środa, 26 lipca 2017

FAIRYTALE - Battlestar rising (2017)

Niemiecki Fairytale to solidny band, który skupia się na graniu heavy metalu z domieszką power metalu. W ich muzyce słychać gdzieś echa Rage, Grave Digger czy Sacred Steel. 6 lat zespół zbierał się do wydania drugiego albumy i poniekąd wynikało to ze zmian personalnych. Pojawił się wokalista Carsten Hille ze swoim specyficznym i zadziornym wokalem, a także gitarzysta Stefan Klempnauer, który jest znany z twórczości Custard. Jest powiew świeżości, ale najnowsze dzieło w postaci „Battlestar rising” nie wnosi żadnej rewolucji w świecie Fairytale. Dostajemy to do czego zespół nas przyzwyczaił, czyli solidny, zadziorny heavy metal z nutką power metalu.

Nowy album na pewno jest solidny, ale jest to tego typu płyta, którą się dobrze słucha, ale nie robi większego wrażenia. Na płycie pojawia się niemiecka toporność, ale nie brakuje też mocnych i zadziornych riffów, czy też jakiś ciekawych melodii. Niestety całość nie rzuca na kolana.

Do grona ciekawych utworów na pewno warto zaliczyć rozpędzony „Scar”, przebojowy „Viper Pilots” czy rozbudowany i marszowy „New Carpica”. Tytułowy „Battlestar rising” charakteryzuje się mocnym riffem i dużą dawką energii. Niby jest to wtórne, ale zagrane całkiem przyzwoicie. „Cain” czy „Man or Machine” na swój sposób przypominają dokonania Iced earth.

Nie ma tragedii, ale ta płyta nie ma szans zwojować świata. Brzmienie jest nieco przybrudzone, a zawartość troszkę mało spójna. Brakuje jakiś motywów, które by zostały na dłużej. Ot co poprawny album z solidnymi kompozycjami.

Ocena: 5.5/10

wtorek, 25 lipca 2017

WINTERSUN - The forest seasons (2017)

Antoni Vivaldi to znaczący kompozytor muzyki poważnej i nawet jeśli ktoś nie jest fanem tego typu muzyki, to na pewno słyszał kultowy utwór " 4 pory roku". Piękna i ponadczasowa kompozycja, która potrafi przenieść słuchacza do świata magii i wciągnąć bez opamiętania. Niezwykła złożoność melodii i emocje, a wszystko żeby oczarować słuchacza. Co ma Vivaldi do muzyki Wintersun? Dobre pytanie.

Wintersun to zespół, który w zasadzie nie trzeba nikomu przedstawiać, to zespół, który już zapracował na swoją markę. Dla tych co ich nie znają, warto wspomnieć że jest to kapela, która powstała w 2003 r z inicjatywy Jari Mäenpää.To on jest mózgiem zespołu i to on pełni rolę wokalisty, gitarzysty, a także odpowiada za całą orkiestrację. Jemu też zawdzięczamy to jakie utwory powstają, bo jego talent kompozytorski jest nie do podważenia. Wintersun ma na swoim koncie 3 albumy, a na najnowszy przyszło czekać fanom 5 lat. I znów Wintersun zaskakuje i nagrywa album, który się różni od poprzednich. "The forest Seasons" wzbudza kontrowersje, pokazuje zespół z nieco innej strony, nieco przeciera szlaki w nieco skostniałym melodyjnym death metalu. Nie każdego stać na taki ruch jaki wykonał fiński band. Nagrać album, który składa się z 4 kolosów to odważny ruch. Nie dość, że muzycznie Winteresun ociera się o symfoniczny metal, power metal czy melodyjny metal. To jeszcze wzbogaca swój wachlarz gatunków o progresywny metal. Mieszanka wybuchowa, ale wypada wyśmienicie. Tym odważnym krokiem zespół osiągnął zaskakujący efekt i w zasadzie nagrali swój najlepszy album.

Trzeba być albo szaleńcem albo geniuszem muzycznym by stworzyć dzieło, które składa się z 4 długich, rozbudowanych i dojrzałych kolosów. Czasami taki wybór kończy się porażką, ponieważ długie kawałki mogą przynudzać, przytłaczać formą czy nie zapadać w pamięci. Jednak kiedy dany utwór kusi dużą paletą ciekawych i intrygujących melodii. Kiedy dany utwór cechuje ostry riff, podniosłe chórki i ciekawe o ozdobniki, a klimat bierze górę to nie trzeba się bać, lecz można swobodnie oddać się dźwiękom, które nas otaczają. Co ciekawe melodyjny death metal rzadko kiedy skłania do przemyśleń, do przeżywania i chłonięcia poszczególnych smaczków. Wintersun pokazał jednak, że i melodyjny death metal może być dojrzały, piękny i klimatyczny. Każdy utwór rzeczywiście oddaje nastrój danej pory roku.

"Awaken from the dark slumber (spring)" to nie tylko otwieracz, ale właśnie przykład, że można oddać klimat wiosny i tego, że wszystko budzi się do życia. Jest spokojne wejście, budowanie napięcia i potem wkracza mocny i rytmiczny riff. Słychać mieszankę Enisferum, Nightwish czy nawet Kalmah. Wintersun jest jednak sobą, ale od razu pokazuje że w szczytowej formie. W utworze dzieje się sporo. Pierwsza część to "The Dark Slumber" i tutaj jest bardzo melodyjnie, choć band ukazuje swojej całej mocy. Jari swoim wokalem nadaje death metalowego charakteru, ale stawia przy tym na melodyjność i technikę. W okolicach 7 minuty wkracza ciekawy i melodyjny motyw, który pozwala nam złapać oddech i przeżywać naprawdę ciekawą orkiestracje i całe bogate instrumentarium. Drugi utwór to "The forest that weeps (summer)" jest bardziej mroczny, bardziej stonowany, a przynajmniej w pierwszej fazie. Tutaj zespół wtrąca elementy folk metalu i słychać to niemal przez cały utwór. Znów bardzo miłe dla ucha są ciekawe popisy gitarowe w solowych partiach. Jest melodyjność i prawdziwy pazur Wintersun. Najostrzejszym kawałkiem na płycie jest bez wątpienia "Eternal Darkness (autumn)" . Tutaj już nie ma czasu na jakieś powolne budowanie napięcie, zespół po prostu atakuje z grubej rury. Death metal pełni tutaj znaczącą rolę i słychać, że miało być brutalnie. Nie brakuje zwolnień i urozmaiceń, dzięki czemu nie ma 14 minutowej, bezmyślnej nawalanki. Zima zazwyczaj jest ponura, chłodna i mroczna, tak więc i taki jest "Loneliness (winter)". Znów utwór bardzo bogaty w ciekawe melodie i motywy.

4 kolosy i każdy z nich jest dopracowany i zawiera sporo intrygujących elementów. Jest coś z progresywnego metalu, symfonicznego metalu i oczywiście melodyjnego death metalu.Winteresun pokazał klasę i że ma jaja by nagrać odważny album składający się tylko z 4 kawałków. Najlepsze jest to, że płyta jest po prostu piękna muzyczne i pobudza do przeżywania i wchłaniania niepowtarzalnego klimatu. To trzeba po prostu posłuchać.

Ocena:9.5/10

ALICE COOPER - Paranormal (2017)


6 lat przyszło czekać fanom Alice Coopera na nowy album 6 lat, ale warto było. "Paranormal" to album na miarę takich klasycznych albumów jak "trash: czy "Schools out". Jest to album bardzo rockowy i czasami można odnieść wrażenie, że słuchamy najnowsze dzieło Ozzy Osbourne. Na płycie jest dużo glam rocka, heavy metalu i stoner rocka, a sam Alice Cooper brzmi momentami niczym sam król ciemności. Lat upływają, a on wciąż zachwyca swoim charyzmatycznym wokalem. Cieszy fakt, że Alice Cooper odszedł od nieco komercyjnego grania i postawił na bardziej klasyczne rozwiązania. Dzięki temu dostajemy energiczny, przebojowy i rockowy materiał. Muzyka wspiera perkusista U2, Billy Gibson z ZZ TOP, czy Roger Glower.Brzmienie na miarę tego z lat 80, to zasługa Boba Ezrina. Kiedy wspomnę ostatnie dzieła Alice Coopera to doznaję szoku, że w końcu po tylu latach udało się nagrać dojrzały, rockowy i taki klasyczny materiał. Płyta nie męczy i każdy utwór jest intrygujący i potrafi zapaść w pamięci. "Paranoic Personality" poznaliśmy jako pierwszy singiel i sprawdził się w swojej roli. Utwór od razu pokazał, że Alice Cooper powraca w wielkim stylu. Ciekawe partie basu, odrobina Black Sabbath czy Deep purple i wyszedł udany rockowy hit. Dobrze wypadł też drugi singiel w postaci tytułowego "Paranormal". Ten kawałek sprawdza się jako otwieracz, gdyż ma w sobie hard rockowego kopa. Płyta o dziwo zawiera sporo mocnych, zadziornych hard rockowych kompozycji. Dobrym tego przykładem jest rytmiczny "Dead flies", czy melodyjny "Fireball" o nieco stonerowej konstrukcji. W "Fallen in love" słychać faktycznie ducha ZZ TOP i to dobry znak. Ten utwór to przede wszystkim wciągająca i złożona solówka. Jednym z ostrzejszych utworów na płycie jest rock'n rollowy "Dynamite road". Dalej mamy stonowany "private Public breakdown", teatralny "Holy water" czy energiczny "Rats". Nawet dobrze wypada klimatyczna ballada "The sound of A", a całość zamyka radosny "You and all of your friends". W zasadzie nie ma się do czego przyczepić, bo każdy utwór ma w sobie coś atrakcyjnego i każdy jest warty uwagi. Miło jest słyszeć, że mimo lat Alice Cooper wciąż potrafi nagrać przemyślany i dojrzały album rockowy. Pozycja obowiązkowa dla fanów wokalisty jak i samego gatunku hard rocka.

Ocena: 8/10

niedziela, 23 lipca 2017

AXXIS - Retrolution (2017)

Niemiecki heavy metal kryje wiele ciekawych zespołów, wiele mało znanych i solidnych, ale także sporo legend, które miały ogromny wpływ na muzykę z pogranicza hard rocka i heavy metalu. Jednym z tych zespołów, które trzeba zaliczyć do tych największych i najbardziej rozpoznawalnych jest Axxis. Ta formacja zaczyna od hard rocka i melodyjnego metalu ocierając się o twórczość Accept, Deep Purple czy Def Leppard. Panowie szybko odkryli swój styl i dali się poznać jako specjaliści od prostych i chwytliwych przebojów. Cały czas się rozwijali i tak rozwinęli skrzydła w 2000r. „Back to the Kingdom” otwierał nowy rozdział zespołu, gdzie zespół nie bał się urozmaicać swój materiał. To był czas kiedy Axxis do swojej muzyki wlał nieco power metalu i to takiego znanego z Gamma Ray, Helloween czy Freedom Call. W tym czasie ukazał się ich najlepszy album tj „Paradise in Flames”. Niestety zespół wrócił do korzeni wraz z „Kingdom of the night”. To był nie równy materiał, ale miał przebłyski i mógł się podobać. „Retrolution” to kontynuacja grania z ostatniego albumu, czyli panowie znów próbują nas zabrać do lat 80, do swoich początków.

