sobota, 17 lutego 2018

AMBERIAN DAWN - Darkness of eternity (2017)

Okładka najnowszego dzieła fińskiej formacji Amberian Dawn mówi uciekaj i nie sięgaj po ten album. Bije z niej kicz i popowy charakter, co nieco odstrasza. Jednak zespół znam i poprzednie wydawnictwa utkwiły głęboko w pamięci i często się po nie. Znają się na symfonicznym power metalu z domieszką neoklasycznego power metalu, co już dostarcza sporo frajdy słuchaczowi. Muzyki w stylu starego Dark Moor, Nightwish czy Iron Mask są jak najbardziej pożądane. Nowy krążek zatytułowany "Darkness of Eternity" jest typowy dla tej formacji, czyli nie brakuje szybkich galopad, przebojów, chwytliwych melodii i neoklasycznych patentów.  Motorem napędowym zespołu jest bez dwóch zdań wokalistka Capri, która ma nieco operowy wokal, troszkę taki podniosły, co dodaje smaku całości. Z kolei Tuomas i Emil dbają o ciekawe partie gitarowe i mocne doznania. To jak brzmi całość zdradza energiczny "I'm the one", który ukazuje w jak dobrej formie jest zespół. Nie brakuje nutki komercyjności, co potwierdza "Sky is falling" czy spokojny "maybe". Uwagę zwracają bez wątpienia bardziej power metalowe kompozycje typu"Golden Coins", melodyjny "Abyss" czy przebojowy "Ghostwoman". Jak ktoś lubi takie klimaty, ten szybko polubi najnowsze dzieło finów. Nie jest to może album, który podbije notowania roku 2017, ale ma w sobie coś co czyni go klimatycznym i wartym uwagi.

Ocena: 7/10

środa, 14 lutego 2018

OZ - Transtion State (2017)

Zmiany personalne mogą być zwiastunem czegoś złego w zespole, a czasami może wprowadzić ożywienie do kapeli i wnieść powiew świeżości. Kultowy fiński band o nazwie Oz przeżył nie tak dawno bo w 2010 reaktywację i powrót po latach, żeby potem ulec rozpadowi. Perkusista Mark Ruffneck postanowił dalej tworzyć i grać z Oz. Zebrał nowy skład i nagrał z nowymi muzykami nowy album w postaci "Transition State". Oz kontynuuje swoją przygodę z klasycznym heavy metalem i rozwija patenty, które wypracował jeszcze w latach 80. Piękne jest to, że lata lecą, ludzie w zespole się zmieniają, a Oz dalej gra na wysokim poziomie i wciąż nas zaskakuje. Mroczna i prosta okładka robi smaka na zawartość, która jest idealnie wyważona. Nutka szaleństwa, sporo ostrych riffów, dynamika i masa chwytliwych przebojów. Brzmienie jest takie zadziorne i wzorowane na latach 80, przez co album brzmi oldschoolowo i tak klasycznie. Vince Kojvula świetnie sprawdza się w roli wokalisty. Brzmi jakby był w zespole od dawna i do tego jego specyficzna charyzma, która współgra z klimatem lat 80. Warto też wspomnieć o Johnym i Juzzym, którzy dwoją się i troją by zabawić słuchacza. Miło się słucha ich pojedynków na solówki. Nie brakuje hard rockowych patentów co pokazuje otwierający "Bon Crusher" czy energiczny "Restless". Dalej mamy kolejny hit w postaci "Heart of the beast", który trąci mocno WASP. Echa NWOBHM mamy w prostym "drag you to hell". Na płycie roi sie od mocnych, prawdziwych heavy metalowych killerów i agresywny "The witch" to potwierdza. Nie zabrakło też spokojnej ballady i w tej roli sprawdza się klimatyczny "The Mountain". Całość zamyka marszowy "We'll never die". Wszystko potwierdza, że nowy Oz jest wysokiej klasy. Płyta wyrównana, dynamiczna i klasyczna. Warto znać!

Ocena:8.5/10

sobota, 10 lutego 2018

PANZER - Fatal Command (2017)

W roku 2014 został powołany niemiecki Panzer i to z inicjatywy dwóch muzyków Accept : Hermana Franka, Stefana Schwarzmanna oraz Schmiera z Destruction. Herman faktycznie mógł się w końcu wyszaleć po okresie tłumienia się w Accept. Debiutancki album "Send them all to Hell" okazał się świetną mieszanką teutońskiego heavy metalu i thrash metalu. Herman wygrywał ostre i bardzo zadziorne riffy, Stefan dbał o dynamikę, a Schmier swoim wokalem nadał całości agresji. Niestety Herman odszedł, a Schmier musiał wezwać posiłki. Do grupy dołączył V.O Pulver z Poltergeist oraz Pontus Norgen z Hammerfall. Z takim składem powstał "Fatal Command". Płyta jest o tyle ciekawa, że kontynuuje to co zespół zaczął, a z drugiej strony jest bardziej dojrzała i bardziej melodyjna. Schmier przejął dowodzenie to i płyta ma więcej znamion thrash metalu. Soczyste, agresywne brzmienie tylko to uwydatnia. Już promujący album "Satans Hollow" pokazuje, że zespół jest pewny swoich możliwości. Jest agresja, power i fani accept, destruction czy Headhunter szybko się odnajdą wtej wybuchowej mieszance. Tytułowy "Fatal Command" to taki rasowy, niemiecki heavy metal. Dwóch gitarzystów też zmieniło brzmienie i jakość Panzer, co słychać na każdym kroku. Bardzo dobrze to potwierdza melodyjny "Scorn and Hate" czy power metalowy "Afflicted". Sporo jest mocnych killerów i jednym z moich faworytów jest "Bleeding Allies"w który gitarzyści dają niezłego czadu. Ciarki przechodzą kiedy wkracza prawdziwy ciężki walec w postaci marszowego "The decline...(and the Downfall)". Na koniec mamy jeszcze petardę w postaci "Promised land". Płyta nie ma słabych punktów i tylko pokazuje jak znakomitym muzykiem jest Schmier, który odnajduje sie nie tylko w thrash metalu, bo i heavy metal wysokiej klasy potrafi tworzyć. Gorąco polecam!

Ocena: 8.5/10

piątek, 9 lutego 2018

VISIGOTH - Conquerors oath (2018)

Wystarczyło 8 lat by nikomu nie znany Visigoth stał się jednym z najbardziej wyjątkowych zespołów w kręgu heavy metalu. Band idzie w ślady Manilla Road, Omen czy nawet Grand Magus. Ich muzyka to mieszanka takie typowego true heavy metalu i amerykańskiego heavy/power metalu. Niby młoda kapela, która działa od 2010 r i ma na swoim koncie tylko dwa albumy, a pokazują jak są dojrzałym bandem i jak śmiało sięgają po patenty z lat 80. Do tego wszystkiego dochodzi tematyka mitologii, fantasy czy rycerska. To idealna mieszanka, zwłaszcza jak ktoś pała miłością do amerykańskiej sceny metalowej. Długo wyczekiwany drugi krążek o nazwie "Conqueror;s Oath" to album, który z jednej strony rozwija patenty z debiutu, ale przede wszystkim jest lepszy pod wieloma względami. Na plus jest na pewno nieco krótszy czas trwania i bardziej treściwe kawałki. Duża przebojowość i precyzja w aranżacjach. Tutaj nie ma miejsca na przypadek. Wszystko jest idealnie dopasowane. Począwszy od klimatycznej okładki, przez przybrudzone brzmienie, kończąc na przemyślanym materiale. Sukces tej kapeli tkwi przede wszystkim w charyzmatycznym wokaliście Jake'u Rogersie, który nadaje całości epickości i tego amerykańskiego klimatu. Jamison i Leeland z kolei dbają o aspekt instrumentalny. W tej sferze mamy różnorodność i znajdziemy bardziej złożone riffy, jak i te dynamiczne i bardzo zadziorne. Nie ma mowy o nudzie. Płytę tworzy 8 utworów i w sumie każdy z nich ukazuje piękno tej kapeli. "Steel and Silver" to klasa sama w sobie. Melodyjne wejście gitar, a potem marszowe tempo i ta epickość, która wybrzmiewa na każdym kroku. Jednak w czasach różnych dziwactw i eksperymentów można stworzyć heavy metal w najlepszej okazałości. Dalej mamy rozpędzony "Warrior Queen", który idealnie promował cały album.Energiczny riff i hard rockowy feeling idealnie się tutaj sprawdza. Jeszcze szybciej i jeszcze więcej iron maiden mamy w dynamicznym "Outlive them all". Kompozycja pod względem przebojowości i dynamiki nasuwa poniekąd amerykański heavy/power metal.Marszowy "Hammerforged" to ukłon w stronę bardziej doom metalu i graniu spod znaku Grand Magus. Zespół potrafi zaskoczyć swoim rozbudowanymi kawałkami i ta "Traitors Gate" imponuje klimatem i napięciem. Od samego początku słuchacz jest trzymany w napięciu. Klimatyczne, balladowe wejście, a potem przyspieszenie i jazda bez trzymanki. Czuje się jakbym cofnął się w czasie i słuchał płyty z lat 80. Z kolei w "Salt City" można poczuć nieco punkowy klimat, który idealnie się tutaj sprawdza. Sam styl nieco przypomina kultowy "Running Free" Ironów.  Kolejną petardą na płycie jest "Blades in the night" i znów zespół rzuca nas na kolana. Co za energia, co za popisy gitarowe. Całość zamyka podniosły i epicki "The conqueror;s Oath". 8 utworów szybko mija, ale wrażenia z odsłuchu pozostają na długo z słuchaczem. Z jednej strony jest świeżość, jest klimat i patenty z poprzedniej płyty, ale wszystko jest bardziej dojrzałe, jest więcej hitów no i zespół oddaje to co najlepsze w amerykańskim heavy/power metalu. Płyta jest idealna i może śmiało konkurować o tytuł płyty roku! warto czekać na takie perełki.

Ocena: 10/10

SUBSTRATUM - Premission to Rock (2018)

"Permission to Rock" to drugi album amerykańskiej formacji Substratum. Amerykańska band działa od 2013 r i skupiają się na graniu heavy metalu z domieszką glam metalu i hard rocka. Czerpią garściami z Twisted Sister, Scorpions czy Judas Priest. Choć kapela jest młoda to mocno wzoruje się na latach 80 i nie kryje swoich inspiracji. W 2016 roku wydali bardzo dobry debiut w postaci "Substratum" i teraz po dwóch latach przyszedł czas na kontynuację w postaci "Permission to Rock". Jest to album bardzo hard rockowy i bardzo klasyczny w swojej formule. Mocnym atutem tej kapeli jest wokalistka Amy Lee Carlson, które jeszcze bardziej przybliża nam złote czasy Helion czy Steelover. Śpiewa agresywnie, ale słychać w tym też miłość do metalu i lat 80. Substatum opiera się nie tylko na wyrazistym wokalu Amy, ale też na zadziornych i zgranych popisach gitarzystów Jonnego i Maxa. Stawiają na proste motywy i klasyczne rozwiązania, przez co płyta zyskuje na jakości. Okładka frontowa jak i brzmienie zostały ukształtowane na lata 80 i jest to zgrane z tym co słychać na płycie. Otwieracz "Rough Rider" przyprawia o dreszcze i na taki heavy metal w stylu lat 80 zawsze jest zapotrzebowanie. Niby brzmi to jakby było przemielone kilka razy, ale i tak wpada w ucho i rzuca na kolana. 7 minutowy "Cemetery of State" to bardziej toporny kawałek i skierowany do fanów Accept czy Judas Priest. Riff jest tutaj bardzo zadziorny i rytmiczny. Melodyjny "Locked and loaded" to bardziej chwytliwy kawałek, który ukazuje przebojowy aspekt tej płyty. Kolejnym ukłonem w stronę niemieckiego heavy metalu jest toporny "Exxtremer", który kusi mrocznym klimatem. Z kolei fani Iron Maiden mogą pokochać rozpędzony "Zero to infinity". Bardzo dobrze wypada też marszowy "The source of all creation". Jest to kompozycja bardziej w stylu amerykańskim i ukazuje dorobek tego kraju w heavy metalu. Całość zamyka hard rockowy hit w postaci "Up on wheels". Takie płyty to ja kocham. Szczere, czyste heavy metalowe granie z klimatem lat 80. Do tego jeszcze wisienka na torcie w postaci wokalistki Amy. Cały materiał kipi energią i pomysłowością. Niby to wszystko było, ale wciąż dostarcza sporo frajdy. Kolejna płyta na którą warto zwrócić uwagę w tym roku!

