanego albumu koncertowego. Szkoda tylko, że setlista na płycie CD nie jest tak bogata jak na płytach DVD, ale i tak sprawia sporo radości. Minusem jest to, że tak mało utworów Warlock jest zawartych, ale i to nie jest wstanie przekreślić jakości tego wydawnictwa. Gościnnie pojawiają się Blaze Bayley, Udo Dirkschneider czy Hansi Kursch. Sam klimat, publiczność i wydźwięk tego koncertu przyprawia o ciarki. Kawał dobrej roboty odwaliła ekipa Doro Pesch. Królowa mimo swoich lat wciąż potrafi śpiewać zadziornie i uczynić z koncertu prawdziwe heavy metalowe święto. Można było sobie darować covery, ale usłyszeć jak dobrze się bawi publiczność z gośćmi przy takich metalowych hymnach jak „Fear of The dark” czy „Balls tothe Wall” to nie lada gratka. Nawet słynny cover Dio w postaci „Egypt” idealnie sprawdził się podczas tego jubileuszu Doro Pesch. Z Warlock pojawiają się takie klasyki jak „Earthshaker Rock” czy „Hellbound”. Wykonanie bardzo dobre i przypominają się lata 80. Miło też, że pojawia się niesamowita ballada w postaci „Without You”. Z nowej płyty zagrano hymn w postaci „Raise Your Fist in the air” , rozpędzony „Revenge” czy wreszcie zadziorny „Rock Till Death”, który upiększył Hansi Kursch. Bardzo dobrze sprawdzają się odkurzone stare kawałki Doro w postaci „Save My Soul” czy „On the Run” z bardzo dobrego „Fear no evil”. Cały czas publika świetnie się bawi i właściwie miło się tego słucha. Na sam koniec Doro zagrała „You are my family” z jednego z najlepszych albumów Doro czyli „Warrior Soul”, oraz nieśmiertelny „All We Are” jako finał koncertu. Bardzo dobry album koncertowy, który oddaje klimat tego jubileuszu Doro i daje sporo radości, zwłaszcza fanom wokalistki.

Ocena: 9/10