Paskudna okładka, która przypomina plakat do horroru „christine” i jeszcze gorsze brzmienie, które jest pozbawione pazura to złe symptomy. Niestety muzyka jest nie wcale lepsza. Panowie postawili na proste motywy, na krótkie i treściwie utwory, porzucając dynamikę i power metalowe tempo z „Utopia” czy „Paradise in Flames”. Zespół próbuje grać heavy metal z domieszką hard rocka. Choć jest to momentami przebojowe i melodyjne. To jednak kicz bierze tutaj górę i potrafi nieco zniesmaczyć słuchacza. Rock'n rollowy otwieracz „Burn, burn burn!” nie zwiastuje niczego dobrego. Niby prosty motyw, niby jest hard rockowe szaleństwo i przebojowość z pierwszych płyt. Niestety wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Nieco szybszy „This is my day” kusi dynamiką i szybkością, ale to nie jest to co chciałbym usłyszeć. Pazur jest w mocniejszym „Heavy metal brother” i to jest nawet udany utwór. Niestety teksty tutaj mocno kuleją i są kolejnym krokiem w stronę kiczu. Lekki „All my friends are liars” jest bardziej komercyjny, ale z drugiej strony jakiś taki nijaki.”Dream chaser” byłby udany gdyby nie słodkość i taki nieco chaotyczny podkład. Echa ery power metalowej gdzieś tam słychać w energicznym „Rock the night” i w sumie jest to najjaśniejszy punkt tej płyty. Zespół stara się grać z luzem co słychać w bluesowym „Do it better”, ale jakoś to się nie przedkłada na jakość płyty. Całość zamyka bezpłciowa ballada „Queen of the wind”, która jest idealnym podsumowaniem tego słabego i nijakiego albumu. Nie ma tutaj hitów, które by zapadłyby na długo w głowie. Jakieś to chaotyczne i bez wyrazu. Zespół wrócił do korzeni i szkoda. Trzeba było iść za ciosem i nagrywać kolejne płyty pokroju „Time machine” czy „Paradise in flames”. To był idealny styl Axxis. To co jest teraz jest poniżej ich możliwości.

Ocena: 4.5/10

czwartek, 20 lipca 2017

JR BLACKMORE - Destruction Mania (2017)

W 1964r na świat przyszedł jedyny son sławnego gitarzysty Deep Purple i Rainbow – Ritchiego Blackmore'a czyli Jurgen Blackmore. Właściwie żył on zawsze w cieniu ojca. Podobnie jak ojciec Jurgen poszedł w kierunku rocka i klasycznego brzmienia. Starał się znaleźć swój styl, znaleźć swoje miejsce w muzyce rockowej. Choć nie brakuje mu umiejętności, to nie odniósł takiego sukcesu jak ojciec i mało kto wie że wydał też on swoje płyty. Dał się poznać jako gitarzysta projektu Over The rainbow, gdzie z innymi członkami Rainbow dawali koncert grając największe hity Rainbow. Był też zespół Superstition oraz solowa kariera i właściwie solowe płyty były ciekawsze. Kto nie zna jego twórczości i chciałby to nadrobić to jest ku temu okazja. Ukazał się w tym roku komplikacja „Destruction mania”, które zawiera największe hity Jurgena Blackmore'a. Na pierwszy strzał idzie „Destruction mania” , który pochodzi z płyty „Voices”. Rozbudowane solówki, niezwykły klimat, w tym przede wszystkim z płyt Rainbow czy Deep Purple. Cathrine Jauer wzbogaca ten świetny utwór mocnym i podniosłym wokalem. Znakomita mieszanka romantyzmu i klasycznego rocka. Spokojny i stonowany „Your last chance” to nieco inny klimat rocka, ale dalej jesteśmy blisko tego co tworzył ojciec Jurgena na przestrzeni lat. Micheal Bormann to kolejny świetny wokalista, która potrafi wszystko zmienić w złoto. Tak też jest z energicznym i zadziornym „Beethoven”. Jest znacznie ostrzej, bardziej dynamicznie i Jurgen pokazuje na co go stać. To kolejna kompozycja z albumu „Voices”. Z płyty EBC Roxx „Winners” pochodzi rock'n rollowa petarda „Drivin Songs (it Rocks), która również imponuje wykonaniem i aranżacją. „Wild and Free” to kompozycja która utrzymana jest w klimatach heavy/power metalowych z nutką rocka. Utwór ukazał się pierwotnie na „Still holding on” z 2005 r. Z płyty „ Winenrs” pochodzi utwór „Fly”, który brzmi identycznie jak „All night long” Rainbow, co słychać zwłaszcza po riffie. Tony Carey i Ela wokalnie urozmaicają ten utwór i nadają mu typowej hard rockowej mocy. Bardzo zgrany duet, który idealnie wtapia się w klimaty Rainbow/Deep Purple. Na pewno niektórych może zdziwić, jak dobry wokalistą jest Tony, który kryje w sobie wiele talentów. Nam dał się poznać bardziej jako klawiszowiec Rainbow. Kolejnym stonowanym i klimatycznym utworem jest „Never Too late”. Najbardziej przypadł mi do gustu duet z Oliverem hartmannem, który jest świetnym gitarzystą i wokalistą. „Guardian angel” jest zadziorny, przebojowy i przepełniony ciekawymi melodiami. Prawdziwa petarda i przykład, że syn nie jest wcale słabszy od ojca. Równie mocny i zadziorny jest „Day by Day”, a całość zamyka „Red dirty Devils”, który przemyca nutkę bluesa. Nie ma słabych kawałków, a całość to taki Jurgen Blackmore w pigułce. Dobrze by było jakby JR Blackmore był bardziej aktywny i znalazł w końcu właściwie miejsce. Czekamy na kolejne płyty i więcej hard rocka w takim wydaniu.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 17 lipca 2017

SLEAZER - Fall into Disgrace (2017)

O miano debiutu roku 2017 na pewno powalczy „Fall into Disgrace” włoskiej kapeli Sleazer. Działają od 2011 r i w swojej muzyce starają się przemycać elementy Dokken, Savage Grace, Wasp, Judas Priest czy Iron Maiden. Tak więc mocno inspirują się latami 80 czy 90, a przy tym nie ustępują Striker, Skull Fist czy Enforcer. Debiutancki album to kawał solidnego heavy/speed metalu zagranego z polotem, lekkością i pomysłem. Niby to wszystko jest proste, ale na wysokim poziomie. Zespół jest napędzony przez dwóch naprawdę zgranych gitarzystów w postaci Edoardo i Clamente, którzy dają niezłego czadu. Riffy są mocne, chwytliwe i zagrane z lekkością. Jest klimat i prostota z lat 80. Do tego jeszcze do chodzi specyficzny i taki zadziorny wokal Andrea i mamy gotowy album w stylu lat 80. Nie ma mowy o oryginalności to akurat prawda, ale zespół nadrabia dynamiką, przebojowością i szczerością. Niby nic nowego, ale jest przyjemność z odsłuchu. „A falling Overture” to krótkie i klimatyczne intro, które przypomina filmy Johna Carpantera czy główny motyw z serialu „Stranger Things”. Jednym słowem strzał w dziesiątkę i znakomite oddanie lat 80. Potem szybko wkracza ostry riff i krzyk wokalisty, tak więc zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. „Heroes of disgrace” to speed metalowa petarda, która daje niezły przed smak całości. Zespół dobrze radzi sobie z bardziej hard rockowym granie co potwierdza w przebojowym „Straight on your way”. Fani Rocka Rollas czy Blazon stone na pewno polubią rozpędzony „Legion of the damned”, który jest jednym z najszybszych kawałków na płycie. Jest też coś dla fanów Dokken i mowa tutaj o stonowanym, hard rockowym „King of nothing”, który pozwala nieco odpocząć od szybkich petard. Jednym z moich ulubionych utworów jest zadziorny i dynamiczny „Sabbath lord”, w którym zespół znów pokazuje pazur. W podobnej formie utrzymany jest „Sleazer”, który przemyca pewne znamiona starego Running Wild. Bardzo prosty riff zdobi „Fall again” i jego chwytliwość i niezwykła melodyjność mają coś z twórczości Iron maiden. Zespół nie odpuszcza i cały czas trzyma wysoki poziom na płycie. Całość wieńczy szybki, speed metalowy „Deserter”, który idealnie podsumowuje ten album. Nie ma słabych kawałków, a każdy z nich dostarcza sporo frajdy. Zgrany zespół, ciekawe pomysły i aranżacje sprawiają, że debiut brzmi tak świetnie, a sam Sleazer ma szanse na spory sukces. Pozycja obowiązkowa dla maniaków heavy metalu lat 80.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 16 lipca 2017

EDGUY - Monuments (2017)

Czy tego chcemy czy nie Edguy zalicza się do najbardziej rozpoznawalnych kapel z niemieckiej sceny metalowej i oczywiście jest szeroko znana ta formacja w power metalowym światku. W tym roku Edguy obchodzi 25 rocznicę swojej działalności. Mieli wzloty i upadki, ale nikt nie będzie kwestionował ich wkładu w power metalu oraz faktu, że mają kilka perełek w swojej bogatej dyskografii. Wystarczy wspomnieć o magicznym "Mandrake", o przebojowym "Vain glory opera", czy ostrym "Hellfire Club". Nawet ostatni album "Space police" też znów zaprezentował nam wysoki poziom zespołu. Kapela jest napędzana przez Tobiasa Sammeta, który jest nie tylko charyzmatycznym wokalistą i pomysłowym kompozytorem. Przez cały okres swojej kariery stworzył sporo hitów i w zasadzie te największe znajdziemy na składance "Monuments", która jest jubileuszowym dziełem. Gdybym sam miał stworzyć taki "the best of" to lista byłaby troszkę inna, ale i tak udało się Tobiastowi i spółce zawrzeć na dwóch płytach kawałki z całej swojej dyskografii, a także 5 nowych kawałków i wcześniej nie wydany "Reborn in the waste", który został nagrany podczas sesji "Savage poetry". Nie będę opisywał każdy utwór jaki tu znajdziemy, bo dobrze znamy te hity. Warto wspomnieć, że znajdziemy tutaj choćby "Space police", czy "Defenders of the crown" z ostatniej płyty. "Mysteria", czy "Piper never dies" z "Hellfire club" czy takie klasyki jak "Vain glory Opera" czy "Tears of Mandrake". Cieszy mnie też obecność przebojowego "Judas at the opera" z gościnnym udziałem Michealem Kiske. Skupmy się na nowych kawałkach, które wzbudziły najwięcej kontrowersji. "Reborn in the Waste" ma w sobie ducha starych płyt heavy metalowych i tu nawet nie chodzi o power metal. Sam klimat i charakter przypomina mi wczesne dokonania Running Wild. Główną atrakcją jednak jest 5 pierwszych kawałków, bo są to najnowsze utwory Edguy. W sumie pokazują, że Tobias i spółka jest wciąż w formie. Różnie to bywało z Edguy, a ostatnio bywało bardziej hard rockowo niż power metalowo. Jednak te nowe kawałki mimo wszystko zaskakują pozytywnie. "Ravenblack" jest mocny, ciężki i ma w sobie pokłady power metalu. Utwór mógłby spokojnie trafić na "Hellfire club" czy "Space Police".  Co mi się podoba w tym kawałku to mocny i zadziorny riff oraz podniosły refren. Największe kontrowersje wzbudził "Wrestle The Devil", który jest bardziej hard rockowy i bardziej komercyjny, aniżeli power metalowy. Ciężko mówić tutaj o typowym Edguy. Może bardziej wpasowałby się do kanonu Avantasia? Prawdziwa uczta zaczyna się od szybszego i przebojowego "Open Seasame", który już jest bliższy początkom Edguy. Właśnie takie utwory powinni tworzyć. Wejście "Landmarks" imponuje dynamiką, melodyjnymi partiami gitarowymi i przebojowym charakterem. Przypominają się czasy "Vain glory Opera" Mandrake". Tak dokładnie tak. Jest ta podniosłość, ta operowa otoczka. To jest to.  Moim faworytem szybko został "The mountaineer", który brzmi jak nawiązanie do Helloween i Gamma Ray. Prawdziwa petarda. Oby właśnie w takim kierunku poszedł Edguy na kolejnych albumach. "Monuments" to fajne podsumowanie 25 lat działalności zespołu i pokazanie w jakiej formie jest obecnie. Bardzo udana komplikacja. Dla fanów pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

piątek, 14 lipca 2017

WOLFCHANT - Bloodwinter (2017)

Jeśli kocha się twórczość i folkowe melodie Suidakra, chłód Enisferum i pomysłowość Manegarm to nie można być obojętnym wobec niemieckiego Wolfachant. Nie trzeba być miłośnikiem niemieckiego języka, fanem pegan metalu, a ni też fanem niemieckiej mitologi by wpaść w sidła Wolfchant. Ich ostatnie dzieła są na naprawdę wysokim poziomie i nie można im odmówić perfekcjonizmu i pomysłowości. Najnowsze dzieło „Bloodwinter” potwierdza ich formę i styl w jakim ostatnio się obracają. Doczekaliśmy się udanej kontynuacji „Embraced by Fire”.