Ocena: 8.5/10

REAPERS REVENGE - Virtual Impulse (2018)

Niemieckie kapele zawsze mi imponowały. Zespoły z tamtego rejonu cechuje niezwykła pracowitość, dbałość o detale i nacisk na wysoki poziom muzyki. Zawsze można liczyć na ostre riffy, chwytliwe refreny i taką jazdę bez trzymanki. Młody Reapers Revenge to kapela, która działa od 2013 r i od tamtego czasu błysnęła debiutem "Wall of fear and darkness". Teraz po 4 latach formacja wraca z nowym dziełem zatytułowanym "Virtual impulse". Jest to płyta skierowana do maniaków heavy/power metalu, do słuchaczy, którzy cenią sobie jakość i ciekawe kompozycje. Znajdziemy tutaj zarówno mocne riffy, ciekawe popisy gitarowe autorstwa Christophera i Phillipa. To płyta dynamiczna, bardzo metalowa, pełna atrakcyjnych melodii i wpadających w ucho motywów. Słychać inspiracje kolegów po fachu tj Primal Fear czy  Skanners. Mocnym atutem jest bez wątpienia charyzmatyczny wokalista Christian Bosl, który nadaje całości agresji i wyrazistości. Ciężko tutaj o słabe punkty, bowiem w każdym calu ta płyta jest udana. Brzmienie podkreśla agresywność kawałków i podkreśla auty instrumentalistów. "Just a second" to prosty i łatwo wpadający utwór heavy metalowy. Nawiązania do lat 80 są słyszalne, aczkolwiek zespół chce to podać w własnej formie. Tytułowy "Virtual Impulse" wyróżnia się ciekawymi partiami gitarowymi, zwłaszcza główny riff jest tutaj bardzo uroczy. Dalej zostajemy w mocarnym heavy metalu rodem z płyt Primal fear. Jeszcze więcej nawiązań do Primal fear mamy w zadziornym "Bringer of light". To jest taka wizytówka tej płyty i definicja tego co gra zespół. Nie odnajdziemy tutaj czegoś nowego, są za to znane motywy gitarowe i taki "The reapers dance" brzmi znajomo. Panowie znakomicie przenoszą klimat niemieckiego heavy metalu. Spokojniejszym kawałkiem jest "Two of me", który ukazuje bardziej rockowe oblicze kapeli. To pokazuje, że w każdej formie potrafią się odnaleźć. Z kolei jednym z najszybszych utworów na płycie jest power metalowy "Brainwashed". Niezwykle agresywny i dynamiczny kawałek, który potrafi rzucić na kolana. Równie ciekawy jest energiczny "Storm of Damnation" czy "Go your own way", które idealnie nawiązują do twórczości Paragon. Każdy utwór na tej płycie jest warty uwagi. Soczyste brzmienie, dobrze zgrany band i materiał, który jest z górnej półki dają sporo frajdy i czynią ten album jednym z najciekawszych w tym roku. Gorąco polecam.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 8 lutego 2018

DEATH KEEPERS - Rock This World (2018)

Czas na jakiś debiut roku 2018. Moja propozycja to hiszpański Death Keepers, który działa od 2011r. Nie tylko ujęli mnie chwytliwą nazwą kapeli, czy swoim umiejętnościami, ale bez wapienia swoim debiutanckim albumem o nazwie "Rock This World". To płyta do bólu wtórna i pełna inspiracji wielkich kapel typu Helloween, Def Leppard, Krokus, Iron Maiden czy Judas Priest.Zespół młody zgrany i wie co chce grać. Klasyczny heavy metal z wyraźnymi wpływami power metalu czy hard rocka, a wszystko na zwór kapel z lat 80. Niby nic nowego, ale zawsze miło widzieć kolejną kapelę, która idzie w ślady White Wizzard, Skull Fist, czy  Vulture.  Edy i Antonio tworzą zgrany duet i wygrywają proste i bardzo chwytliwe solówki, które są piękną ozdobą albumu. Wszystko zagrane z luzem i miłością do lat 80. Nawet wokalista Dey Rus brzmi jakby urodził się w latach 80. Śpiewa czysto i z taką charyzmą, która kojarzy się nieco z frontmanem Def Leppard. Materiał jest zróżnicowany, ale jednocześnie bardzo wyrównany. Na start mamy "Rock& roll city", który ma coś z Def Leppard, coś z Krokus czy Judas Priest. Bardzo udana mieszanka heavy metalu i hard rocka. Wystarczy prosty, godny zapamiętania riff i wokalista, który od razu zwraca swoją uwagę. Marszowy "Fireangel" to kompozycja bardziej stonowana, ale jakby bardziej przebojowa. Tutaj słychać echa Saxon, def Leppard czy nawet Scorpions. Lata 80 wybrzmiewają tutaj cały czas i to jest piękne. Power metal i nutka helloween jest rozpędzonym "Death Keepers". Utwór cechuje się ciekawą melodią i szybkim tempem. Znów lata 80 dają o sobie znać. W "Havens heaven " mozna doszukać się elementów Helloween jak i Iron Maiden. Znów energiczna petarda, która dodaje nieco powera płycie.  Tytułowy "Rock this World" to hard rockowy hit, który nawiązuje do złotej ery Krokus, czy Def Leppard. Niezwykły klimat bije z instrumentalnego "Thriving Forecast". Jestem fanem "Defenders of the faith" Judasów i takie nawiązanie do "Jawbreaker" w "Wildfire" uważam za spory plus. Sam utwór imponuje aranżacjami i atrakcyjnymi melodiami. Całość zamyka spokojny "Smooth hit love", który ukazuje rockowe oblicze Death Keepers. Nie doszukałem się słabych punktów na tej płycie. Choć wszystko już było przed laty, to jednak Death Keepers bardzo fajnie to wykorzystał dla swoich potrzeb i wyszedł z tego naprawdę udany debiut. Dla fanów heavy metalu lat 80 płyta obowiązkowa.

Ocena: 9/10

ARMORED DAWN - Barbarians in black (2018)

Armored Dawn powraca po dwóch latach przerwy z nowym albumem zatytułowany "Barbarians in Black" i jest to kolejna propozycja z Brazylii w tym roku. Nie ma zmian personalnych, ani też stylistycznych, bowiem band dalej gra swoje czyli heavy/power metal w takiej bardziej epickiej formie. Całość podana jest w nowoczesnej oprawie, tak więc nie brakuje nieco brudu w brzmieniu, czy agresywniejszych riffów. Band działa od 2011r i póki co mają na swoim koncie całkiem udany debiut. Można doszukać się wpływów Orden Ogan czy Angra. Band stawia na zróżnicowanie i bardziej wyszukane melodie, to też nowa płyta nie jest aż taka łatwa w odbiorze. Na pewno kawał dobrej roboty odwalają gitarzyści - Tiago i Timo w agresywnym "Bewere of the dragon". Niezwykle podniosły utwór, ale też naszpikowany energią i agresją, co słychać po znakomitym riffie. Przebojowy "Bloodstone" to utwór, który aranżacjami i klimatem przypomina dokonania Orden Ogan. Wartym uwagi na pewno jest power metalowy killer  w postaci "Chance to live again", który ukazuje jak grać nowocześnie podany power metal. Swój popis wokalny ma tutaj Eduardo, który jest głównym motorem napędowym Armored Dawn. Dobrze też wypada melodyjny "Eyes behind the Crow", który ma coś z twórczości Nightmare czy Primal Fear. Mocna kompozycja, które nieco urozmaica cały materiał. Heavy metalowy hymn to idealne określenie do kompozycji "Gods of Metal". Bije z niego niezła epickość i taka szczerość. Dobry hołd dla heavy metalu.Całość zamyka bardziej progresywny "Barbarians in Black".  Armored Dawn nagrał solidny album, ale nieco gorszy niż poprzednik. Jest agresja, nutka nowoczesności, jest epicki metal, ale całościowo dalekie to od ideału. Brakuje mocnego uderzenia, bardziej wyrazistych kompozycji. Płytę można obczaić z ciekawości, ale nie ma co oczekiwać płyty roku.

Ocena: 6/10

ANGRA - Omni (2018)

"Omni" to 9 album brazylijskiej formacji Angra. To album, którego historia nawiązuje do "Temple of Shadows" czy "Rebirth". Choć jest kilka utworów, które może by pasowały do tamtej ery, to jednak "Omni" to swoista kontynuacja "Secret Garden". Można odnieść wrażenie, że Angra bardziej rozwija aspekt progresywny aniżeli power metalowy. Właśnie do fanów progresywnego heavy metalu jest skierowany najnowsze dzieło Angra. Dziwnie to wszystko brzmi, kiedy w zespole nie ma już ani Edu Falashiego ani Andre Matosa. Gdzieś zespół zatracił swój charakter. Nie pomaga nawet obecność Kiko w roli gitarzysty, czy nawet wokal Fabio Lione. Zespół jest doświadczony i potrafi grać muzykę wysokich lotów, tylko jakieś to wszystko bez tej ikry i bez tego czegoś, co było na starych płytach. "Omni" to płyta progresywna, klimatyczna na swój sposób i bardzo zróżnicowana. Każdy znajdzie coś dla siebie.  Fani starych płyt i "Temple of  Shadows" na pewno pokochają rozpędzony otwieracz w postaci "Light of Transcedence", który kipi energią. Ten utwór imponują złożonymi partiami gitarowymi i melodyjnością. Rafeal, Marcelo i Kiko dają czadu i pod wzgledem gitarowym na płycie dzieję się sporo. Panowie bawią się motywami i tempem, przez co płyta jest niezwykle urozmaicona. Gdyby cała płyta była w takim klimacie, to byłbym w pełni zadowolony.  Więcej mroku i agresji mamy w "Travels of Time". Słychać, że utwór jest bardziej progresywny i bardziej złożony. Sandy i Alissa White- Gluz występują gościnnie w "Black widow's web", przez co brzmi bardzo nie typowo. Wyszło agresywnie, może nieco nowocześnie, ale dalekie to od Angry z starych płyt. Na pewno warto zwrócić uwagę na podniosły "Insania", który imponuje chórkami i nieco rockowym obliczem. Kolejnym przejawem power metalu jest rozpędzony "War Horns" i zespół bardziej mi się podoba w takiej wersji. Więcej Brazylii na pewno mamy w orientalnym "Caveman" czy rozbudowanym "Magic Mirror". Na płycie też znalazło się miejsce dla kolosa w postaci "Silence inside" czy spokojnego, wręcz filmowego "Infinite Nothing". Dobry początek, dobra promocja albumu, a jednak czuję rozczarowanie. Brakuje mi tutaj ducha Angra, brakuje mi kopa i takiej przebojowości z "Temple of shadows". Pozycja skierowana tylko do maniaków zespołu.