Z poprzedniej płyty na pewno zostało soczyste i dopieszczone brzmienie jak i klimatyczna okładka. Skład zespołu uległ zmianie, bo pojawiła się nowa sekcja rytmiczna i gitarzysta w postaci gorthrima. Sertorius zajął się basem, a Lug perkusją, ale nie zmienił się styl zespołu. Dalej jest mieszanka pegan metalu, melodyjnego death metalu i folk metalu. Nortwin i Lokhi na przemian wyśpiewują swoje partie wokalne, przez co muzyka też jest bardziej złożona i urozmaicona. „Nornesang” to klimatyczne i podniosłe intro. Bardzo dobry pomysł na otwarcie albumu. Dalej mamy bardziej stonowany i mroczniejszy „schicksalsmacht”. Pomysłowy riff, duża przebojowość i sporo atrakcyjnych melodii to cechy chwytliwego „Wolfchant ( a wolf to man)”. Z kolei w „Das Bollwerk” zespół zabiera nas w rejony folk metalu i jest bardzo klimatyczne w tym utworze. Kolejny hit odnotowano. Marszowy „Bloodwinter” to świetna wizytówka tego albumu. Jako fan power metalu pozwolę sobie wyróżnić dynamiczny „Heritage of Fire” z naprawdę atrakcyjnym riffem. Przypomniał mi się stary dobry Winterstorm. „Sechnsucht” to klimaty nieco bardziej w stylu Powerwolf i zespołowi wyszło to naprawdę bardzo dobrze.Mamy jeszcze klimatyczny „anthems of revenge” i epicki „New born killer”, który zamyka ten dopracowany album.

Wolfchant znowu nagrał bardzo dobry album, który potrafi oczarować klimatem i ciekawymi melodiami. Płyta wciąga na długo i za każdym razem odkrywa się nowe smaczki. Nic tylko słuchać i czerpać radość z odsłuchu.

Ocena: 9/10

wtorek, 11 lipca 2017

WRETCH - The Hunt (2017)

Amerykański Wretch, który gra heavy/power metal w amerykańskim wydaniu powstał już w latach 80, ale jakoś nie było mu dane trafić do szerszego grono słuchaczy i przepadli na kilkanaście lat. Wrócili w 2006 r z debiutanckim albumem i „Reborn” był udanym wydawnictwem. Tak o to Wretch został na dobre na rynku muzycznym i w tym roku powracają z trzecim dziełem w postaci „The Hunt”. Fani Metal Church, Jag Panzer, Attacker czy helstar będą zadowoleni.

Już sama okładka robi smaka na płytę i na pewno oddaje jej kształt. Jest agresywna, momentami tajemnicza czy mroczna. Jest bojowy charakter i wszystko to co amerykański power metal powinien zawierać. Ciekawe przejścia, zadziorne riffy i złożone popisy gitarowe. Tutaj szaleją Micheal i Nick, którzy dogadują się bez problemu. Jest energia, jest finezja i nutka szaleństwa, tak więc mamy prawdziwy power metal. Wretch ma obecnie nowego wokalistę – Juan Ricardo, który poradził sobie znakomicie. Jego specjalnością są wysokie rejestry, które potrafią oczarować słuchacza. „The Hunt” to jest album z którym trzeba się liczyć w roku 2017.

„Sturmbringer” to krótkie, ale jakie treściwe intro, które zabiera nas do lat 80 i klasycznych albumów heavy metalowych. Lubie takie intra, bo wtedy można poczuć magię. Dalej mamy już konkretny killer w postaci „The Hunt”. Jest szybko, melodyjne i zadziornie, a przy tym zespół nie próbuje nikogo kopiować. Bardzo dobry start. Nieco mroczniejszy i taki z nutką progresywności „Throne of Poseidon” pokazuje, że nie jest to album na jedno kopyto. Pomysłowe aranżacje i dynamika w „The final Stand” też imponują, zwłaszcza że zespół znów stawia na power metalowy styl. Zespół między killerami wtrąca spokojne przerywniki jak choćby „Fortunes Fool” co pozwala nieco odsapnąć i wciągnąć się w świat Wretch. Dalej mamy prawdziwe petardy w postaci „Straight to hell” i „The king is red”, które mają coś z twórczości Iron maiden. Zespół świetnie radzi sobie z bardziej złożonymi kompozycjami co potwierdza dynamiczny „Once in a lifetime” czy klimatyczny „She waits”, który przypomina ballady Blind Guardian.

Wretch idzie za ciosem i nie zwalnia swojego tempa. Nowe dzieło jest dowodem, że zespół zna się na rzeczy i wie jak tworzyć soczyste, zadziorne kawałki w stylistyce US power metal. Pozycja godna uwagi!

Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 10 lipca 2017

BURNING SHADOWS - Truth in Legend (2017)

Jak ten czas leci. Burning Shadows istnieje już od 17 lat i w tym roku wydali swój trzeci album zatytułowany "Truth in Legend". Płyta oddaje to co najlepsze w amerykańskim heavy/power metalu. Nie brakuje mocnych riffów, przybrudzonego brzmienia, odrobiny brudu i toporności. Jest gdzieś w tym wszystkim miejsce dla elementów Jag Panzer, Iced earth czy Manowar. Panowie wiedzą jak połączyć epicki charakter, z mroczniejszym klimatem i jak poruszać tematykę mitologii czy nawet opowieści Lovecrafta. To ich na pewno wyróżnia, a najnowsze dzieło potwierdza, że Burning Shadows jest zespołem, którego nie sposób pomylić.

Nowy album jest bez wątpienia bardzo dojrzały i uwypukla patenty znane z poprzednich wydawnictw. Zespół nie ucieka w eksperymenty i stara się ulepszyć jeszcze bardziej swoją formułą.  Sam album jest urozmaicony i znajdziemy tutaj różnego rodzaju kawałki. Od szybkich, po bardziej zadziorne czy epickie. Tom davy spisuje się w roli wokalisty i świetnie współgra jego głos z warstwą instrumentalną. Słychać nawiązania do klasycznych albumów z kręgu amerykańskiego power metalu, a to już dobrze świadczy o "Truth in legend".  Płytę otwiera "Day of Darkness" czyli bardzo mroczny i urozmaicony kawałek, w którym sporo się dzieje. Rycerski charakter sprawia, że kawałek wyróżnia się i napawa optymizmem jeśli chodzi o pozostałą część materiału. "Southwind" jest bardziej melodyjny i bardziej drapieżny. Fani heavy metalu spod znaku Manowar czy Crystal Viper będą zadowoleni. W amerykańskim power metalu przewija się często thrash metal i brudny heavy metal i to słychać w energicznym "Sworn in Victory". Bardzo dobrze wypada cięższy i bardziej stonowany "From The Stars". Tytułowy "Truth in Legend" to już epicki, marszowy 7 minutowy kolos, który przemyca mroczniejszy klimat i nieco rycerski wydźwięk. Utwór imponuje złożonymi partiami gitarowymi i dynamiką. Spokojniejszy "The blessed" pełni rolę ballady. Utwór zachwyca romantycznym klimatem. Całość zamyka epicki kolos "Deathstone Rider" , w którym dzieje się sporo, a zespół bawi się różnymi motywami i melodiami. Prawdziwa perełka i apogeum tego zacnego albumu.

5 lat czekania na nowy album Burning Shadows, ale warto było, bo album jest dojrzały, dopracowany i napchany ciekawymi kompozycjami. Znajdziemy tutaj wszystko co najważniejsze w amerykańskim heavy/power metalu. Pozycja godna uwagi dla fanów gatunku.

Ocena: 8.5/10

sobota, 8 lipca 2017

OVERKILL - The Grinding Wheel (2017)

Dyskografia amerykańskiej formacji Overkill robi ogromne wrażenie. Nagrać 18 albumów i wciąż być na topie, a przy tym nagrywać jedne ze swoich albumów to mało kto może się pochwalić. Panowie od lat grają speed/thrash metal na wysokim poziomie. Cechuje ich agresywność, duża dawka energii i taki speed/heavy metalowy pazur. Charakterystyczny wokal Bobbiego przypomina twórczość Metal Church czy Accept. Overkill od czasu wydania „Ironbound” przeżywa swoją drugą młodość. 18 krążek zatytułowany „The grinding Wheel” to w zasadzie nic nowego tylko kontynuacja tego co mieliśmy na ostatnich płytach. Pytanie czy formuła się nie wyczerpała?

Nie ma zaskoczenia i nie ma powiewu świeżości, a płyta momentami brzmi jak kalka ostatnich płyt. Najgorsze jest to, że już nie ma tej lekkości i przebojowości z „Ironbound” czy zadziorności z „The eletric Age”. Niby dalej jest ostro, jest melodyjnie i tak jak na ostatnich płytach, ale momentami brzmi to jak zespół grał na siłę i bez pomysłu. Soczyste brzmienie i świetny wokal Bobbiego, który przypomina czasami Mike Howe'a z Metal Church czy Marka Tornillo z Accept to jest bez wątpienia atut Overkill i motor napędowy nowego dzieła. Nie ma mowy o drugim „Ironbound”, ale nie oznacza to, że „The grinding Wheel” jest spisany na straty, bowiem nie brakuje tutaj naprawdę solidnych utworów. Początek płyty jest całkiem udany i daje prawdziwego kopa. Mamy rozbudowany „Mean, green, killing machine”, nieco punkowy „Goddamn trouble”, który ociera się o dokonania Anthrax i jeszcze dynamiczny i techniczny „Our finest hour”. Ten ostatni utwór jest bliższy poziomowi i stylowi z „Ironbound”. Bardzo dobry przykład, że zespół trzyma poziom i wciąż potrafi stworzyć świetny killer, który zapada na długo w pamięci. Nieco mroczniejszy i też bardziej heavy metalowy „Shine on” prezentuje się dobrze, ale troszkę się dłuży. Dużo dobrych melodii i zagrywek gitarowych uświadczymy w przebojowym „The long road”. Dalej mamy „Come heavy”, który też jest bardziej stonowany i bardziej heavy metalowy niż thrash metalowy. Ciekawy riff i taki rytmiczny wydźwięk riffów sprawia, że utwór wyróżnia się na tle innych z płyty. Do ostrych i thrash metalowych kawałków na pewno warto zaliczyć „Red white and blue” czy „The wheel”.Całość zamyka lżejszy „emerald”, który zaskakuje lekkością i dużą dawką melodyjności.

Sam album jest nie równy i taki trochę chaotyczny, ale są też plusy. Zespół dalej podąża ścieżką obraną na „Ironbound” i dalej trzyma dobry poziom. Nie brakuje thrash metalu i ciekawych hitów, które podbiją serce fanów heavy metalu. Oczekiwałem czegoś więcej, a dostałem solidny album który za jakiś czas przepadnie w gąszczu lepszych płyt.

Ocena: 7/10

piątek, 7 lipca 2017

BLIND GUARDIAN - Live beyond the Sphere (2017)

Kiedyś to powstawały prawdziwe albumy koncertowe. Były emocje, klimat, żywa publika i można było poczuć się jakbyśmy uczestniczyli w danym wydarzeniu. Dzisiejsze albumy to zazwyczaj obdarte z emocji i prawdziwego klimatu wydawnictwa, w których dopracowania w studiu zabijają wszystko. "Imaginations Through The looking glass" i album cd w postaci "Live" jakie zgotował Blind Guardian w 2003 i 2004 r były i dalej są prawdziwym majstersztykiem.  Blind Guardian przez ostatnie lata raczej nie rozpieszcza swoich fanów jeśli chodzi o wydawnictwa. 14 lat przyszło czekać na nowy album koncertowy, a nowe albumy studyjne ukazują się w odstępstwie 4-5 lat. Kiepska frekwencja. W 2015 roku światło dzienne ujrzał "Beyond the Red Mirror", który odniósł sukces komercyjny. Jest to bardziej progresywny i symfoniczny album. Nie jest to już ten Blind Guardian, który zasłynął z takich petard jak "Lost in the Twilight Hall" czy "Valhalla". Zespół ruszył w ogromną trasę i podczas tej trasy zaczęto nagrywać materiał na nowy album koncertowy. Nic dziwnego bo trasa cieszyła się sporym zainteresowaniem. "Live beyond the Sphere" to 3 płytowy album koncertowy, w którym zespół skompletował ciekawą setlistę, którą tworzą utwory z różnych momentów i miejsc podczas owej trasy.

Pomysł ciekawy, a jak z efektem? Cieszy na pewno spora ilość materiału i niektóre smaczki, ale nie jest to płyta idealna i na miarę "Live" z 2003r. Nie ma takiej energii, Hansi śpiewa łagodnie i jakoś tak bez ikry. Momentami jest to wszystko jakieś takie płaskie i ugrzecznione, a przecież ten zespół potrafi grać agresywnie i z wykopem. Tutaj zaczynają się mieszane uczucia, bo album jest solidny i słucha się naprawdę przyjemnie. Jednak nie jest to ta klasa co kiedyś. Cieszy mnie, że mamy utwory z różnych etapów kariery i że gdzieś w tym wszystkim, że publika dobrze się bawiła.

Na pewno dobrze na żywo wypada rozbudowany i progresywny "The Ninth Wave", który pochodzi z "Beyond the red Mirror". Kiedy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek, to jakoś mi nie podszedł do końca. Bardziej zyskał na żywo podczas koncertu w Warszawie. Cieszy fakt pojawienia się petardy "Banish From Sanctuary", ale właśnie tutaj słychać, że brakuje mocy i tego pazura co kiedyś było słychać. Nawet wokal Hansiego jest jakiś taki bez werwy i zadziorności.  Nie mogło zabraknąć klimatycznego "Nightfall", który zawsze sprawdza się na koncertach. Publika zawsze ożywa przy tym utworze.Z nowej płyty na pewno na uwagę zasługuje "Prophecies" , który zachwyca przebojowością i podniosłym charakterem. Bardzo koncertowy kawałek. Z power metalowych petard pojawia się też "Tanelorn" i jest to jeden z mocniejszych punktów płyty. "The last Candle" to jeden z moich ulubionych kawałków z mojej ulubionej płyty Blind Guardian. Pierwszą płytę zamyka kolos w postaci "and then there was the silence".

Drugą płytę otwiera "The lord of The Rings", czyli kultowa ballada Blind Guardian, która zawsze jest mile widziana przez publikę. Jeden z fajniejszych momentów, kiedy publika śpiewa razem z Hansim. Dobrze, że brzmienie nie zagłuszyło tego efektu całkowicie. "Fly" wzięty z koncertu w Warszawie wypada równie dobrze. Najlepszy kawałek z "A twist in the myth" i dzieje się sporo podczas tego kawałka. Kolejną petardą jest nieśmiertelny "Lost in the Twilight Hall" i w końcu zaczyna się coś dziać i jest pożądany power metal. Nie mogło zabraknąć magicznego"Imaginations from the other side", ale znów można odnieść wrażenie, że to nie to co kiedyś. Szkoda, że ucięto intro do "Into the Storm", ale i tak utwór się broni. Z najnowszego dzieła nie mogło zabraknąć energicznego "Twilight of the Gods", który zachwyca mocnym riffem i wciągającym refrenem. Drugi krążek zamyka mocny "And the story ends", który wyróżnia się mrocznym klimatem.

Trzeci album zaczyna się rozbudowanym i melodyjnym "Sacred Worlds", w którym naprawdę sporo się dzieje. Najpiękniejszy moment to "The bard songs (in the forest)", w którym publika dominuje i chyba fajnie byłoby gdyby Hansi mniej śpie kawał, a więcej publika. Pięknie to brzmi. Prawdziwy koncert na żywo. Ciężko sobie wyobrazić koncert bardów bez killera w postaci "Valhalla". Jeden z moich faworytów z całej twórczości Niemiec. Na koniec mamy trzy jakże fantastyczne kawałki. Podniosły "wheel of time", speed metalowy "Majesty" i wielki hit zespołu jaki jest "mirror mirror".

Można narzekać, że jest to wydawnictwo dalekie od ideału i momentami jest dalekim od starych koncertów, ale ma też kilka plusów. Dobra zabawa, ciekawa setlista, zbiór utworów z różnych okresów, również z ostatnich dzieł. Jak ktoś nie miał do czynienia z Blind guardian, to może śmiało sięgnąć po ten album koncertowy. Może nie jest to album koncertowy na miarę tych klasyków z lat 90 czy 80, ale płyta uwieczniła rozmach trasy promującej "Beyond the red mirror" i frajdę fanów podczas uczestniczenia w tym wielkim wydarzeniu. To chyba najważniejsze.

Ocena: 8/10

środa, 5 lipca 2017

MASTERPLAN - Pumpkings (2017)

Helloween, Kiske i Hansen szykują się do "Pumpkin united" i brakuje w tym składzie Uli Kuscha czy Rolanda Grapowa. Grapow dalej jest w niezbyt dobrej relacji z Weikathem i dlatego tez nie doszło do skutku powrót tych panów w ramach trasy koncertowej. Roland jednak w inny sposób przypomina swój czas w Helloween. Wybrał opcję albumu z coverami grupy Helloween, ale raczej jest to album który zawiera na nowo zagrane kawałki jakie stworzył Grapow podczas grania w Helloween. O "Pumpkings" była mowa znacznie wcześniej. Fani długo czekali na to wydawnictwo i wreszcie można ocenić jakoś tego dzieła.

Podczas słuchania często pojawia się myśl "Po co? Jaki był sens nagrywania na nowo te kawałki, które nie wymagają poprawki?". Jasne zyskują mocniejsze brzmienie, ostrzejszy styl grania, ale jakoś gdzieś nie ma tej magii, tego tajemniczego klimatu. W dodatku Masterplan jest w nieco innym składzie. Nie ma Jorna, nie ma też Uli'ego, no i niestety Rick nie jest rasowym, power metalowym wokalistą. Jego maniera pasuje do heavy metalowego grania jakie prezentuje w zespole Herman Frank. Tutaj niestety często słychać jak wiele dzieli jego i Kiske czy nawet Derisa. Tak więc mamy zgrabnie zagrany instrumentalnie album, ale nieco gorzej zaśpiewany. Cały czas powracają w myślach oryginalne wersje i w zasadzie żaden cover w wykonaniu Masterplan nie wypada lepiej od klasyka. Płytę promuje "The Chance" czyli jeden z najlepszych kawałków jakie stworzył Roland. Ten utwór jednak jest pisany pod Kiske. Rick nie daje w wysokich rejestrach i raczej działa na niekorzyść. Ślicznie zagrane solówki i riff to nie wszystko. Nie czuć, że to utwór zagrany przez Masterplan, tylko słychać po prostu Helloween. Klawiszy nie słychać, a same aranżacje niczym się nie różnią. Szkoda, że zespół nie postanowił odświeżyć kawałków i nadać im charakteru masterplan. "Someones Crying" to power metalowa petarda i utwór o nieco neoklasycznym zabarwieniu. Znów wokal jakoś mi tutaj nie pasuje i nijak ma się do tego co słyszymy.  Jak ktoś nie słyszał oryginału to może polubi tą wersją. Rick wokalnie najlepiej wypada w mrocznym i progresywnym "Mr. Ego". Nic dziwnego, bo tutaj rodził się już styl Masterplan. Dobrze wypada też melodyjny i energiczny "Still We Go", który brzmi nieco dojrzalej w wersji Masterplan. "Escalation 666" to jeden z najcięższych kompozycji jakie stworzył Roland Grapowe. Mroczny i ponury utwór, w którym odnajduje się Rick. Bliżej mu do maniery Andiego niż Kiske, dlatego też efekt jest bardziej zadowalający. W zasadzie moimi faworytami są z tego albumu nieśmiertelny i ponadczasowy "the Time of The oath", który zawsze pasował do twórczości Masterplan aniżeli Helloween. Rick dobrze wpasowuje się w mroczny klimat i ciężkie partie gitarowe. Szkoda, że Hellowen nie gra już tego kawałka na koncertach. Nieco wydłużony i jeszcze bardziej dopieszczony "the dark ride" to kwintesencja stylu gry Rolanda Grapowa. Utwór bardzo melodyjny, ostry i power metalowy. Jedna z moich ulubionych kompozycji stworzonych przez Rolanda.

Ciężko ocenić to wydawnictwo. Ciekawość moja została zaspokojona, ale czuję niedosyt z drugiej strony. Ta płyta powinna się ukazać za czasów Dimeo czy Lande. Rick jest solidnym wokalistą, ale nie radzi sobie z kawałkami Helloween, przez co płyta sporo traci. Instrumentalnie i brzmieniowa jest to płyta wyśmienita. Całościowo nie robi takiego wrażenia. Wracam jednak do klasyków Helloween i nie zaprzątam sobie głowy tym dziełem.

Ocena: 6/10

ANTHEUS - Silent Agony (2017)

Kiedy mówimy o udanym debiucie to mamy na myśli tak naprawdę album, który potrafi zapaść w pamięci i to na na znacznie dłużej. Taka płyta musi być dynamiczna, przebojowa i przede wszystkim zagrana z głową. Riffy czy melodie muszą być atrakcyjne i mieć w sobie to coś. Taka płyta musi być zagrana prosto z serca, z miłości do metalu. Wtedy taki krążek może odnieść sukces. W kategorii heavy metalu progresywnego na pewno nie można pominąć debiutu francuskiego Antheus. „Silent agony” spełnia kryteria, jeśli chodzi o udany debiut.

Kapela istnieje od 1999r i jakoś do tej pory nie udało się wydać pełnometrażowego albumu. Teraz w końcu udało się to wykonać. Ciekawe logo, klimatyczna okładka i soczyste brzmienie sprawiają, że ta płyta potrafi oczarować. Najlepsze jest to, że zespół jest zgrany i każdy z muzyków dokłada cegiełkę by płyta była wyjątkowa. Philippe Dumas odpowiada za klimatyczne i nieco futurystyczne klawisze. To one czynią muzykę francuzów progresywną i bardzo tajemniczą. Ludovic z kolei sprawia że płyta jest energiczna i pełna ciekawych zwrotów. Sporo się dzieje pod względem gitarowym, tak więc nie można narzekać na nudy. Antheus to przede wszystkim charyzmatyczny Franck.

Muzycznie Antheus przypomina momentami Queensryche, crimson Glory czy Dream Theater. Tak więc jest dużo progresji, ale i heavy metalu czy momentami power metalu. Właśnie taki jest dynamiczny i chwytliwy „Rising Kingdom”, który otwiera album. Jeszcze szybszy i bardziej przebojowy jest „The End of the Day”. Jest więcej zadziorności, więcej gitarowych popisów, ale i też ciekawszy klimat. Zespół świetnie buduje napięcie na płycie. Też sporo emocji dostarcza żywiołowy „Firemarks” , a zespół zwalnia nieco w mroczniejszym „Arms of winter”. Bardziej epicki jest bez wątpienia marszowy „Tears of the sun”. Wiele ciekawych smaczków i przejść można dostrzec w rozbudowanym „Soul commander”. Soczysty riff i nowoczesne patenty to cechy „In the Attic”, z kolei zamykający „Silent Agony” to prawdziwa petarda, która idealnie podsumowuje całość.

Długo przyszło czekać nam na debiut Antheus, ale warto było. Płyta jest dynamiczna, przebojowa i nie ma przerostu formy nad treścią, co mi jak najbardziej odpowiada. Przemyślany materiał zapada na dłużej w pamięci, a całość jest zagrane z pomysłem. Bardzo dobry start francuzów i czekamy na kolejne wydawnictwa.