Ocena: 5.5/10

BLAZE BAYLEY - The redemption of william black (Infinite Entanglement part III)

2 marca roku 2018 swoją premierę będzie mieć trzecia część trylogii Blaze Bayley'a. Co ciekawe "Infinite Entanglement" okazał się ciekawą wciągającą historią sience fiction, a w dodatku stał się jednym z najlepszych przedsięwzięć tego wokalisty. Blaze dał się poznać za sprawą Wolfsbane, a sławę przyniósł mu okres w Iron Maiden. W solowym bandzie rozwija patenty z tych zespołów. Gra heavy metal w brytyjskim wydaniu. Myślałem, że po wydaniu udanego "Promise and Terror" Blaze nie wyda już nic równie wartego uwagi. Moje obawy potwierdził nudny "The king of metal" i dopiero ta trylogia pokazała, że Blaze potrafi jeszcze stworzyć materiał, który może namieszać w metalowym światku. "The Redemption of william Black" to finał tej jakże udanej trylogii, która jest imponująca pod względem poziomu muzycznego. Nie ma słabych utworów na tych albumach i w zasadzie od początku do końca trzymają w napięciu. Blaze zadbał nie tylko o warstwę instrumentalną, ale też o przebojowość na tych płytach. Można odnieść wrażenie, że to dowód na to, że Blaze na swoim 9 albumie pokazuje to co najlepsze i podsumowuje swoją karierę. Znajdziemy na nowym albumie wszystkie te patenty, które Blaze pokazał przez lata. Pierwsze dwie części były niezwykle udany i oddawały to co najlepsze w heavy metalu. Były dynamiczne, energiczne i bardzo melodyjne, a więc duch Iron Maiden był wszech obecny. Trzecia część w niczym nie ustępuje poprzednim częścią, a jeszcze bardziej uwydatnia zalety znane z poprzednich płyt. Blaze stworzył ten album w współpracy z Chrisem Appletonem, który jest znany z kapeli o nazwie Absolva. Płytę promował "Prayers of Light", w którym gościnnie pojawia się Fozzy. Prosty utwór, z bardzo chwytliwymi melodiami, zapadającym refrenem i do tego ta przebojowość rodem z wczesnych płyt Iron Maiden. Nie brakuje też różnorodności gości, bowiem mamy też Liz Owen w mrocznym "18 days", który ukazuje bardziej progresywne oblicze płyty. Dużo tutaj dynamicznych, pełnych energii petard heavy metalowych. Już na samym starcie mamy hit w postaci "Redeemer", który przypomina mi czasy "Virtual XI". Jeszcze lepiej brzmi rozpędzony "Are You Here", który pokazuje jak dobrze współgra sekcja rytmiczna tworzona przez Martina Mcnee (perkusja) i Karla Schramma (bas). Popisy solowe Chrisa są tutaj imponujące. W "Immortal One" jest podniosłość, jest nutka progresji i mroczny klimat, tak więc kolejna ciekawa kompozycja na tej płycie. Sporo przejść i urozmaiceń jest w tym kawałku jak najbardziej na plus."The first true sign" ma bardzo atrakcyjne partie gitarowe, choć same tempo jest bardziej stonowane.  Nie mogło zabraknąć również na tej płycie ujmującej ballady, a taką z pewnością jest "Human Eyes". Nawet dobrze wypada Blaze w bardziej hard rockowym "Arleady Won". Końcówka płyta znów przyspiesza bicie serca, bo znów jest heavy metalowa jazda bez trzymanki. Pojawia się energiczny "The dark side of black", który nawiązuje do twórczości Irron Maiden. Tempo i popisy gitarowe są tutaj naprawdę imponujące. Całość zamyka 9 minutowy kolos " Eagle spirit", który ukazuje że Blaze wciąż potrafi tworzyć dłuższe kawałki. Bardzo fajnie jest budowane napięcie i przeplatają się różne motywy. Dzieje się sporo i na pewno nie można narzekać na nudę. Szkoda, że to ostatnia część trylogii, bo te trzy płyty są naprawdę świetne i razem tworzą skończone dzieło. Mamy tutaj wszystko z czego znany jest Blaze, ale jest też coś nowego. Jest trochę progresji, trochę mroku, no i science fiction. Blaze jest w szczytowej formie. "The redeption of william black" to bardzo dobry album heavy metalowy, który na pewno zadowoli fanów Blaze'a, Ironów jak i samego gatunku. Ta płyta może namieszać w tym roku.

Ocena: 8.5/10

środa, 7 lutego 2018

STARBLIND - Never Seen Again (2017)

"Never seen again" to już trzeci krążek szwedzkiej formacji Starblind.  Działają od 2013 r i szybko zostali okrzyknięci szwedzkim Iron maiden. Stawiają na klimat lat 80, na proste patenty, na szybkość i przebojowość, wykorzystując techniki wypracowane przez żelazną dziewicą. Za grosz tutaj oryginalności, ale nie o to tutaj chodzi, lecz o dobrą zabawę. W tej kategorii nowe wydawnictwo sporo zyskuje. W zespole jest nowy wokalista, a mianowicie Marcus Olkerud, który jest znany nam z ery w Rocka Rollas. Band w najlepsze nawiązuje do czasów "Piece of Mind" co słychać w chwytliwym "pride and  glory", a wystarczy wsłuchać się w główny riff. Bjorn i Johhan z lekkością wygrywają ciekawe i wciągające motywy. Jest zróżnicowanie i sporo zmian temp, co świetnie potwierdza bardziej klimatyczny"Eternally bound", który jest bliższym ostatnim dziełom Iron maiden. Rozpędzony "Tears of Soldier" to taki wypisz, wymaluj "The Trooper". W podobnej stylistyce jest energiczny "Avarice", tak więc nie brakuje na płycie prawdziwych petard. Całość zamyka bardziej rozbudowany "The last Stand". Mamy sporo ciekawych dźwięków i udaną kopię Iron maiden, choć czasami może być to za mało, żeby w pełni rzucić słuchacza na kolana. Przyjemna płyta do posłuchania i to chyba tyle, jeżeli chodzi o jej wartość. Debiut miał fajny klimat, a dying son to był dojrzały album, tutaj jest jednak rozczarowanie. Szkoda.

Ocena: 5.5/10

poniedziałek, 5 lutego 2018

SAXON- Thunderbolt (2018)

"Thunderbolt" to 23 krążek w 40 letniej karierze brytyjskiej formacji Saxon. Cyfry są imponujące, zresztą wiele dałbym, że wiele kapel z lat 80 miało taką statystykę i żeby jeszcze przy tym trzymali taki wysoki poziom muzyczny jak właśnie Saxon. Ostatnie wydawnictwa tej kapeli to kawał porządnego heavy metalu. Niby dalej są wierni swoim patentom i rozwiązaniom z okresu NWOBHM, to jednak pod okiem Andiego Snepa w roli producenta band wykorzystuje patenty z obecnego rynku heavy metalowego. Nie brakuje mrocznego klimatu, zadziornych riffów, czy atrakcyjnych melodii, a przy tym jest gdzieś troszkę polotu i świeżości. Nie tak dawno panowie z Saxon wydali perełkę "Sacrafice" i niestety ale "Thunderbolt" nie ma w sobie takiego przesłania. Nie mówię, że to zły album, bo jest sporo mocnych kawałków, jest bardzo klasycznie, jednak nie ma takiej mocy jak choćby "Sacrifice" ani agresji "Battering Ram". Jeśli ktoś obserwuje Saxon od czasów "Lionheart" ten wie czego można się spodziewać po najnowszym dziele. Biff imponuje swoim głosem pomimo swojego wieku. Jest równie świetny co Rob Halford. Śpiewa zadziornie i nie boi się wysokich rejestrów, co potwierdza tytułowy "Thunderbolt".  Utwór jest dynamiczny, chwytliwy i bardzo klasyczne w warstwie instrumentalnej. Świetnie współgra z okładką,która również przesiąknięta jest latami 80.  Dalej mamy melodyjny "the Secret of flight", który ma coś z Iron Maiden. Jest więcej energii i powera. Tutaj Saxon daje czadu i pokazują, że daleko im do emerytury. Na pewno warto wyróżnić "Nosferatu", który jest bardziej majestatyczny, epicki. Utwór ma w sobie sporo ciekawych patentów, które pokazują że Saxon potrafi zaskoczyć. Niezwykle urozmaicony kawałek, który ma zabarwienie symfoniczne.  Metalowy hymn w postaci "They played rock'n roll" jest poświęcony Motorhead i faktycznie słychać nawiązania do tej formacji. Jeden z najszybszych kawałków na płycie. Andy Sneap nadał drugiej młodości Accept i słychać, że w Saxon też odwala kawał dobrej roboty. Co ciekawe "Predator" to taki toporny i ciężki kawałek, który mógłby trafić na "Blood of the nations" Accept. Kolejny na płycie jest marszowy "Son of Odin" i jest to heavy metalowy hymn na miarę płyt z lat 80. Marszowe tępo, klasyczny riff i nawiązanie do Manowar, jest tutaj bardzo na plus. "Sniper" to kolejna petarda na płycie i tutaj warto zwrócić uwagę na popisy gitarowe  Douga i Paula. Dzieje się sporo, a to tylko trochę ponad 3 minuty jazdy bez trzymanki. Końcówka płyty jest równie dobra, bo pojawia się dynamiczny "Speed merchants" czy bardziej stonowany "Roadies song", który nawiązuje do lat 80. Może nie ma jakiś wielkich hitów, może nie ma zaskoczenia, a mimo to płyta jest równa i miła w odsłuchu. Saxon dalej gra swoje i przy tym trzyma bardzo dobry poziom. Ich płyty wciąż wzbudzają spore zainteresowanie i "Thundebolt" na pewno znajdzie swoich fanów. Teraz czekam na odpowiedź Judas Priest.

Ocena: 8/10

sobota, 3 lutego 2018

PINK CREAM 69 - Headstrong (2017)

Pink Cream 69 to band, który nie zawodzi i w zasadzie pokazuje że hard rock może być ciekawy, melodyjny i energiczny. Najnowszy krążek zatytułowany "Headstrong" to 12 album, który ukazał się po 4 latach przerwy od  bardzo udanego "Ceremonial". Kiedy ma się w składzie Dennisa Warda i Davida Reedmana to można być spokojnym o poziom muzyczny zawartości. Dennis przemyca sporo z ostatniego albumu Unisonic, zaś Reedman przemyca patenty z Voodoo Circle. Tak więc mamy hard rock, melodyjny heavy metal, a nawet power metal. Nowy album jest bardzo przemyślany, dopieszczony pod względem brzmienia, jak i materiału. Nie ma powodów do narzekań, bo płyta od samego początku dostarcza sporo emocji i trzyma słuchacza w napięciu do samego końca. Energiczny "We bow to none" to prawdziwy rockn rollowy utwór, który ma coś z Deep Purple, ale też Unisonic, co daje w efekcie fajną mieszankę hard rocku i power metalu. Zadziorny "Walls come down" to ostrzejszy kawałek, który mocno nawiązuje do ostatnich płyt Primal Fear. Jeśli o mnie chodzi to podoba mi się rozpędzony, power metalowy "No More Fear". Chwytliwy refren i spora dawka ciekawych melodii robi swoje. Dobrze wypada też marszowy "Man of Sorrow", czy ostrzejszy "Whistleblower". Wyrównany album, który oddaje to co najlepsze w tej kapeli. Lata lecą, a oni jeszcze bardziej umacniają swoją pozycję. Warto znać ich najnowsze dzieło.