Ocena: 8/10

wtorek, 4 lipca 2017

STALLION - From the dead (2017)

3 lata kazał nam czekać niemiecki band Stallion na nowy album, ale o to jest "From the Dead" czyli drugi krążek tej formacji. Dla wielu nazwa Stallion nie wiele mówi, ale ci co mieli przyjemność posłuchać debiutu z przed 3 lat w postaci "Rise and Ride" jest to kapela o ogromnym potencjale. Niby młoda kapela, która gra od 2013r., niby brak większego doświadczenia i bogatej dyskografii, ale szybko pokazali na co ich stać. Grają klasyczny heavy/speed metal, w którym słychać stary dobry Helloween, Blind Guardian, Running Wild, Agent Steel czy axxion. Ta kapela czerpie wzorce z lat 80 i klasycznych kapel i to słychać. Wokal Paula, duet gitarzystów i odnowiona sekcja rytmiczna wskazują jakby muzycy tworzyli w latach 80, a w cale tak nie jest. Nawet brzmienie jest tak podrasowane by przywołać klimat starych dobrych lat 80. To jest spory plus tej kapeli. Debiut był dynamiczny, zadziorny i przebojowy. Taki też jest nowy album w postaci "From the Dead". Kapela momentami ociera się o speed/ thrash metal rodem z płyt Toxik czy Anthrax. Najlepszym tego dowodem jest tytułowy "From the dead". Ostry riff, niezwykła dynamika i złowieszczy feeling. Świetna to współgra z klimatem okładki, która ma coś z okładek Sodom. Album otwiera "Underground Society" który brzmi jak zagubiony kawałek z debiutu "Running Wild". Niby 3 lata przerwy, a zespół nie zardzewiał, a wręcz przeciwnie. Rozwinął swoje umiejętności i udoskonalił swoje atuty i styl. Jest nie tylko szybko, przebojowo, ale też agresywnie i nawet momentami thrash metalowo. Paul bardzo urozmaica swoje partie wokalne. Raz brzmi jak King Diamond, a czasami niczym Kai Hansen czy Joe Belladona. Niezła mieszanka. Stallion to niemiecka kapela, więc nie brakuje odesłań do Warlock czy Accept i potwierdza to marszowy i toporny "Down and Out". Dalej mamy zadziorny i nieco hard rockowy "Hold the Line". W podobnym klimacie utrzymany jest stonowany "Waiting for A sign" , który przywołuje na myśl kapele Warriors czy Wasp. Nowy album jest bardziej zróżnicowany niż debiut, a jednocześnie tak samo energiczny i pomysłowy. Stallion króluje w speed metalowej konwencji i potwierdza to killer "Lord of the Trenches" czy zadziorny "Blackbox", który ma coś z NWOBHM. Całość zamyka bardziej rozbudowany i urozmaicony "Awaken the Night". Nie ma słabych kawałków, a zespół drugi raz pokazuje klasę. Można jednak nawiązać do lat 80, do kultowych kapel, a przytym zaskoczyć i rzucić słuchacza na kolana. Kolejny świetny band młodego pokolenia i to jeszcze w dodatku z mojego ulubionego rejonu, czyli Niemiec. Warto znać muzykę tych panów. Polecam

Ocena: 10/10

niedziela, 2 lipca 2017

ICY STEEL - Through the ashes (2016)

11 lat funkcjonowania włoskiego Icy steel minęło bardzo szybko, a przez ten czas zespół zdobył grono fanów i uznanie na scenie metalowej. Specjalizują się w graniu soczystego heavy/power metalu w którym nie brakuje rycerskiego pazura i epickiego charakteru. Ich sukces tkwi w szybkich i zadziornych riffach, dużej dawce melodyjności. Icy Steel to maszynka do tworzenia hitów. Na 4 albumie „Through the ashes” potwierdzają tylko, że trzeba się z nimi liczyć.

Najnowsze dzieło to dwu płytowe wydawnictwo, które daje nam 60 minut soczystego heavy metalu na wysokim poziomie. Choc okładka jest dość chłodna i bez wyrazu, to jednak panowie nadrabiają mocnym i zadziornym riffem, a także dopracowanym materiałem. Sama zawartość jest urozmaicona, przeplatana różnymi ciekawymi motywami, a wszystko po to, żeby słuchać był cały czas pobudzony. Każdy utwór ma w sobie coś co pozwala przeżywać i rozpamiętywać daną kompozycją. Icy Steel to przede wszystkim świetny i charakterystyczny wokal Stefano. Opanował śpiew w wysokich rejestrach, jak i te bardziej emocjonalne śpiewanie. Bez wątpienia jest on ważnym ogniwem zespołu. Z kolei partie gitarowe wygrywane przez Stefano i Pietro są klimatyczne, melodyjne i potrafią zaskoczyć pomysłowością. Nie ma powodów by narzekać.

Album podzielono na dwie płyty. Pierwsza ma podtytuł before i zawiera większą część materiału. Na sam start dostajemy petardę w postaci „Fire and flames”, który pokazuje że zespół jest w formie. Prosty, energiczny riff zdaje tutaj egzamin. Niby oklepane patenty, ale sprawdzają się. Tutaj też słychać ciekawe i wciągające pojedynki na solówki. Nieco rozbudowany „The day became night” jest bardziej toporny, bardziej złożony. Zespół daje upust swoim pomysłom i nie chce iść na łatwiznę. Echa iron Maiden czy Helloween można doszukać się w przebojowym „Ritual of the Wizzard”. Jest to jeden z mocniejszych punktów na płycie. Dalej mamy marszowy i bardziej epicki „last thing to destroy” w którym Icy steel momentami przypomina Crystal Viper. Oprócz szybkich i mocnych heavy metalowych hymnów jest też miejsce na lekki i przyjemny rockowy utwór w postaci „Today the rain cries”. „Ashes of glory” potrafi ukoić swoim ciepłym klimatem i druga płyta zatytułowana „After” jest bardziej spokojna i balladowa.

Nie ma mowy o rewolucji w muzyce Icy Steel, ale trzeba przyznać że zespół nagrał przemyślany i solidny album. Mocne riffy, chwytliwe melodie i urozmaicenie sprawiają że płyty nie nudzi. Icy Steel jest w formie i „through the ashes” to potwierdza.

Ocena: 7/10

piątek, 30 czerwca 2017

AKOMA - Ravenangels (2017)

Okładki heavy metalowe mają ogromną siłę i potrafią przyciągnąć do danej płyty, nawet jeśli instynkt podpowiada, że to muzyka nie dla nas. Akoma to duński zespół, który działa od 2004 r i specjalizuje się w gotyckim metalu. W swojej muzyce nie kryją zamiłowania twórczością Nightwish, Leaves Eyes, Evanescenes. Teraz w 2017 r zespół wydał swój debiutancki album „Ravengels”, który jest skierowany do fanów progresywnego metalu, a także odmiany symfonicznej.

Patrząc na szatę graficzną „Ravenagels” można dostrzec naprawdę ciekawy pomysł i zgrabne wykonanie. Jest klimat i ciekawy motyw, tak więc można się gapić w nią godzinami. Z kolei sama muzyka też jest zaskakująca dobra. Nie ma grania na siłę, jest sporo intrygujących motywów i wciągający, mroczny klimat. Akoma to przede wszystkim imponująca wokalistka Tanya, który ma coś z operowych wokalistek, a także tych z popu. Tak więc mamy ciekawą mieszankę i w sumie to ona gra pierwsze skrzypce na „Ravenangels”. Zaczyna się klimatycznie bo od zadziornego „Enticing Desire”, który imponuje podniosłością i ciekawymi aranżacjami. Tytułowy „Ravenangels” z gościnnym udziałem Liv Kristine to niezwykle melodyjny i chwytliwy kawałek, który pokazuje że zespół się zna na rzeczy. Energiczny i przebojowy „Change of Propensity” ma w sobie więcej power metalowej natury, co ucieszy fanów tego gatunku. Na płycie znajdziemy bardziej stonowany i rockowy „Hands of Greed” czy cięższy „Vire” o nieco nowocześniejszym zabarwieniu. Zespół potrafi być też komercyjny kiedy trzeba i to pokazuje w spokojniejszym „Humanity”. Całość zamyka bonus w postaci „Bittersweet Memories”.

Jest kilka plusów jak zgrany zespół i utalentowana wokalistka, która potrafi oczarować swoim głosem. Zespół wie co grać i jak to grać. Trzeba jeszcze troszkę popracować nad stylem, nad jakością i nad przebojami, bo tych troszkę za mało. Sam album może znaleźć odbiorców. Warto posłuchać i ocenić.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 26 czerwca 2017

NARNIA - Narnia (2016)

Lata 90 to był czas kiedy pojawiało się wiele zespołów power metalowych i każdy z nich znalazł swoje grono słuchaczy i wielbicieli. Szwedzki band o nazwie Narnia szybko zyskał sławę, a każdy ich album to prawdziwa gratka dla fanów gatunku. Swoim stylem nawiązują do Avantasia, Edguy, At Vance czy Iron Mask. Znakomicie łączą elementy neoklasycznego metalu i power metalu, a przy tym dodają melodyjność i przebojowość. Efekt jest powalający, a Narnia stała się rozpoznawalnym zespołem dzięki temu. Ostatni album ukazał się w 2009 roku i „Course of generation” przyjął się dość średnio. Brakowało takiej energii, zadziorności i przebojowości jaką mieliśmy na pierwszych płytach. W 2010 r kapela przestała istnieć i powróciła dopiero w 2014 r w niemal klasycznym składzie, a owocem tego jest najnowsze dzieło w postaci „Narnia”.
 
Płyta ozdobiona skromną, ale klimatyczną okładką i nieco przybrudzonym brzmieniem sprawia wrażenie, jakby zespół przyłożył się tym razem. Celem było sięgnąć do swoich najlepszych dzieł i wrócić do korzeni. Typowa charakterystyczna tematyka o chrześcijaństwie sprawdza się i dodaje uroku całości. Specyficzny i techniczny wokal Christiania sprawia, że Narnia jest jedyna w swoim rodzaju i potrafi oczarować słuchacza. Mimo upływu lat wciąż ma w swoim głosie coś magicznego. Narnia to również ciekawe popisy gitarowe Carla i klimatyczne melodie wygrywane przez klawiszowca Martina. Tak właśnie brzmi Narnia. Jak przedstawia się nowy album?
 
Na wstępie mamy energiczny i przebojowy „Reaching for the top”, który oddaje to co najlepsze w power metalu. Przypominają mi się stare dzieła Edguy czy Avantasia. Niezwykle prosty i melodyjny utwór, który pokazuje klasę Narnia. Fani starego Helloween czy Freedom Call pokochają dynamiczny „I Still Believe”, który charakteryzuje się dużą dawką melodyjności i ciekawych motywów. Echa Bloodbound, Dio można doszukać się w marszowy i mroczniejszym „On the highest Mountain”, z kolei „one way to the promised land” ma w sobie sporo elementów progresywnych. Zespół urozmaica płytę bardziej heavy metalowym „Messengers” i chwytliwym „Who do You follow”, który ma w sobie więcej znamion power metalu. Sporo ciekawych zagrywek gitarowych mamy w złożonym „Moving On”, a dla fanów hard rockowych utworów zespół przygotował „Set the World on Fire”.
 
Dostajemy po 7 latach nie obecności Narnia album, który idealnie podsumowuje ich historię, działalność, styl, a także jest świetnym bilet powrotnym do świata power metalu. Narnia znów żyje i ma się bardzo dobrze. Mam nadzieję, że na kolejnym album nie trzeba będzie czekać kolejnych 7 lat, zwłaszcza że jest to wyjątkowy zespół o dużym potencjale.

Ocena: 8/10

piątek, 23 czerwca 2017

KROKUS - Big Rocks (2017)

W 2010 r Krokus wydał świetny „Hoodoo”, który był powrotem do korzeni i jednym z ich najlepszych wydawnictw. Klasyczny skład sprawił, że zespół przeżywa drugą młodość i kolejny album w postaci „Dirty Dynamite” to tylko potwierdził. Mimo lat, mimo swojego podeszłego wieku panowie grają wciąż wysokiej klasy hard rock w stylu Ac/Dc. Ostatnie dzieło ukazało się w 2013r i od tamtego czasu zespół wydał tylko wydawnictwo koncertowe. Mamy rok 2017, a Krokus zamiast wydać pełno metrażowy album wydaje tylko krążek na którym mamy covery klasycznych rockowych utworów. Troszkę to mało, ale dobre i to, zwłaszcza że dawno nic ta szwajcarska machina nie wydała. „Big Rocks” to album, który sprawia sporo radości i jest miłą wycieczką po historii rocka.

Typowa dla tego zespołu okładka i brzmienie tylko potwierdzają, że panowie są w bardzo dobrej formie. Na płycie znajdziemy „NIB” z repertuaru Black Sabbath, który brzmi jak kawałek Krokus, tak więc dodali coś od siebie. Nie mogło zabraknąć coś z twórczości Queen i „Tie Your mother down” sprawdza się idealnie. Jeszcze ciekawiej wypada energiczny „My Generation” The Who, w którym Marc pokazuje że jest niczym jak wino czyli im starszy tym lepszy. Jego wokal jest zadziorny i taki naturalny. Przebojowy „Wild Things” The Troogs też ma swój charakter i taki Krokusowy styl. Płytę promował kultowy „The House of the rising Sun”, który nabrał mrocznego klimatu i niezwykłego ciężaru. Do udanych coverów na pewno warto zaliczyć „Gimme Some Lovin” czy kultowy hit Led Zeppelin w postaci „Whole Lotta love”. Słabszym punktem jest cover Boba Dylana w postaci „Quinn the eskimo”, na szczęście mamy energiczny „Jumpin Jack flash”, który zaciera złe wrażenie.

Sama płytę należy bardziej traktować jako ciekawostkę i mam nadzieję, że zespół szybko zbierze siły i zacznie pracować nad nowym albumem bo czas nagli. Jest forma, ale szkoda tracić czas na takie nie potrzebne wydawnictwa, które nie wiele wnoszą do dyskografii.


Ocena: 7/10

wtorek, 20 czerwca 2017

WIZARD - Fallen Kings (2017)

Troszkę się nazbierało zespołów grających w stylu Manowar, ale wciąż do czołówki najlepszych należy niemiecki band o nazwie Wizard. Działają od 1989 r  i mają na swoim koncie 11 albumów, z czego najnowszy krążek "Fallen Kings" ukazał się w tym roku. Ostatnie dwa wydawnictwa, były poprawne, ale brakowało tego epickiego klimatu zakorzenionego w twórczości Manowar, tych bojowych chórków i chwalenia heavy metalu i odyna. Brakowało tych wszystkich smaczków, z których był znany Wizard od samego początku. Każdy z fanów marzył o powrocie do korzeni, do poziomu i stylu z "Odin" czy "Thor". Nadzieja pojawiła się w raz z promocją "Fallen Kings". Wtedy zespół udostępnił obiecujące próbki nadchodzącego albumu. Można było wyczuć, że band chce wrócić do swojego najlepszego okresu i znów tworzyć epicki heavy/power metal przesiąknięty twórczością Manowar.

Rzeczywiście"Fallen Kings" jest najlepszym albumem niemieckiej formacji od czasów "Thor" czy może sięgając "Odin". Jest bardziej klasycznie, bardziej epicko i bardziej w stylu Manowar co ucieszy fanów starych płyt Wizard. Zespół znów stawia na przebojowość, mocne, epickie riffy i podniosłe refreny. Słychać, że jest to płyta z kręgu epickiego heavy/power metalu. Zresztą już klimatyczna okładka "Fallen Kings" przypomina stare okładki typu "Odin". Do tego wszystkiego mocne, soczyste brzmienie które uwydatnia jego atuty. Wizard to przede wszystkim charakterystyczny wokal Sven D'Anna, a także zgrany duet gitarowy Micheal i Dano. Na płycie dzieje się sporo i roi się od ciekawych melodii, ostrych riffów, czy urozmaiceń. To wszystko składa się na równy i zapadający w głowie materiał. Każdy utwór to perełka i uczta dla fanów Wizard.

Na sam start dynamiczny "Liar and Betrayer", który promował ten album. Strzał w dziesiątkę, bowiem kawałek mocno nawiązuje do "Odin". Prosty, ostry riff, epicki klimat, przebojowe solówki i spora dawka dynamiki.  Spokojny i mroczny "We are The masses" to marszowy kawałek o epickim charakterze. Tutaj czuć właśnie te inspiracje Manowar. Brzmi to obłędnie. Na płycie nie brakuje ostrych, power metalowych petard i kolejnym tego dowodem jest rozpędzony "Live Your Life". To jest Wizard za jakim tęskniliśmy. "Brothers in Spirit" to z kolei stonowany i bardziej true metalowy kawałek, który potrafi uraczyć nas epickim klimatem. Prawdziwym kilerem na płycie jest energiczny "White Wolf", który śmiało mógłby znaleźć się na "Odin". Dawno Wizard nie grał tak z ikrą. Zespół błyszczy w marszowym i epickim "Wizard until the end", który jest znakomitym nawiązaniem do najlepszych lat Manowar. Jest przebojowo, a przy tym bardzo melodyjnie. Kolejny hit na płycie.  Nutka toporności to mocna strona dynamicznego "Let us Unite' oraz złowieszczego "Frozen Blood", który jest jednym z najdłuższych i urozmaiconych kawałków na płycie. Całość zamyka energiczny "You're the king", który idealnie wieńczy ten album.

Troszkę minęło za nim Wizard wrócił na właściwie tory, ale warto było czekać. "Fallen kings" to album na miarę klasycznych wydawnictw Wizard. Najlepsze dzieło od czasów "Thor". Płyta jest wyrównana, dynamiczna, epicka i w zasadzie każdy utwór to perełka. Warto obczaić najnowsze dzieło Wizard!

Ocena: 9/10

BALTIMOR - Eepos (2017)

Kiedy patrzy się na okładkę najnowszego albumu Baltimor zatytułowanego „Eepos” to na myśl przychodzą wydawnictwa black metalowe czy death metalowe. Jednak ten fiński band, który zadebiutował w 2014 r specjalizuje się w heavy/speed metalu. Co ich wyróżnia na tle innych kapel to bez wątpienia mroczniejszy klimat, a także nutka hard rocka, NWOBHM czy wreszcie stoner rocka. Trzeba przyznać, że mamy wybuchową stylistykę, która sprawdza się. „Eepos” na pewno zaskoczy nie jednego fana klasycznych dźwięków, a płyta robi spore wrażenia. Wszystko przez przemyślany i dynamiczny materiał, który potrafi oczarować przebojowością i dużą dawką melodyjności. Nie brakuje hitów i pomysłowych riffów. Charyzmatyczny wokalista i zgrani gitarzyści sprawiają, że Baltimor nie da się pomylić z innym bandem. Już pierwsze dwa kawałki tj „In Helen” i „Night time remblers” pokazują jak utalentowany jest zespół i jak ogromny na ich muzykę miały lata 70 i 80. Jest klasycznie, jest mrocznie i przebojowo. Echa hard rocka i NWOBHM można usłyszeć w rytmicznym „Marauder”. Z kolei w ostrzejszym „Hearse man” można doszukać się elementów stricte thrash metalowych czy power metalowych i jest to jeden z moich ulubionych kompozycji na płycie. Muzyka Iron Maiden też dała się we znaki Baltimor i to słychać w rozpędzonym i melodyjnym „Hell in a Cell”. Płyta jest bardzo równa, bardzo zadziorna i nie zwykle dynamiczna. Każdy utwór to prawdziwka perełka i tytułowy „eepos” potrafi urzec bojowym charakterem i epickością. „The crusher” też jest pełen speed/thrash metalowego łojenia i to robi ogromne wrażenie. Całość zamyka bardziej złożony i marszowy „Heavy metal shit”, który zabiera nas do świata Black Sabbath. Nie ma słabych punktów i właściwie każdy element jest tutaj ważny i kluczowy. Album jest wypakowany hitami, mocnymi riffami, a klasyczne patenty sprawiają, że całość jest jeszcze bardziej autentyczna. Jedna z najmilszych niespodzianek roku 2017.

Ocena: 9.5/10

sobota, 17 czerwca 2017

EDENBRIDGE - The great momentum (2017)

Na nowy album austriackiej formacji Edenbridge przyszło czekać fanom 4 lata i najnowsze dzieło w postaci „The great momentum” to kwintesencja tej formacji. Nie brakuje tutaj symfonicznego metalu, power metalu i progresywnego metalu, czy bardziej złożonych kompozycji. W Edenbridge sporą rolę odgrywa wokalistka Sabine, która potrafi budować mroczny i podniosły klimat. Dzięki niej zespół jest łatwo rozpoznać, a sam styl zyskuje odpowiedniej oprawy. Dominik i Lanvall z kolei odpowiadają za warstwę instrumentalną i najlepszą zaletą jest pomysłowość i urozmaicenie materiału. Nowe dzieło niczym w sumie nie zaskakuje, ale od razu wiadomo, że to album Edenbridge. Całość otwiera podniosły i orkiestrowy „Shiantara”, który pokazuje progresywne oblicze zespołu. Bardziej stonowany „The Die is not Cast” jest bardziej klimatyczny i dobrze wykorzystano tutaj aspekty rockowe. Znacznie ciekawsze są ostrzejsze kawałki i mam tutaj namyśli zadziorny „The Visitor” czy wreszcie przebojowy „Return to the grace”, które mają w sobie więcej power metalowej natury. Słabym punktem płyty są komercyjne kompozycje, które nic nie wnoszą. Mam tutaj namyśli choćby nijaki „Only a whiff of life”. Całość zamyka 12 minutowy „The greates gift of all”, który jest najbardziej rozbudowany w swojej strukturze i z drugiej strony jest to najciekawszy utwór. Cały czas się coś tutaj dzieje i jest kilka bardzo wciągających motywów. Sam album może nie jest z górnej półki, może nie wszystko jest tutaj dopracowane, ale jest kilka aspektów co czyni album solidnym. Dobry klimat, zróżnicowanie i wokal Sabine są atutami „The great momentum”.

Ocena: 5.5/10

środa, 14 czerwca 2017

VICTORIUS - Heart of phoenix (2017)

Kiedy coś się sprawdza i jest stabilność to po coś zmieniać i szukać dziury w całym? Niemiecki band Victorius wyszedł z takiego samego założenia i w efekcie ich kolejne dzieło w postaci „Heart of Phoenix” to czysta kontynuacja poprzednich dzieł. To już 4 album tej formacji i w swojej naturze bardzo podobny do poprzednich wydawnictw. W skrócie szybki, energiczny power metal, który nawiązuje do lat 90. W ich stylu można doszukać się wpływów Dragonforce, Gamma ray, Freedom Call czy Helloween. Klasyczne brzmienie i podejście do tematu. Do tego rasowy i uzdolniony wokalista David Babin i zgrany duet gitarzystów i mamy sprawny zespół. Panowie działają od 2004 r i w tak krótkim czasie szybko wbili się do grona najciekawszych zespołów, a ich najnowsze dzieło to tylko potwierdza. Victorius dalej korzysta z prostych i chwytliwych patentów, które dadzą w rezultacie hity, które na długo zostaną w pamięci. Nowy album to kopalnia hitów, w dodatku album łatwy w odbiorze, dynamiczny i zróżnicowany. Dominuje szybkość, ale nie brakuje ciekawych smaczków i urozmaiceń. „Shadowwarrios” jak i „Hero” to power metalowe petardy, które szybko pokazują słuchaczowi z czym mamy do czynienia. Jest moc i energia, która zaraża od samego początku. W „End of the Rainbow” można dostrzec pewne elementy Rhapsody, Hammerfall czy Freedom Call. Pomysłowy riff i dobrze wpasowane chórki nadają podniosłości temu kawałkowi. Jednym z moich ulubionych utworów na krążku jest nieco rycerski, bardziej marszowy „Die by my sword”, który pokazuje zespół z nieco innej strony. Melodyjny motyw i klimatyczne partie klawiszowe sprawiają, że „Sons of Orion” zachwyca klimatem i aranżacjami. Echa Rhapsody można usłyszeć w nieco bardziej symfonicznym i agresywniejszym „Empire of Dragonking”. W zasadzie zespół nie bawi się w półśrodki i od początku do końca serwuje nam power metalowe petardy, które są osadzone w klasycznych latach 90. Dynamiczny „Hammer of justice”, bardziej progresywny „Beyond the iron sky”, czy agresywny i mroczniejszy „Virus” są tego dobrym przykładem. Całość zamyka bardziej komercyjny „A million lightyers”, który pozwala nieco odsapnąć po takiej dawce szybkiego power metalu. Victorious powrócił z kolejnym świetnym i bardzo dobrze wyważonym albumem, który od początku do końca serwuje nam wysokiej klasy power metal. Jest sporo ciekawych i chwytliwych melodii, a album kipi pozytywną energią. Słychać, że zespół dobrze się bawi przy tym, w dodatku jest to szczera muzyka prosto z serca. Ja to kupuje.