Ocena: 8/10

wtorek, 30 stycznia 2018

MASTERS OF DISGUISE - Alpha/Omega (2017)

Niemiecki Masters of Disguise w najlepsze kontynuuje to co niegdyś zaczął Savage Grace. Nie dość, że w zespole są instrumentaliści z składu Savage grace, który grywał na koncertach w ostatnim czasie, to jeszcze muzyczne zespół brzmi jak Savage Grace z dawnych lat. To już bardzo ułatwiło zespołowi przedrzeć się do grona najciekawszych kapel naszych czasów. Kapela stara się czerpać garściami z lat 80, a przy tym być świeżym i zaskakiwać swoich fanów. Pierwsze dwa albumy to kwintesencja heavy/speed metalu, z kolei najnowszy krążek Alpha/Omega cechuje większa agresja i znamiona speed/thrash metalu. Nie trzeba szukać na płycie zbyt daleko, by się o tym przekonać. Wystarczy odpalić "Sacrifice", który pokazuje że nie brakuje elementów thrash metalu. Kali i Wolle stworzyli zgrany duet i nie szczędzą fanom ostrych, melodyjnych riffów, czy intrygujących solówek. Te cechy śmiało można odszukać w rozpędzonym "Demons from the past" czy w rozbudowanym i epickim "Shadows of The Death". Na płycie roi się od szybkich speed metalowych petard co potwierdza "Killer's Redemption"czy agresywny "Alpha/Omega". Warto zwrócić uwagę też na ocierający się o thrash metal "Witchhammer" czy zamykający "The leech", który tylko potęgują doznania. Soczyste brzmienie, świetna forma muzyków i jasny cel sprawia, że nowy album jest bardzo łatwy w odbiorze, dynamiczny i bardzo klasyczny. Fani Savage Grace przypomną sobie na dobre lata 80. Świetna kontynuacja tego co mieliśmy na  "The savage and grace".

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 29 stycznia 2018

ACCUSER - The mastery (2018)

"The Mastery" to 11 album niemieckiej kapeli Accuser, która działa od 1986 roku. Składy ulegały zmianom i bywało różnie w obozie Accuser, ale przez te wszystkie lata niemiecka kapela grała swoje czyli thrash metal z domieszką groove metalu. W ich muzyce nie brakuje nawiązań do Tankard czy Exumer, ale od lat mają swój styl. Jest agresja, melodyjność, a przede wszystkim dbałość o technikę. Accuser to w zasadzie Frank Thoms, który odpowiada za partie wokalne i gitarowe. Przykłada sporo uwagi do szczegółów, dlatego też najnowsze dzieło jest dopracowane i robi spore wrażenie. Niby nie ma tutaj niczego nowego, to jednak płyta szybko wpada w ucho. Nowoczesne brzmienie i nutka mrocznego klimatu znakomicie zaostrzają apetyt na "The mystery". Całość otwiera agresywny "Mission: missile", który wprowadza nas w klimat płyty. Jest moc, jest agresja i dynamika. Thrash metal w najlepszym wydaniu. Toporny "The Real World" to taki typowy niemiecki, ciężki kawałek, w którym słychać ech Kreator czy Sodom. Więcej melodyjności uchwycimy w chwytliwym "Solace in Sorrow", który ukazuje jak Accueser odnajduje się w bardziej melodyjnym graniu.  Band sprawdza się w bardziej złożonym graniu co potwierdza klimatyczny "My skin". Wiele tutaj bardzo technicznego thrash metalu, gdzie dba się o szczegóły i wydźwięk. Taki złożony "Catacombs" czy ciężki "Mourning" w swojej formule potwierdzają to zjawisko. Frank stara się zagrać wszystko na wysokim poziomie, ale nie zawsze wszystko wypali. Na pewno wypaliły szybkie, energiczne kompozycje jak "Into the Black", czy zamykający "The Mastery", które najlepiej oddają styl tej kapeli. Accuser jakoś przyzwyczaił nas do dobrych płyt, tak więc nie ma zaskoczenia w tym aspekcie. Daleko do klasycznych albumów, ale nie brakuje mu energii, zadziorności i thrash metalowego kopa. W tym roku na pewno warto zwrócić uwagę na stary dobry band, który od lat 80 trzyma się całkiem dobrze.

Ocena: 7.5/10

LOUDNESS - Rise to glory (2018)

Japoński Loudness to zespół kultowy i bardzo pracowity. Dość łatwo przychodzi im nagrywanie kolejnych albumów i w zasadzie nieustannie od 1981 roku każdy z nich to kawał solidnego heavy metalu. Trzon Loudness to uzdolniony gitarzysta Akira, który stara się urozmaicać materiał różnymi ciekawymi riffami. Klasyczne rozwiązania i do tego trzeba zaliczyć szeroki wachlarz intrygujących melodii.Swoją kluczową rolę odgrywa bez wątpienia Minoru, który jest głosem tego zespołu i najlepiej oddaje charakter kapeli. Każdy z tych dwóch muzyków od lat tworzy ten band i ciężko sobie wyobrazić Loudness bez nich. Nowy album zatytułowany "Rise to Glory" to nie jest może ich największe osiągnięcie. Płyta jest bardzo solidna, ale nieco wtórna i pozbawiona świeżości. Jednak mimo pewnych wad jest to album porządny i godny uwagi. "Soul on Fire" to soczysty heavy metal i można poczuć potęgę japońskiego heavy metalu.Nutka hard rocku pojawia się w bardziej stonowanym "Go for brooke". Znacznie więcej rocka mamy w spokojniejszym kawałku "Untill i see the light". Niestety te wolniejsze utwory są znacznie słabsze i nie wiele wnoszą do całego materiału.Zadziorny "Massive Tornado" to jeden z mocniejszych utworów na płycie.  Do grona ciekawych utworów można zaliczyć dynamiczny "Rise to glory" czy rozpędzony "No limits". Jak można dostrzec jest kilka ciekawych momentów i kilka mocniejszych uderzeń, ale całościowo płyta nie robi większego wrażenia. Loudness dalej jest tym samym zespołem i dalej gra swoje. Czasami lepiej, czasami gorzej, ale nikt im nie zabierze tego co osiągnęli.

Ocena: 5/10

sobota, 27 stycznia 2018

VOICE - The Storm (2017)

Niemiecki Voice powrócił po 14 latach i najnowsze dzieło "The Storm" to kawał solidnego niemieckiego heavy metalu. Przez ten czas wiele się nie zmieniło, bowiem zespół dalej gra toporny niemiecki heavy metal z domieszką power metalu. Starają się czerpać garściami z twórczości Grave Digger, Accept czy nawet Dream Evil. Z różnym skutkiem kończy się ich tworzenie nowych albumów, ale najnowszy "The Storm" nic nowego nie wnosi, ani też nie należy do płyt, które mogą zwojować świat. W The Voice szczególną rolę odgrywa wokalista Oliver Glas, który śpiewa agresywnie i z pasją. Na nowym krążku znajdziemy kilka mocnych kawałków, lecz całość nie jest zbytnio porywająca. Do grona ciekawych utworów na pewno warto zaliczyć melodyjny "Stronger than Steel", przebojowy "Dance on the razor blade", w którym wokalista manierą przypomina Bruce'a Dickinsona. W "Golden Savior" partie basowe są niezwykle ciekawe i słychać nawiązania do twórczości Accept.Moim faworytem jest energiczny "Your Number is Up", w którym zespół czerpie garściami z dokonań żelaznej dziewicy. Całość zamyka mroczny "Out in the cold", który mocno nawiązuje do Judas Priest. Płyta jest nierówna, jest kilka słabszych momentów, ale warto posłuchać jej dla tych kilku ciekawych momentów.

Ocena: 5.5/10

czwartek, 25 stycznia 2018

LECHERY - We are all born evil (2018)

Martin bengtsson to szwedzki gitarzysta, który kojarzy się fanom ciężkiego grania głównie z Arch Enemy. Jednak warto wspomnieć, że od 2004 r Martin spełnia się w swoim własnym bandzie o nazwie Lechery. Nie jest o melodyjny death metal z domieszką metalcoru, nie jest to też melodyjny power metal, a bardziej true heavy metal takie z pewnymi cechami Manowar, Judas Priest czy Iron Maiden. Bardzo proste granie i bardzo klasyczne.  2 pierwsze albumy obeszły świat bez większego echa, ale najnowsze dzieło zatytułowane "We are all born evil" okazuje się strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że płyta brzmi soczyście i świeżo, to w dodatku band tym razem stanął na wysokości zadania, jeśli chodzi o stworzenie przebojów. Hit goni hit, a każdy z utworów okraszony jest mocnym riffem i ciekawymi popisami gitarowymi. Fredrik i Martin tworzą zgrany duet i słychać, że kochają grać tradycyjny heavy metal, który jest zakorzeniony w latach 80. Niby proste i wtórne są te motywy, ale bije  z nich pasja i pomysł na odzwierciedlenie lat 80. Słucha się tego niezwykle przyjemnie, zwłaszcza że na takie granie wciąż jest popyt. Fani Ram, Ambush czy Enforcer będą zadowoleni. Płytę otwiera hymn metalowy w postaci "Heavy metal invasion", który ma coś z Saxon czy Manowar. Prosty riff i podniosły refren sprawiają, że utwór jest niezwykle atrakcyjny.  Więcej energii i zapędów Judas Priest uchwycimy w dynamicznym "Let it out".  Z kopyta zespół atakuje w melodyjnym "Rule the world", gdzie sekcja rytmiczna szybciej gra, a same melodie mocno nawiązują do Iron Maiden. Bardzo udany kawałek, który od razu zapada w pamięci. Więcej toporności mamy w "Hold on the night", który ma coś z ostatnich dzieł UDO czy Hammerfall. Rozpędzony i agresywny "Breaker of Chains" mógłby spokojnie znaleźć się na albumie Primal Fear. Mocnym atutem tego kawałka są imponujące popisy gitarowe i zadziorny riff. Band urozmaica swój album i nie chce nas zanudzać jednym motywem. W takim "Sacrifice" można dostrzec nawiązania do hard rocka i ten feeling mowi sam za siebie. Fani Manowar czy Wizard na pewno pokochają energiczny "even hero must die". Świetna mieszanka bojowego heavy metalu i ostrego speed/thrash metalu. Petarda i to przez duże P. Całość zamyka kolejny hicior czyli "Tip of the Whip", który ma coś z twórczości Crystal Viper.  Te 10 utworów szybko przemija, ale wrażenia są nie do opisania. Płyta dynamiczna, przebojowa i bardzo gitarowa. Heavy metal w najlepszym wydaniu, a Lechery pokazuje swój potencjał. Gorąco polecam, bo póki co to jeden z najlepszych albumów roku 2018.