Ocena: 9/10

niedziela, 11 czerwca 2017

METAL LAW - Hellrider (2016)

W roku 2008 sporym zainteresowaniem cieszył się album „Lawbreaker” grupy Metal Law. Młody band prosto z Niemiec pokazał, że można wciąż grać klasyczny heavy metal z domieszką speed metal, a przy tym dobrze się bawić. Panowie nie kryli zamiłowania do Manowar, Judas Priest, Saxon czy Iron Maiden. Choć było to wtórne i oklepane, to sprawiało sporo frajdy. Szkoda tylko, że w tamtym okresie zespół przepadł po wydaniu tego krążka. W 2016 r jednak panowie wrócili i udało się wydać kolejne wydawnictwo w postaci „Hellrider”. Choć zespół tworzą inni muzycy, to jednak styl i wizja grania klasycznego heavy metalu nie zmieniła się. Z starego składu został wokalista i gitarzysta Karsten Degling, który napędza ten band. Jego wokal jest zadziorny, a zagrywki gitarowe jakby wyjęte z lat 80, co bardzo mi odpowiada. „Hellrider” jest również bardzo energiczny i przebojowy jak „Lawbreaker” , tak więc mamy bardzo udaną i dojrzałą kontynuację. Nieco kiczowata okładka i takie nieco surowsze brzmienie sprawiają, że nowe dzieło Niemców jeszcze bardziej nawiązuje do lat 80. Najważniejsze jest jednak to, że przez ponad 50 minut zespół nie zanudza nas. Po krótkim wstępie zespół atakuje nas mocnym i energicznym „Masquerade”, który oczywiście nawiązuje do starych płyt Judas Priest czy Iron Maiden, ale wychodzi im to bardzo dobrze. Prosty riff i sprawdzone patenty zdają tutaj egzamin. Tytułowy „hellrider” wyróżnia się pomysłowymi i melodyjnymi zagrywkami gitarowymi. Mario i Karsten rozumieją się i razem tworzą zgrany duet i to słychać na każdym kroku. Po względem motoryki, klimatu i partii wokalnych „Thundergod” przypomina największe przeboje Manowar. Jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Kolejny jakże udanym utworem jest energiczny „Lord of Evil” i tutaj więcej jest zaczerpnięte z żelaznej dziewicy. Na pewno warto wyróżnić bojowy i bardziej epicki „In metal We trust”, melodyjny „Power nad glory” czy zadziorny „Invader”, który wieńczy tą płytę. Właściwie każdy utwór jest solidny i potrafi przykuć uwagę słuchacza. Metal Law wrócił i to naprawdę z dobrym albumem, który powinien zainteresować fanów klasycznego metalu.

Ocena: 7/10

sobota, 10 czerwca 2017

ICED EARTH - Incorruptible (2017)

Wielkie zespoły przyzwyczaiły nas do bardzo dobrych albumów, do dzieł skończonych i nie powtarzalnych. To właśnie od tych zasłużonych kapel, które tak wiele wniosły do heavy metalu można wymagać i oczekiwać równie ciekawych wydawnictw co kilkanaście lat temu. Bez wątpienia takim wielkim zespołem jest amerykański Iced Earth, który miał ogromny wpływ na gatunek power metalu. Pokazali, że można świetnie połączyć świat melodyjnego power metalu z brudnym i zadziornym thrash metalem. Gitarzysta Jon Shaffer stał się gwiazdą i jednym z najbardziej utalentowanych gitarzystów i kompozytorów. To on jest liderem tego bandu. miał kilku świetnych wokalistów i mam tu na myśli choćby Matta Barlowa czy Tima Rippera Owensa. Trzeba przyznać, że wraz z przyjściem byłego wokalisty Into Eternity - stu Blocka kapela ożyła. Iced earth znów jest na fali. "Dystopia" to jeden z najlepszych albumów Iced Earth, a "Plagues of Babylon" to nie najgorsza kontynuacja. Po 3 latach przyszedł czas na kolejne dzieło. "Incorruptible" to płyta w podobnej konwencji i stylu co dwa poprzednie albumy, ale nie jest to kalka tamtych dzieł.

Okładka jest po prostu miła dla oka. Jest typowy stwór i dobry dobór kolorów. Przyciąga uwagę, ale jak wiemy to zawartość jest tym co nas najbardziej interesuje. Nie ma mowy o przebojowości z 'Dystopia", też nie czuje ciężaru z "Plagues of Babylon". Miało być ostro na tym albumie, ale jakoś tego nie czuje. Jak się okazuje kawałki, które zespół udostępniał są jednymi z najlepszych na płycie. "Great Heathen Army" jest klimatyczny, podniosły i na swój sposób epicki. Tutaj Iced Earth pokazuje, że można nawiązać do świetnego "Dystopia". Jon wygrywa tutaj mocny i chwytliwy riff, tak więc mamy taki klasyczny Iced earth."Raven wing"jest bardziej stonowany i bardziej toporny, ale brakuje mu kopa i jakiegoś ciekawego motywu. Ot co solidny kawałek, ale bez fajerwerków. Moim faworytem od początku był rozpędzony i złowieszczy "Seven Headed Whore", który przypomina mi "Boiling Point". Niezwykle ostry kawałek, który zapożycza to i owo z "Painkiller" Judas Priest. W takich utworach Stu Block wypada najlepiej. Taki właśnie powinien być cały album. Prawda niestety jest mniej optymistyczna. "Black Flag" zaczyna się niczym utwór Metaliki. Jest spokojny i klimatyczny wstęp, a potem utwór nabiera mocy. Jest heavy metalowo i ciekawe aranżacje potrafią przyprawić o ciarki."The Veil" jest bardziej romantyczny, bardziej balladowy. Jest ciekawy, ale też czegoś mi tutaj brakuje. "The Relic" wyróżnia się na tle innych utworów Iced Earth, a wszystko za sprawą nieco hard rockowego feelingu. Na pewno co tutaj zasługuje na uwagę to złożone i melodyjne solówki. Dalej mamy nieco bardziej przebojowy "Brothers" choć i tutaj mało power metalu i mocy, która jest tak pożądana. Końcówka próbuje zatrzeć zła wrażenie. Pojawia się dynamiczny i power metalowy "Defiance", który również nasuwa na myśl "Dystopia". Taki Iced earth najbardziej mi odpowiada. Na koniec mamy perełkę w postaci "Clear the Way", który twa ponad 9 minut. Sporo się tutaj dzieje i Jon przemycił sporo ciekawych motywów. Utwór jest dopracowany i można zaliczyć go do najlepszych na płycie. Ciekawa linia melodyjna i trafiony refren sprawiają, że utwór zapada w pamięci.

Dlaczego całość nie mogła być jak zamykający utwór? dlaczego tak mało power metalu i ciekawych melodii? Dlaczego płyta jest tak mało przebojowa? Czyżby brak pomysłów? Mimo widocznych wad i tak płyta się broni. Soczyste brzmienie, doświadczenie muzyków, głos Stu Blocka i mocny heavy metalowy materiał. Choć utwory nie są wysokich lotów to i tak mało kto gra na takim poziomie technicznym. Na pewno warto obczaić, choć szykujcie się na rozczarowanie.

Ocena: 7/10

WHITE SKULL - Will of the Strong (2017)

W 2010 r wróciła do White Skull Frederica De Boni i zespół znów wrócił na właściwe tory. Zaczął grać to z czego słynął, czyli dynamiczny i melodyjny power metal z domieszką epickiego metalu. Charakterystyczny wokal Fredericy uczynił ten zespół rozpoznawalnym i jednym z najciekawszych jeśli chodzi o power metal. W 2012 roku włoski band wydał "Under This Flag", który był pierwszym albumem z oryginalną wokalistką od czasów "Tales from the North" i kultowego "PublicGlory, secret Agony", które ukazały w 1999r i 2000r. Wielu fanów na to wydarzenie czekało i rzeczywiście nowy krążek kontynuował to co zespół grał z Fredericą. Płyta była dynamiczna, przebojowa i bardzo power metalowa. Tak o to zespół wydał jeden ze swoich najciekawszych albumów. Minęło 5 lat i White Skull w końcu wydał 10 album studyjny zatytułowany "Will of Strong". Czy udało się utrzymać wysoki poziom poprzedniczki i styl znany nam z "Public Glory, Secret Agony"?

Powrót Fredericy służy white Skull, bo nowy album to znów klasyczny White Skull. Jest duża dawka energii, nie brakuje chwytliwych melodii, wciągających motywów, a wszystkie jest zagrane z polotem i z miłością do power metalu. Zespół nawiązuje do swoich kultowych albumów i to nawiązywanie nie jest nachalne, ale naturalne i takie swoiste. White Skull kontynuuje tam gdzie skończył z Fredericą w 2001 roku. Nowy album jest dynamiczny, bardzo power metalowy i w sumie mamy tutaj same petardy, które kuszą przebojowością i podniosłymi refrenami. Frederica napędza całość swoim niepowtarzalnym wokalem.Tony i Danilo dwoją się i troją by wygrywać pełne szaleństwa i przebojowości solówki. Trzeba przyznać, że każdy riff, który słychać na płycie jest zadziorny i pomysłowe, tak więc nie ma powodów do narzekania. Płytę zdobi taka dość klasyczna okładka, która przypomina tą z "Public glory, secret agony" i to jest dobry powód, żeby sięgnąć po nowy White Skull.

Na płycie znajdziemy 12 kawałków i każdy niesie z sobą coś specjalnego. "Endless Rage" buduje napięcie i wprowadza nas w tajemniczy klimat płyty. Od razu nasuwają się lata 90 i najlepsze płyty White Skull, tak więc to krótkie intro sprawdza się idealnie. Pierwszy na strzał idzie rozpędzony "Holy Warrior" i to jest power metalowa petarda. Chwytliwa melodia, prosty i przebojowy refren,a  do tego złożone i godne uwagi solówki. Nie ma się do czego przyczepić, bo taki White Skull jest zawsze mile widziany. Epickość atakuje nas w rozbudowanym i urozmaiconym "Grace o Malley". Gitary tutaj brzmią po prostu smakowicie. Jest zadziornie, melodyjnie i klasycznie. Najlepsze jest przyspieszenie i wkroczenie chwytliwego refrenu. Kolejny hit White Skull ot co. Płytę promował rozpędzony "Will of the Strong". Dobry wybór, zwłaszcza że kawałek odzwierciedla cały materiał, a także styl white Skull. Dalej mamy 6 minutowy "Lady of Hope", który zaczyna się bardzo epicko, a wszystko dzięki gregoriańskiemu chórowi. Nie brakuje tutaj także elementów stricte power metalowych. Co zwraca tutaj uwagę to partie basu i od razu można poczuć moc tego kawałka. Jednym z ostrzejszych utworów na płycie jest zadziorny "I am your Queen". Allesanro Muscio to nowy nabytek zespołu i w sumie jego partie klawiszowe napędzają bardzo melodyjny "Hope was Wings". Nie ma nudnych kawałków, a apetyt na resztę rośnie z każdą sekundą. Metalowy hymn i White Skull? W sumie czemu nie? "Metal Indian" potwierdza, że zespół radzi sobie w takiej stylizacji. Najspokojniejszym utworem na płycie jest "Sacrifice" i dobrze jest troszkę odpocząć, bo w sumie cała płyta to dynamiczny i przebojowy power metal. Końcówka płyty to przebojów w postaci "Lay over" oraz zadziornego "Warrior Spirit", który przypomina momentami Battle Beast.