Ocena: 9.5/10

SPARTAN WARRIOR - Hell to Pay (2018)



Hell to pay" to  4 album brytyjskiej formacji Spartan Warrior. Swoją premierę album będzie miał 23 lutego i z pewnością będzie to jedna z gorętszych premier w tym roku. Spartan Warrior to band, który powstał w 1980r i w czasie kiedy był szał na NWOBHM udało się nagrać 2 albumy, które zapisały się w historii gatunku. w 2009 band powrócił i wydał w 2010 "Behind Blind Eyes". Teraz po 8 latach powracają z nowym składem i nowym albumem.  Z klasycznego składu został Neil i Dave. Akurat Dave to wokalista o specyficznej manierze, który napędza cały zespół. Odnajduje się w wysokich rejestrach, ale potrafi tez nadać drapieżności kompozycjom. "Hell to pay" to przede wszystkim album, który przywołuje najlepsze lata NWOBHM i pokazuje że zespół potrafi grać i to na wysokim poziomie. Na nowej płycie roi się od ciekawych rozwiązań gitarowych czy chwytliwych przebojów. Nie ma mowy o słabych kompozycjach i w zasadzie cały materiał jest godny uwagi. Melodyjny "Hell to pay" to dobry utwór, by zacząć przygodę z tym krążkiem. Pokazuje mocny riff i klimat NWOBHM. Wszystko zagrane prosto z serca i nie ma tutaj grania na siłę. W "Bad Attitude" pojawia się nutka toporności i niemieckiego heavy metalu. Echa Iron maiden mamy w lekkim i przyjemnym "Letting Go". Jednym z mocniejszych utworów na płycie jest agresywny "Court of Clowns" który imponuje ostrym riffem i niezwykłą dynamiką.  W podobnej stylistyce utrzymany jest rozpędzony "Walls fall down". Dalej mamy rytmiczny "Shadowland", który uwydatnia najpiękniejsze cechy nwobhm. Końcówka płyty jest równie mocarna, bo pojawia się mocniejszy "Fallen", czy true metalowy "In memorium", które nawiązują do twórczości Judas Priest. Piękna, klimatyczna okładka, brzmienie rodem z lat 80 i dopracowany materiał w tym przypadku równa się bardzo dobra płyta, którą trzeba znać. Dla fanów nwobhm pozycja obowiązkowa i w sumie dobrze że Spartan Warrior wrócił do interesu.

Ocena: 8/10

środa, 24 stycznia 2018

SAVAGE MACHINE -Abandon earth (2018)

Lubię tego typu okładki płyt, kiedy to czuje się zaproszony do zapoznania się z zawartością. Bije z niej klimat s-f, a także pasja z lat 80. Savage machine to nie jakaś kapela, która przepadła w latach 80, a debiutujący band prosto z Danii. Wcześniej działali pod nazwą momentum, a od 2014 r działają pod nazwą Savage Machine i przyszedł czas na ich debiut. Płyta może być dla niektórych tego typu płytą, co może nieco namieszać ze względu na jakość muzyki czy właśnie na styl. Muzyka nawiązuje do nwobhm, do tradycyjnego heavy/power metalu i można doszukać się wpływów Iron maiden, Ram, Hollow Ground, Judas Priest, mercyful Fate, czy Portrait. Band robi imponujące wrażenie. Sekcja rytmiczna jest pełna wigoru i zaskakuje dynamiką. Simon i Jacob stworzyli duet gitarowy, w którym jest chemia i uzupełnianie się na wzajem. Jest energia, pomysłowość i czysty geniusz, który słychać w każdym kawałku. Takie partie gitarowe są zawsze pożądane. Jednak nie byłoby sukcesu, gdyby wokalista był nijaki. Troels Rassmusen to właściwy człowiek w właściwym miejscu. Śpiewa agresywnie, znakomicie odnajduje się w wysokich rejestrach, a przede wszystkim człowiek który oddaje klimat lat 80. To wszystko składa się w spójną całość. Muzyka może i wtórna, ale pomysłowość i wykonanie robią swoje. Dobrze dopasowane brzmienie rodem z lat 80, tylko podkręca temperaturę. Zaczyna się od klimatycznego "Exodus", która trwa 6 minut. Spokojne wejście gitar i odgłosów burzy sprawiają, że można poczuć echa płyt Kinga Diamonda. Po 2 minutach utwór nabiera energii i wtedy można poczuć potencjał grupy. Więcej energii i szybkości mamy w "Age of Machines", który pokazuje jak band dobrze rozumie speed/power metalu. Gitarowy majstersztyk, a to dopiero drugi kawałek na płycie. Imponuje mi dynamiczny riff w "The Hunter" i tutaj gdzieś wybrzmiewa stary Helloween, czy Iron Maiden. Zespół radzi sobie z progresywnym metalem co pokazuje majestatyczny "Time Traveler". Oj dzieje się w tym utworze sporo i można znaleźć sporo ciekawych aranżacji. Kolejną perełką na płycie jest zadziorny i bardziej stonowany "The fourth dimensions" czy złożony i melodyjny "Fall of Icarus". Jazda bez trzymanki jest w speed/power metalowym "Event Horizon". Fani starego Helloween, Ceti czy Metal Church polubią ten killer.  Riff taki klasyczny i bardzo zapadający w pamięci i w końcu wokalista pokazuje swój talent. Końcówka płyta jest również imponująca, bo pojawia się 7 minutowy "Savior" czy mroczny "Welcome to Hell". Nie ma się do czego przyczepić w zasadzie. Płyta dopracowana i każdy utwór potrafi doprowadzić do euforii i niezwykłego stanu zachwytu. Brakowało tak oldscholowego albumu, który powali na kolana. Dobry start roku 2018 i czekam na kolejne dzieła tej kapeli. Trzeba mieć ten krążek w swojej kolekcji.

Ocena: 9.5/10

CHRIS BAY - Chasing The Sun (2018)

Chris Bay to bardzo pozytywna postać w power metalowym światku. To wokalista, która śpiewa bardzo czysto, gładko i momentami jakby pomylił gatunki muzyczne. To również gitarzysta, który wie jak wygrać proste i chwytliwe melodie. To muzyk, który założył jeden z najbardziej rozpoznawalnych bandów grających power metal, czyli Freedom Call. Kojarzony jest właśnie z tym radosnym, nieco słodkim graniem. W zasadzie ciężko sobie wspomnieć jakieś boczne projekty czy inne kapele w których by wystąpił. Chris Bay ma teraz okazje pokazać się nieco z innej strony i to za sprawą swojego solowego krążka zatytułowanego "Chasing Sun". 23 lutego w sklepach pojawi się nowy krążek, ale już teraz pozwolę sobie przybliżyć czego można się po nim spodziewać. Znajdziemy tutaj patenty z Freedom Call i mam tutaj na myśli proste motywy, słodkie melodie czy radosny wydźwięk kompozycji. Jednak nie ma mowy o power metalu, czy heavy metalu, bowiem więcej tutaj hard rocka, czy pop rocka. Nie znaczy to, że album jest słaby, jest po prostu inny niż dokonania Freedom Call. Jeśli szukacie lekkiej, przyjemnej muzyki do auta to ją tutaj znajdziecie. Kiedy do akcji wkracza otwieracz "Flying Hearts" to można odnieść wrażenie że to hard rockowa wersja Freedom Call. Prosty, hard rockowy riff, chwytliwy refren, który buja i hit gotowy. Jestem na tak. Folkowa melodia, która napędza "Light My Fire" to znów nawiązanie do Freedom Call, ale nie ma zmyłki, bo jest to hard rock. "Move on" to jakby hard rockowy bliźniak "Land of the light" i w sumie jest to całkiem udana kompozycja,  choć dalej jest komercyjne, momentami wręcz popowo. "Silent Cry" nic ciekawego nie wnosi do płyty, ale jest tutaj coś z popu i lat 80. Nie brakuje wypełniaczy, co potwierdza "Keep Waiting", czy "Misty Rain". Na pewno na plus zaliczyć należy utrzymany w stylu Scorpionsów "Bad Boyz" czy romantyczną balladę "Love will never Die". Chris Bay pokazał, że nadaje się do popu i spokojnego rocka, ale nie wychodzi mu to najlepiej. Brakuje ciekawych pomysłów i jakiegoś takiego kopa. Za pewne płyta znajdzie swoich odbiorców. Mi jednak nie pasuje ostateczny kształt tego co usłyszałem. Płyta o której zapomnę za niedługi czas.


Ocena: 3.5/10

SEASONS OF THE WOLF - Last act of Defiance (2018)

Panie i panowie do świata żywych wrócił amerykański wyjadacz jeśli chodzi o heavy/power metal i mowa tutaj o Seasons of the Wolf. Jedna z tych formacji, która zaczęła grać już w 1988r i przez ten czas udało się wydać 5 albumów. Najnowsze dzieło zatytułowane "Last act of Defiance" ukazuje się w styczniu tego roku i to po 11 latach przerwy. Zespół nie marnował czasu i w efekcie udało się znów nagrać wyśmienity album z wyrazistymi riffami, z przybrudzonym brzmieniem, pazurem i zadziornością. To płyta, która zachwyci fanów heavy metalu lat 80, a przede wszystkim maniaków Metal Church, Leatherwolf czy też Attacker. Choć płyta ukazała się teraz, to brzmi jakby powstała w latach 80. Co bije z tego krążka to szczerość, niezwykły talent muzyków i pomysłowość, która przejawia się w utworach. Znajdziemy tutaj elementy nwobhm, power, heavy czy nawet thrash oraz progresywnego metalu. Mieszanka jest wybuchowa. Zespół ma swój styl dzięki znakomitemu wokaliście Wesowi, który potrafi nadać klimatu i charakteru kompozycjom. Gitarzysta Barry i klawiszowiec Dennis stworzyli naprawdę imponujące aranżacje, które wciągają i zapadają w pamięci. Wszystko jest zagrane z polotem i pomysłem. Tak więc mamy 45 minut znakomitej muzyki. Płytę otwiera energiczny "Solar Flare", który zabiera nas w rejony Judas Priest czy Krokus. Klasyczny kawałek i to w najlepszym wydaniu. Mroczniejszy "Take us to the stars" ma w sobie więcej amerykańskiego heavy/power metalu, ale to wciąż granie na wysokim poziomie. Progresywność znakomicie wybrzmiewa w klimatycznym i złożonym "Be careful what You wish". Kolejnym mocnym punktem jest zadziorny i niezwykle rytmiczny "Drifter" czy "Fools gold", który przemyca patenty Kinga Diamonda czy Judas Priest. Instrumentalny "Dark stratosphere" po prostu mnie oczarował magicznym klimatem i niezwykłymi aranżacja. Brzmi to świeżo i niezwykle melodyjne. Oby w takim kierunku band podążył. Echa speed/thrash metalu mamy w rozpędzonym i agresywnym "No more room in hell". Całość zamyka marszowy "Last act of Defiance", który pokazuje w jak znakomitej formie jest band. Bardzo miłe zaskoczenie roku 2018 i dobrze widzieć, że Seasons of the Wolf wrócił i ma się dobrze. Klasyczny heavy/power metal  w najlepszym wydaniu. Płyta warta uwagi i to bez dwóch zdań. Ciężko dzisiaj o takie perełki.

Ocena: 9/10

EUROPE - Walk the earth (2017)

Europe to typ zespołu, który określa się mianem zespołu jednego przeboju. W końcu każdy zna tą kapelę za sprawą hitu "The final countdown". Jednak zespół przez ostatnie lata stara się tworzyć bardzo dojrzały hard rock. Starają się mieszać melodyjny hard rock z progresywnym metalem co daje wybuchową mieszankę. Już "Bag of bones" był bardzo urozmaicony i dojrzały, ale najnowsze dzieło zatytułowane "walk the earth" jest punktem kulminacyjnym w dyskografii. Takiej płyty Europe nie miał jeszcze w swojej dyskografii. Przede wszystkim jest mroczny klimat, jest spora dawka progresywności no i zespół nie kryje zamiłowania do Deep purple. W efekcie końcowym powstała jedna z najlepszych płyt hard rockowych roku 2017.Joey Tempest wokalnie wciąż wymiata, a ma w sobie coś magicznego, co nadaje całości odpowiedniego charakteru.  Gitarzysta John i klawiszowiec Mic tworzą zgrany duet i ich partie są świetnie dopasowane. Już otwierający "walk the earth" daje nam poznać nowy styl Europe. Jest mocny riff, mroczny klimat i motywy wyjęte z twórczości Deep Purple. "The Siege" to kolejny hit na płycie, który utrzymuje stonowane tempo. Spokojniejszy "Pictures" potrafi złapać za serduchu. Bardzo piękna ballada. Dalej mamy rozpędzony "Election day" czy żywioły "Gto". Bardzo dobrze wypada marszowy i zadziorny "haze". Całość zamyka rozbudowany "Turn to Dust".Jak widać nie ma słabych punktów, a całość jest bardzo spójna. Niezwykle mroczny, dojrzaly album zespołu, który pokazuje się z zupełnie innej strony. Przemawia do mnie nowa wizja Europe.

Ocena: 9.5/10

wtorek, 23 stycznia 2018

IRON WILL - Life is Your labirynth (2018)

Okładka mówi, że mamy do czynienia z jakimś mrocznym death metalowym zespołem czy thrash metalowym. Jednak prawda jest bardziej zaskakująca, bowiem Iron will gra tradycyjny, wręcz old schoolowy heavy metal nawiązujący do klasyki typu Iron maiden czy Judas Priest. Iron Will został założony w 2000r przez muzyków amerykańskiego Ravege, który wydał znakomity "End of Tommorow".  Al Ravage i Richie "Berte of prey" do współpracy zaprosili Tony'ego Canillasa, który pełni rolę wokalisty. W końcu po kilku latach band wydał swój debiutancki krążek "Life is your labirynth", który jest skierowany do fanów klasycznego heavy metalu. Co znajdziemy na tej płycie to na pewno klimat i charakter płyt z lat 80.  Jeżeli cenicie proste granie, chwytliwe melodie i zadziorne riffy, a czerpiecie radość z klasycznych patentów to z pewnością ten album przypadnie do Wam do gustu.  Album otwiera dynamiczny "Conquer On", który przypomina stare dobre czasy Judas Priest. Dalej mamy zadziorny "Life is your labirynth", który przemyca toporność spod znaku Grave Digger. Z pewnością album napędza energiczne granie, jak te w "Nemesis". Dobrze wypada też speed metalowy "Rising", czy melodyjny "The shadow lurks", który imponuje niezwykle chwytliwym riffem. Nie mogło zabraknąć true metalowego hymnu i w tej roli sprawdza się marszowy "The wolf". Kolejnym mocnym punktem na płycie jest energiczny "Nightmares" który nawiązuje do twórczości Iron maiden. Echa NWOBHM mamy również w dynamicznym "Your legacy lives on". Całość zamyka równie ciekawy i rozpędzony "The iron will", który bardzo dobrze podsumowuje całość. Przybrudzone brzmienie tez mocno wzorowane jest na latach 80. Choć muzyka prosta i urokliwa, to jednak nie jest to album który ma szanse zwojować świat. Wokal może nie których zniechęcić, a aranżacje są wtórne. Płyta dobra do posłuchania i odstawienia na półce.

Ocena: 6/10

DEATHLESS LEGACY - Rituals of black magic (2018)

19 stycznia premierę miał 4 album włoskiej kapeli Deathless Legacy. "Rituals of black magic" to dzieło, które oddaje to co najlepsze w stylu tej formacji, a w dodatku zespół rozwinął patenty z ostatnich wydawnictw. Tak więc ci co pokochali "Dance with the devils" , ci bez wątpienia po lubią od razu najnowsze dzieło. Jest klimat grozy, jest tematyka na temat okultyzmu, czy skierowana wokół horrorów. To wszystko składa się w spójną całość, która momentami przypomina twórczość Kinga Diamonda czy Merfcyful fate.Znakiem rozpoznawczym są kościelne organy i specyficzny wokal Steva, która nadaje muzyce kapeli mistycyzmu i upiornego wydźwięku. Na nowym albumie jest jakby więcej przebojów, więcej dynamiki i jeszcze więcej klimatu grozy. Płyta jest naprawdę dopracowana, co już potwierdza na wstępie tytułowy "Rituals of black magic".  Utwór jest energiczny i niezwykle melodyjne, a to dopiero początek. Dalej mamy bardziej zadziorny ""The abyss", który pokazuje że zespół jest w formie. Bardzo dobrze wypada przebojowy "Bloodbath", w którym spore wrażenie robią partie klawiszowe. Mroczny i marszowy "I summon the spirits" ukazuje jak zespół znakomicie tworzy atmosferę grozy. Jednym z ostrzejszych utworów na płycie jest "Homunculus", w którym nie brakuje elementów melodyjnego death metalu. Kolejnym mocnym kawałkiem jest "Ars geotia". Mocny riff, podniosłe chórki i wyrazisty wokal Steva sprawiają, że jest to jeden z najciekawszych utworów na krążku. Na koniec mamy melodyjny "Litch" czy rozbudowany "Dominus inferi". Jeżeli, ktoś stawia na mroczny klimat, ciekawe aranżacje, a przy tym uwielbia melodyjny metal ten z pewnością powinien obczaić nowe dzieło Deathless Legacy. Album jest dojrzały, dopracowany i niezwykle wyrównany co przedkłada się na jakość i odbiór zawartej muzyki. Warto znać !

Ocena: 8.5/10

niedziela, 21 stycznia 2018

LEAVES EYES - Sign of the dragonhead (2018)

Patrząc na okładkę najnowszego albumu Leaves Eyes można odnieść wrażenie, że patrzymy na kopię okładki Stormwarrior. Jednak to są dwa różne zespoły. Leaves Eyes nie gra barbarzyńskiego speed/power metalu, a symfoniczny power metal w stylu Epica, Liv Kristine czy Nightwish. To już 7 album tej formacji i na pewno potwierdza ich umiejętności i status jaki już posiadają. Działają od 2003r i wciąż się mają dobrze, ale szkoda że w zespole nie ma już Liv Kristine. Trzeba przyznać, że nowa wokalistka tj Elina Sirala potrafi śpiewać operowa i pasuje idealnie do tego co gra band. Sam album wyróżnia się tajemniczym, mrocznym klimatem. Co można tutaj znaleźć to podniosłe kompozycje, nie brakuje też bardziej wyszukanych melodii czy chwytliwych przebojów.  Jednym z pierwszych hitów na płycie jest tytułowy "Sign of the dragonhead". Utwór jest prosty, ale imponuje podniosłością i ciekawymi melodiami. Bardzo dobrze zostaje wykorzystany folkowy klimat w przebojowym "Across The sea", który przypomina ostatnie dokonania Nightwish. W podobnej stylistyce utrzymany jest zadziorny "Jomsborg" czy przebojowy "Riders of the wind". Więcej power metalu mamy w energicznym "Shadows in the night", ale nie brakuje też bardziej heavy metalowych hymnów co potwierdza "Fires in the north". Całość zamyka bodajże najciekawsza kompozycja z płyty czyli 8 minutowy "Waves of Euphoria".  Aleksander i Pete tworzą zgrany duet gitarowy i stawiają na urozmaicone motywy i imponujące melodie. Brakuje jedynie nieco powera i zaskoczenia.  Płyta zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na klimat, soczyste, mięsiste brzmienie, ale też na całkiem zgrany materiał. Warto znać "Sign of the dragonhead".

Ocena: 7/10

sobota, 20 stycznia 2018

SCANNER - The Galactos Tapes (2017)

To już 31 lat istnienia Scanner. Niemiecka grupa grająca heavy/power metal osiągnęła sporo i większość ich płyta zalicza się do klasyków gatunku. W 2015 r powrócili z nowy albumem i trzeba przyznać nowy skład podołał wyzwaniu. Póki co nie ma nowego materiału, ale zespół postanowił wydać komplikację, która zawiera największe przeboje grupy, a także płytę z na nowo zagranymi kawałkami, co potwierdza że wokalista Efthimios jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Znajdziemy tutaj dwie płyty: pierwsza to zbiór przebojów, a druga to właśnie zremasterowane hity Scanner. Bardzo ciekawa propozycja dla fanów, jak i dla tych co nie kojarzą marki Scanner. Skupmy się na drugiej płycie. Pojawia się "Warp 7", który brzmi dobrze, nawet bardzo dobrze, ale klasyczna wersja jest nie do przebicia.  Wielki przebój w postaci "Puppet on a String" również wypada świetnie, choć trzeba przyznać, że brakuje tutaj popisu wokalnego Ralfa Sheepersa. Klimatyczny "Across the Universe" ma w sobie to coś i wypada równie genialnie co w oryginale. Jest tutaj wyczuwalny klimat s-f. Nie mogło zabraknąć też hitów w postaci "Terrion" czy "Buy or Die" i też kawał dobrej roboty odwala tutaj Efthimios.  Składanka zawiera to co najlepsze w Scanner i to z różnych okresów grupy. Wszystko na jednej składance, tak więc jest to dobra sprawa. Jednak to chwilowa radość, bo jednak wciąż większą ciekawość wzbudza jak będzie brzmieć następca "The judgment".

Ocena: 8/10

czwartek, 18 stycznia 2018

CRIMSON DAY -At the mountains of madness (2018)

Opowieść "W górach szaleństwa" Hp Lovecrafta przyprawia o ciarki i jest to jedna z moich ulubionych. Tak więc długo się nie zastanawiałem czy sięgnąć po najnowszy album Crimson Day.  Fiński band działa od 2013r i skupia się na graniu heavy metalu, w którym jest miejsce na patenty spod znaku Portrait czy Iron maiden. Panowie stawiają na klimat, na ciekawe melodie i wyraziste riffy.  Drugi album tej formacji nosi tytuł właśnie "At the mountains of madness" i jest to kontynuacja tego co band wypracował na debiutanckim albumie, ale wszystkiego jest więcej. Band może nie jest znany szerszej publiczności, ale ten album w tym roku warto obczaić. Lassi Landstrom zasilił zespół w 2016 roku i zmienił go na plus. Ma specyficzny głos i czyni z tym naprawdę cuda. Arii i Jesse z kolei tworzą zgrany duet gitarowy i stawiają na prawdziwe heavy metalowe riffy. Jest w tym polot, pomysł i sporo ciekawych rozwiązań. Tytułowy "At the mountains of Madness" atakuje słuchacza niezwykłą dynamiką, energią i klasycznymi rozwiązaniami. Jest mroczny klimat, który potrafi oczarować od samego początku. Robi to wszystko spore wrażenie, a to dopiero początek. Nutka progresywności i rocka mamy w zakręconym "The Final Hour". Band jest elastyczny i nie zanudzają nas jednym motywem. Kto lubi szybkie, agresywne granie spod znaku speed/power metalu ten bez wątpienia polubi rozpędzony "My last Rites", który zaczyna się bardzo spokojnie i tajemniczo.  Kolejna petarda na płycie to zadziorny "Welcome to Wasteland", który zaskakuje polotem i chwytliwym refrenem. Warto też zwrócić uwagę na dynamiczny i agresywny "Beasts of Prey". Na płycie jest pełno przebojów i to czyni album również łatwiejszy w odbiorze. Jednym z nich jest bez wątpienia podniosły "Untill the end". Całość zamyka kolos trwający 9 minut "Crimson Shores". Miłe zaskoczenie, bo nie spodziewałem się  tak udanego wydawnictwa. Przybrudzone brzmienie, dobrze dopasowane melodie i ciekawe pomysły na aranżacje. Do tego wszystkiego nawiązanie do Lovecrafta i mamy w efekcie naprawdę bardzo dobry album. Jedna z ciekawszych płyt miesiąca styczen 2018.