White Skull przeżywa drugą młodość i najnowszy album w postaci "Will of the Strong" to tylko potwierdza. Płyta jest równa i bardzo przebojowa. Każdy utwór to właściwe hit i kwintesencja stylu White Skull. Uczta dla fanów power metalu, a także fanów zespołu. Brać w ciemno!

Ocena: 9.5/10

czwartek, 8 czerwca 2017

ORDEN OGAN - Gunmen (2017)

Jest wiele scen heavy metalowych i każda czymś się charakteryzuje i każda ma coś innego do zaoferowania. Jednak mimo wszystko, wciąż ma słabość do niemieckiej sceny metalowej. To właśnie stamtąd pochodzą moje ulubione kapele i najlepsze jest to, że ten kraj wciąż dostarcza nam nowych ciekawych zespołów. Jednym z takich zespołów, który szybko wbił się do grona najlepszych niemieckich zespołów grających heavy metal jest bez wątpienia Orden Ogan. Działają już 21 lat, wciąż zaskakują i pokazują innym, że można grać ciekawie, specyficznie i przy tym wyróżnia się na tle innych. Zespół oczywiście wciąż działa i ostatnie ich albumy są coraz lepsze. "To the End" to był przełom w ich karierze, a "Ravenhead" to jeden z moich ulubionych albumów tej grupy. Najnowsze dzieło w postaci "Gunmen" nie ustępuje pod względem poziomu artystycznego. W czym tkwi klucz do sukcesu Orden Ogan? O to jest pytanie.

Odpowiedzi na to pytanie daleko nie trzeba szukać. Ta kapela po prostu czerpie garściami z kultowych kapel pochodzących z Niemiec. Odświeża co nieco, dodaje trochę od siebie i gotowe. Tak o to narodziła się jedna z najlepszych kapel grających power metal z elementami folk metalu.Mało komu udaje się wykorzystać patenty Running Wild,Blind Guardian, Falconer, Elvenking, czy Gamma Ray. Na "Gunmen" nie ma niespodzianki, bo zespół kontynuuje to co zaczął na "To The End". Tak więc jest masa energicznych riffów, chwytliwych melodii i podniosłych refrenów. Jednym słowem Orden Ogan w najlepszym wydaniu. Sebastian z każdym albumem śpiewa jakby jeszcze lepiej i z większym uczuciem. Odwala tutaj kawał dobrej roboty. W dodatku tworzy z Tobim zgrany i dopasowany duet gitarowy. Ich pojedynki są na wysokim poziomie i tego czasami brakuje na tego typu płytach.

Album promował tytułowy "Gunmen" i to jest prawdziwy metalowy hymn, który na pewno zagości w setliście koncertowej. Energia, ciekawa melodia, zapadający refren i te popisy gitarowe, czyli Orden Ogan w pełnej okazałości. Jeden z najlepszych utworów Orden Ogan i to nie podlega wątpliwości. Dalej mamy nieco urozmaicony "Fields of Sorrow", który przemyca elementy progresywnego metalu i folk metalu. Dalej mamy nieco toporniejszy "Forlorn and forsaken", który jest przyozdobiony ciekawymi melodiami. Kolejny znakomity przebój na płycie i przykład jak grać power metal wysokich lotów.  Fani Running Wild powinni docenić nieco piracki "Vampire in Ghost Town", który imponuje aranżacjami i feelingiem. Nie pierwszy raz zespół robi hołd dla twórczości Running Wild. Liv Kristine pojawia się gościnnie w power metalowej petardzie w postaci "Come with me to the other side", który ma sporo zapożyczeń z starych utworów Blind Guardian. Mamy też podniosły i przebojowy "The Face of silence", który też czerpie garściami z Running Wild czy Falconer. Co może tutaj imponować to ciekawe przejścia między poszczególnymi motywami gitarowymi. Mamy też tutaj treściwy, ale i bardzo klimatyczny "Ashen Rain" czy ostrzejszy "One last Chance", który bliźniaczo przypomina dokonania Persuader. Tak dotarliśmy do punktu kulminacyjnego, czyli "Finis Coronat Opus". 8 minutowy kolos, który idealnie wieńczy ten znakomity album.

Orden ogan znów to zrobił! Nagrał kolejny świetny album, który potrafi oczarować klimatem i  dynamiką. Nie każdy nagrywa takie albumy jak Orden Ogan i nie każdemu udaje się zabrać słuchacza do najlepszych lat Blind Guardian czy Running Wild. Wielki szacunek i najlepsze jest to, że niemiecka scena metalowa kryje wiele takich świetnych kapel. Jak tu można nie przepadać za tym rejonem metalowej sceny?

Ocena: 9.5/10

ETERNAL FEAR - Killing Time (2017)

Kto by pomyślał, że szwedzki band o nazwie Eternal Fear zajdzie tak daleko? Mało kto obstawiał, że zespół przetrwa 22 lata działalności  i nagra 5 studyjnych albumów. Robi to ogromne wrażenie i napawa optymizmem, jeśli chodzi o przyszłość tej kapeli. Najnowsze dzieło w postaci "Killing Time" to nie podważalny dowód na to, że Eternal fear grać potrafi i to na wysokim poziomie. Idealny przykład, że można grać klasycznie, ale zarazem nowocześnie i z przytupem. Jest to nie lada gratka dla fanów mrocznego heavy metalu, w którym przeplatają się elementy power metalu, thrash metalu czy stooner rocka.

Kapela działa od 1995 r i wypracowała pewne swoje schematy i sprawdzone elementy. Mroczny klimat, soczyste, nieco przybrudzone brzmienie, ostre riffy czy specyficzny wokal Ove Johnssona. Jak ktoś lubi nowoczesne brzmienie, które ma być ostre i mocarne, ten bez wątpienia po lubi to jak brzmi dzieło szwedów. Mocnym punktem zespołu jest Ove Johnsson, który brzmi jak zagubiony wokalista Bloodbound. Niezwykła technika i umiejętność przechodzenia z wysokich rejestrów w niskie. Bez wątpienia to właśnie Ove napędza muzykę Eternal Fear. Sekcja rytmiczna jest dynamiczna i zgrana, zaś gitarzyści dają niezłego czadu. Stawiają na dobrą zabawę, ciekawe melodie i urozmaicone riffy. Dzięki temu płyta nie jest na jedno kopytu i nie przynudza.

Płytę otwiera słynne już wycie syreny i tak o to zaczyna się pierwszy killer w postaci "Thy will be done". Ciekawa mieszanka stylów Judas Priest, Nightmare, czy Iced Earth.  Imponujące dźwięki nas atakują. Riffy są mroczne, ciężkie ale i bardzo melodyjne. Tak powinno się grać heavy metal na miarę naszych czasów.  Stooner rocka gdzieś wybrzmiewa w melodyjnym "Age of Glory", choć nie brakuje tutaj elementów power metalowych. Kolejny mocny i zadziorny kawałek, który pokazuje że Eternal Fear zna się na rzeczy. Trzeci utwór to "black Country" i tutaj wkraczamy w rejony thrash metalu to i nie brakuje skojarzeń z Artillery, Overkill, czy Iced Earth. Zespół ponoć lubi inspirować się twórczością Black Sabbath i słychać to poniekąd w melodyjnym "The Shadow". Tytułowy "Killing Time" jest stonowanym, marszowym i ponurym kawałkiem. Sam motyw i konstrukcja utworu jest intrygująca i na długo zostaje w głowie. "Halls of Odin" to najbardziej rockowy kawałek i w nim jest najwięcej patentów z stoner rocka. Niezwykle przebojowy i melodyjny utwór. "Child of Darkness" to kolejna petarda i kolejny kawałek o thrash metalowej naturze. Dobra  melodia to połowa sukcesu do uzyskania przeboju. Taką na pewno mamy w energicznym "Evil Ways". Całość zamyka mroczny i wciągający "Chamber of Lies", który również jest miłą wycieczką w rejony znane nam z płyt Black Sabbath.

Ktoś pomyśli sobie, że to kolejna płyta z serii jedna z wielu, jednak tutaj zespół zaskakuje i stara się wyróżnić na tle innych płyt z roku 2017. Jest melodyjnie, jest mrocznie, ciężko, czasami thrash metalowo, czasami nawet rockowo, ale wszystko jakoś tak nowocześnie podane. Niby płyta z kręgu heavy metalu, ale jakoś tak wyróżnia się na tle innych płyt tego typu z roku 2017. Czas zagłębić się w twórczość Eternal fear bardziej dokładniej, bo jest to prawdziwy diament, który mógł nie którym umknąć.

Ocena: 9.5/10

HOLLOWSTONE - Walking between the worlds (2016)

Jakoś nigdy wcześniej nie natknąłem się na amerykański Hollowstone, pomimo że mają na swoim koncie dwa albumy i działają od 2008 roku. Nadarzyła się w końcu okazja bo zespół wydał najnowszy krążek w postaci „Walking Between The Worlds”, który ukazał się w 2016 r. Zespół stara się grać power metal wplątując w to progresywny rock, heavy metal czy symfoniczny metal. Mieszanka dość odważna i w sumie różnie to się kończy. Raz sukcesem, a raz niepowodzeniem. Sami muzycy grać potrafią i wiedzą jak przyciągnąć uwagę słuchacza. Przykładem jest wokalistka Chelsea Wratchild, która potrafi śpiewać w wysokich rejestrach i momentami zadziornie. To ona jest motorem napędowym zespołu. Najnowsze dzieło nie jest może czymś nadzwyczajnym, ale może wciągnąć fanów symfonicznego power metalu czy też fanów progresywnego metalu. Klimatyczna okładka i soczyste, mocne brzmienie to nie jedyne plusy „Walking Between the worlds”. Zawartość też nie wiele odstaje i potrafi przekonać słuchacza do tego co oferuje zespół. Zaczyna się wyśmienicie bo od rozpędzonego „The dreaming city”, w który dzieje się sporo. Zespół tutaj wtrącił zagrywki neoklasyczne, symfoniczną podniosłość i progresywność które przejawia się w partiach gitarowych. Power metal też da się wyczuć. W „Time” zespół ociera się o progresywny rock i swoje robią klawisze, które dodają klimatu Deep Purple. Nieco ostrzejszy i mroczniejszy jest „Into oblivion” , który pokazuje że zespół potrafi grać nowocześnie. „Battle Cry” to nie cover Judas Priest, choć nie brakuje elementów wyjętych z twórczości Brytyjczyków. Bardzo podoba mi się marszowy, epicki i bardziej urozmaicony „Festival of Souls”, w którym zespół znakomicie miesza wszelkie elementy z poprzednich kawałków. „Dissapear” z nutką death metalu przypomina twórczość Epica. Jest to kolejny ostrzejszy kawałek na płycie. Całość zamyka klimatyczny i ponury „lost soul of the asylum”. Bardzo specyficzna płyta, która znajdzie swoje wąskie grono fanów. Mamy tutaj klimat, ciekawe i bardziej złożone kompozycje, gdzie melodie nie są wcale takie proste. Jednak wszystko jest ładnie i pomysłowo rozegrane. Każdy kto lubi symfoniczny metal czy progresywny metal powinien zapoznać się z Hollowstone.

Ocena: 7/10