Ocena: 8.5/10

LIONE / CONTI - Lione conti (2018)

Alessandro Conti znany jest z Trick or treat czy też Rhapsody Luca Turilli. Znakomity wokalista power metalowy, który niszczy obiekty swoim wysokim rejestrem. Fabio lione to z kolei charyzmatyczna wokalista, który znany jest z Rhapsody czy Angra. Tych dwóch wokalistów łączy siły w projekcie Lione / Conti. Przypomina to nieco projekt Allen/Lande. Wytwórnia Frontiers Records słynie z takich ciekawych projektów. Wiele by sądziło, że szykuje się ciekawa power metalowa płyta, jednak nie jest tak pięknie jak mogło by się wydawać. Jasne wokaliści robią furorę i miło jest ich usłyszeć na jednej płycie.  Za cały proces kompozytorski odpowiada gitarzysta Simone Mularoni.Nie znajdziemy tutaj zbyt dużo rasowego power metalu z jakiego słyną wokaliści. Więcej tutaj melodyjnego metalu, czy nawet progresywnego metalu. Album promował "Ascension", który ma coś z dokonań wokalistów i słychać gdzieś w tym ducha Rhapsody. Utwór jest melodyjny, klimatyczny, ale nie powala na kolana. Mamy trochę szybsze tempo w energicznym "Outcome" i to już jest ciekawsze granie. Rockowy feeling pojawia się w spokojniejszym "You're falling", który jest jednym z słabszych kawałków na płycie. Na pewno na wyróżnienie zasługuje power metalowa petarda "Misbeliever", która odzwierciedla to co najlepsze w tym gatunku. Mocny riff, ciekawa warstwa melodyjna czy chwytliwy refren. W końcu też partie gitarowe są zagrane z polotem i swobodą i o to chodzi. Progresywność daje o sobie znać w bardziej urozmaiconym "Destruction show" czy w melodyjnym "Truth". Co ciekawe najostrzejszym utworem jest "Gravity", który przypomina ostatnie dokonania Helloween. Bez wątpienia najlepszy utwór na płycie i szkoda, że cała płyta taka nie jest. Całość zamyka nieco przekombinowany "Crosswinds", który nie za wiele wnosi do całości. Były spore oczekiwania względem tej płyty i tym razem wielkie nazwiska nie zapewniły płyty na wysokim poziomie. Jest kilka ciekawych melodii, ale całościowa płyta nie robi większego wrażenia. Szkoda.

Ocena: 5/10

wtorek, 16 stycznia 2018

BLACK CYCLONE - Death is King (2018)

8 stycznia tego roku ukazał się debiutancki album szwedzkiej kapeli Black Cyclone zatytułowany "Death is king". Band ten powstał w 2009 r i początkowo panowie grali black metal, jednak z czasem zaczęli zmienić stylistykę w kierunku speed/thrash metalu. Gdzieś tam zostały elementy black metalu co można odczuć jeśli chodzi o klimat płyty czy mroczny charakter frontowej okładki.  W muzyce szwedzkiej kapeli można bez problemu odnaleźć wpływy Slayer, Testament czy Overkill i właśnie w takich klimatach utrzymana jest całość. Na uwagę zasługuje specyficzny wokal Linusa, który stawia na heavy metalowy wydźwięk. Znakomicie wypadają wysokie rejestry w jego wykonaniu. Śpiewa z miłości do metalu i to słychać od samego początku. "Death is king" to przede wszystkim dobrze zgrany album, który imponuje mrocznym, przybrudzonym brzmieniem i klimatem rodem z płyt Kinga Diamonda. To wszystko zlewa się w spójną całość. Sam materiał jest urozmaicony i każdy znajdzie coś dla siebie. "Death is crowned as king" to prawdziwa thrash metalowa petarda i to jest właśnie taka jazda bez trzymanki. Dobra szybkość, mocny, zadziorny riff i proste granie sprawiają że utwór robi furorę.Imponuje też energiczny i złowieszczy "Hordes" czy bardziej melodyjny "Black cyclone", które mają coś z dawnego Kreator czy Overkill. Te utwory pokazują też dobre zgranie gitarzystów tj Pera i Petera, którzy stawiają na sprawdzone patenty. Co mi się podoba to na pewno marszowy i bardziej heavy metalowy "Beast Bastallion". Kolejną petardą na płycie jest rozpędzony "Under your hoof", który wyróżnia się mocnym, wyrazistym riffem, a także niezwykłą dynamiką. W podobnej stylistyce są utrzymane dwie kolejne petardy, a mianowicie  "Death by crushing"  czy "This is it". Jednym słowem speed/thrash metal pełną gębą. Nie ma słabych momentów, a muzycy pokazują, że nie są żółtodzióbami i grać potrafią. Bardzo mocna rzecz.

Ocena:8/10

PORTRAIT - Burn The World (2017)

Schemat szwedzkiego Portrait jest do bólu przewidywalny. Wiadomo czego można się po nich spodziewać nim jeszcze światło dzienne ujrzy kolejny album. Można od razu obstawić mroczny klimat, riffy na miarę Mercyful Fate,wokal Pera, który przypomina Kinga Diamonda, czy konstrukcję albumu, który zbudowany jest w oparciu o rozbudowane kompozycji. To wszystko zespół powtarza od dłuższego czasu i na nowym albumie, pomimo pewnych zmian w składzie dalej występują. Czy to jest coś złego? W tym przypadku akurat nie, bowiem brakuje muzyki spod znaku Mercyful fate, a Portrait robi to tak genialnie, że nie ma się ich dość, wręcz przeciwnie chce się więcej i więcej. "Burn the World" to najnowsze wydawnictwo szwedzkiej grupy i z miejsca jest to kandydat do płyty roku, z resztą jak z każdą ich płytą. Jest to wysmakowany heavy metal, który imponuje jakością i pomysłowością. Czwarty album potwierdza wielkość tej kapeli oraz ich ogromny potencjał. Nie brakuje im pomysłów, a sprawdzona formuła nie nudzi słuchacza. Tytułowy "Burn the world" uwypukla najlepsze cechy formacji. Szybkie tempo, ostry riff, świetny wokal Pera, mroczny klimat i niezwykłą przebojowość. Heavy metal wysokich lotów dla wygłodniałych fanów Mercyful Fate. Choć skład zasilił gitarzysta Robin i basista Fredrik to muzyka zespołu nie uległa zmianom. Jednak wnoszą świeżość i sporo energii. "Likfassna" to jeden z tych kawałków, który porywa mrocznym klimatem i stonowanym, wręcz marszowym tempem. Prawdziwa perełka, która przyozdobiona jest różnymi ciekawymi melodiami i motywami. Dalej mamy zadziorny "Flamming Blood" czy agresywny "Mine to Reap", które są treściwymi kawałkami. Warto wsłuchać się w lekki i przyjemny "Martyrs", który kupuje nas swoim ponurym klimatem i popisami wokalnymi Pera. Końcówka płyty jest również udana, bowiem wkracza tutaj jeden z najszybszych kawałków czyli "To die for", a także epicki i rozbudowany"Pure of Heart", który idealnie zwieńcza całość. Znów to zrobili! Nagrali kolejną perełką, który odzwierciedla to co najlepsze w heavy metalu. Portrait to jedna z najlepszych kapel w swoim fachu i nic tylko ich słuchać. Poziom "Crossroads" został utrzymany, a to się ceni!

Ocena: 10/10

poniedziałek, 15 stycznia 2018

VOODOO CIRCLE - Raised on Rock (2018)


Alex  Beyrodt to uzdolniony gitarzysta, który dał się poznać jako prawdziwy wizjoner, wioślarz który gra z pasją i pomysłem. Dzisiaj znamy go z grania w Primal Fear, Silent Force czy właśnie Voodoo Circle. Ten ostatni zespół, to jego wizytówka, jego band w którym ma możliwość pokazania prawdziwych swoich korzeni, zamiłowania do rocka. Alex rzeczywiście wychował się na rocku, na takim prawdziwym rocku spod znaku Led Zeppelin, Rainbow, Whitesnake czy Deep Purple. Właśnie to stara się pokazać wraz z Voodoo Circle. Działają od 2008 r i choć był to początkowo osobny projekt gitarzysty Silent Force, to szybko przerodził się w pełnoprawny zespół. Mają na swoim koncie 5 albumów i pierwsze 4 zostały nagrane z Davidem Readmenem, który nadał zespołowi prawdziwie magicznego klimatu. Można było poczuć klimat z płyt Whitesnake czy Rainbow. Zastanawiałem się jak na zespół wpłynie obecność Herbiego Langhansana, który imponuje w Sinbreed. To wokalista znany bardziej z heavy/power metalowej maniery. Ciężko sobie go wyobrazić w rockowej otoczce. Jednak nie ma się czego obawiać, bo odnajduje się w świecie Voodoo Circle. Na "Raised on Rock", którego premiera jest przewidziana na 9 lutego słychać więcej świeżości, agresji, ale nie brakuje bluesowych zagrywek czy też klasycznego hard rocka. Jest to typowy album  Voodoo Circle, tylko że podany w nowej odsłonie. Brakuje nieco obecność klawiszowca, ale Alex stara się to nadrabiać ciekawymi, finezyjnymi solówkami, a Herbie urozmaiconymi partiami wokalnymi. Brzmienie płyty jest perfekcyjne. Nutka bluesa, troszkę lat 70 czy 80, a także nowoczesność, która nadaje blasku całości. To wszystko składa się w spójną całość. Jednocześnie czyniąc ten album jednym z najlepszych w dorobku grupy.

Na start mamy "Running away from love", który atakuje nas mocnym riffem i słychać, że zespół rozpiera energia. Z Herbie mogą sobie pozwolić na takie ostrzejsze granie, bo jego wokal sprawdza się w takim klimatach. Można doszukać się wpływów Sinbreed. Chwytliwy refren i dobrze zgrana linia instrumentalna od razu daje sygnał, że ta płyta będzie ciekawsza od "Whisky fingers". Bluesowe, nieco jazzowe otwarcie w rytmicznym "Higher love" jest po prostu urocze, jednak szybko utwór nabiera mocniejszego charakteru. Bujający riff i pazur w gitarach sprawia, że słyszę w tym wszystkim kultowy "The Zoo" Scorpionsów. Podoba mi się takie oblicze Voodoo Circle. Też bardzo fajnie buja zadziorny "Walk on the line", który jest mieszanką heavy metalu i hard rocka. W końcu można odczuć wpływ Ritchiego Blackmore;a. Więcej przebojów jest na płycie i jednym  z takich bardzo łatwych w odbiorze jest "just take my heart".Herbie o dziwo idealnie sprawdza się w romantycznych kawałkach, w którym zespół nawiązuje do twórczości Whitesnake. Dobrym tego dowodem jest klimatyczny "Where is the world we love" czy ballada "Chase me away". Więcej energii zespół upchał w "Ultimate sin", który ma coś z Primal Fear. Moim faworytem szybko stał się szybki "Unknown stranger", który znakomicie oddaje klimat Rainbow. Alex pokazuje, że potrafi grać jak Ritchie w swoim najlepszym okresie. Atutem tego kawałka jest świetny refren i chwytliwy riff. Prawdziwa perełka. Ponad 6 minutowy "Dreamchaser" potrafi złapać za serce za sprawą emocji i rockowego feelingu. Znowu coś dla maniaków Rainbow czy Whitesnake. Całość zamyka utrzymany w klimatach country "Love is an ocean", który idealnie podsumowuje "Raised on rock".

Nowy wokalista, nowa świeżość i jakość, ale Voodoo Circle dalej jest sobą. To wciąż band, który czerpie garściami z Rainbow, Whitesnake czy Deep Purple. Mają teraz wokalistę heavy/power metalowego, który idealnie sprawdza się w rockowej otoczce. Jest magia, jest polot i energia do działania. Wyszedł w efekcie przemyślany album bez zbędnych wypełniaczy, z dawką mocnego hard rocka i to na najwyższym poziomie. Jednak nie było powodów do obaw. Mamy kandydata do płyty lutego.

Ocena: 9/10

sobota, 13 stycznia 2018

TRESPASS - Footprints in the rock (2018)

NWOBHM to był dobry okres dla brytyjskiego heavy metalu. Pojawiało sie wiele kapel o charakterystycznym stylu i pomysłowości. W tamtym czasie zrodził się też Trespass, który w tym roku powraca z trzecim albumem zatytułowanym "Footprints in the rock".  Kapela nie miała łatwo i choć powstała w 1978r to jednak pierwszy album zatytułowany "Head" ukazał się w 1993r.  Były liczne zmiany składu, ale nie zmiennie trzon kapeli tworzy gitarzysta Dave Crawte oraz wokalista  i gitarzysta Mark Sutcliffe, który brzmi bliźniaczo podobnie do Ozziego Osbourne'a.  Jeśli chodzi o styl kapeli to można ich zestawić z Angel Witch czy Witchfynde. Przybrudzone brzmienie, rasowe riffy i specyficzny charakter riffów sprawia, że można odnieść wrażenie, że słuchamy płyty nagranej w okresie NWOBHM, a to nie lada osiągnięcie. Fanom gatunku na pewno ta płyta przypadnie do gustu i nieco przypomni stare dobre czasu. Dużo tutaj nawiązań do lat 70 czy 80, tak więc jest sporo klasycznych rozwiązań. Otwierający "Momentum" imponuje energią i hard rockowym feelingiem. Zespół pokazuje, że 3 lata przerwy od wydania "Trespass" nie zostały zmarnowane. Elementy Iron Maiden czy Angel Witch można uchwycić w rytmicznym "Be brave" czy melodyjnym "Mighty Love".  Na płycie nie brakuje pomysłowych riffów czy zagrań gitarowych i to potwierdza zadziorny "Prometheus" czy energiczny "Footprints in the rock", który idealnie oddaje charakter płyty. Tytułowy kawałek ma w sobie niezłego kopa i to może się podobać. Zespół radzi sobie nawet z dłuższymi kompozycjami i niezłym tego dowodem jest stonowany "The green man" czy "Dragons in the mist". Końcówka płyty to przede wszystkim melodyjny "Weed",który jest niezwykle przebojowy oraz spokojniejszy "Music of the waves". Jak się okazuje można w dzisiejszych czasach nagrać płytę NWOBHM, która nasuwa nam przełom lat 70 i 80, która kusi klimatem, szczerością i naturalnością. Jedna  z ciekawszych płyt w styczniu to na pewno.

Ocena: 7/10

SONIC PROPHECY - Savage Gods (2018)

Wydany w 2015 roku drugi album Sonic Prophecy zatytułowany "apocalyptic Promenade" okazał się mocnym krążkiem, który uwydatnia najlepsze cechy heavy/power metalu w wersji amerykańskiej. Band choć działa od 2008 roku i już mają na swoim koncie 3 albumy. Najnowsze dzieło zatytułowane "Savage gods" wzbudziło moje zainteresowanie, ze względu na jakość poprzedniego dzieła. Tamta płyta była dynamiczna, zadziorna i bardzo przebojowa. Niestety "Savage Gods" nie jest takim albumem i można odnieść wrażenie, że najnowsze dzieło jest bardziej toporne, bardziej mroczne i pokręcone. Mamy tutaj bardziej złożone motywy i bardziej wyszukane melodie, tak więc nie ma już takiego łatwego odbioru. Shane dalej trzyma wysoką formą wokalną i napędza cały materiał. Nadaje całości odpowiedniego charakteru i pokazuje swój talent. Gitarzyści też dwoją się i troją by urozmaicić materiał, jednak w tej sferze jest nie dosyt. Brzmienie jest odpowiednie do muzyki i nie ma tutaj jakiegoś większego szału. Płytę otwiera zadziorny "Savage gods", który jest urozmaicony w różne motywy gitarowe. Jest dobrze, ale brakuje dopracowania. Jest też mroczny i niezwykle klimatyczny "Night terror", czy melancholijny "Dreaming of the storm", które pokazują różne oblicza zespołu. Pierwszym godnym uwagi jest bez wątpienia "Man the guns", który przypomina nieco dokonania Grave Digger czy Accept. Niemiecka toporność jest tutaj niezwykle urocza. Nieco klimatów Kinga Diamonda można wyłapać w mrocznym, ale i klimatycznym "A prayer before battle". Jeśli o mnie chodzi to wolę szybsze granie w wykonaniu tej kapeli i taki "Iron clad heart" imponuje energią i mocą. To jest właśni power metal jaki warto obczaić na tej płycie. Całość zamyka przebojowy "Chasing the horizon", w którym nie brakuje nawiązań do twórczości Iron maiden. Jak widać płyta nie jest równa i początek jest nieco nijaki. Jednak mimo wszystko znajdziemy kilka ciekawych kompozycji, zwłaszcza końcówka płyty trzyma w napięciu. Warto posłuchać i wyrobić swoje zdanie. Szkoda, że panowie obniżyli poziom.

Ocena: 5.5/10

piątek, 12 stycznia 2018

WHITE WIZZARD - Infernal Ovedrive (2018)

Amerykański White Wizzard kiedy pojawił się na heavy metalowym rynku to od razu wzbudził spore zainteresowanie wśród fanów gatunku. Panowie pokazali, że potrafią grać prosty, ostry i zadziorny heavy/speed metal, który nawiązuje do lat 80. Proste, chwytliwe melodie, przebojowość na miarę Iron Maiden czy Judas Priest i pomysł na granie to ich znak rozpoznawczy. White Wizzard to przede wszystkim utalentowany Waytt Anderson, który ma w swoim głosie coś ujmującego. Jest charyzma i miłość do metalu,  a to przedkłada się na odbiór. Najnowsze dzieło zatytułowane "Infernal Ovedrive" to kwintesencja tego zespołu i mamy tutaj wszystko to do czego nas band przyzwyczaił. Jest ostro, melodyjnie i każdy utwór to rasowy hit. 4 lata czekania na nowe dzieło sprawiło, że zespół przemyślał pewne kwestie i postawili powrócić do korzeni.  Przerwa wniosło powiew świeżości i wzbudziła większy głód na ich muzykę wśród fanów. Okładka jest bardzo kiczowata i raczej nie kusi, żeby sięgnąć po ten krążek. Jednak jeśli ktoś lubi muzykę w stylu Enforcer, czy Skull Fist ten z pewnością pokocha ten album. Zaczyna się bardzo mocno, bo od agresywnego "Infernal Ovedrive". Tutaj band pokazuje swoje zamiłowanie do speed metalu. Podoba mi się jak zespół znakomicie nawiązuje do twórczości Judas Priest.Dalej mamy melodyjny, energiczny "Storm the shores", w którym zespół zabiera nas do pierwszych płyt Iron Maiden.Nie zabrakło też elementów hard rockowych co słychać w lżejszym "Prett may".Nie najgorzej wypada też stonowany i bardziej urozmaicony "Chasing Dragons", w którym gitarzyści dają niezłego czadu. Słychać, że wciąż potrafią wygrywać złożone i miłe dla ucha solówki.Kolejnym kolosem na płycie jest marszowy "Voage of the world raiders". Znów słychać nawiązania do Iron Maiden i to z świetnego "To tame land". Ten album zaskakuje na pewno ilością długich kompozycji. "Critical Mass" to kolejny długi utwór i znów słychać ciekawe rozbudowane motywy i nawiązanie do ery ironów, tylko że tym razem z czasów "The number of the beast". Nie brakuje też elementów progresywnych co słychać w bardziej pokręconym i klimatycznym "Cocoon". W podobnych klimatach utrzymany jest 11 minutowy kolos "The illusions tears", który zamyka całość. Jednym słowem White Wizzard powraca w bardzo dobrym stylu. Płyta jest równa, przemyślana i bardzo dojrzała. Jedna z ich najciekawszych płyt w dorobku. Dobry początek roku nie ma co.

Ocena: 8/10

COLDSPELL - A new world arise (2017)

4 lata kazali czekać swoim fanom Szwedzi z Coldspell, ale nie był to czas zmarnowany. Zespół znów nagrał solidny album, który zadowoli fanów melodyjnego heavy metalu i hard rocka. Jest w tym coś z Magnum, Europe, Def Leppard, Love might Kill czy Heat. "A new world  arise" to album, który rozwija cechy, które były uwidocznione na poprzednich albumach. Tak więc nie ma mowy o niespodziance, czy eksperymentowanie. Coldspell robi swoje i dalej gra melodyjny metal z domieszką hard rocka. Trzeba przyznać, że "A new world arise" kusi ciekawymi zagrywkami Micheala, który stworzył sporo atrakcyjnych melodii i zadziornych riffów, które ukazują w jak dobrej formie jest szwedzki band. Warto pamiętać, że Coldspell to przede wszystkim czysty i rockowy wokal Niklasa, który nadaje całości odpowiedniego klimatu. Zawartość jest równa i urozmaicona, tak więc nie sposób się nudzić. Już sam otwieracz "Forevermore" powala energią i dynamiką. Dalej jest zadziorny "Call of the Wild" , komercyjny "Signs" czy agresywny "This is me". Jak przystało na Coldspell nie brakuje hitów co potwierdza "Wait until tommorow" czy przebojowy "Just one night". Nie ma rewolucji, ale nie tego się oczekuje od tej kapeli. Jest melodyjnie, przebojowo i przyjaźnie. Właśnie na takie albumy w ich wykonaniu czekamy.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 9 stycznia 2018

PALANTIR - Lost Between Dimensions (2017)

"Lost Between Dimensions" to debiut szwedzkiej formacji Palantir, który śmiało można polecić fanom Lost Horizon, Morifade czy Nocturnal Rites. Melodyjny power metal nie jest tutaj głównym czynnikiem, bowiem w muzyce Palantir znajdziemy też elementy progresywne i science fiction. Dodatkowym atutem tego wydawnictwa jest fakt, że produkcją zajął się Ced Forsberg znany z Blazon Stone czy Rocka Rollas. Dzięki temu można być spokojnym o jakość tej płyty.  Znajdziemy tutaj sporo ciekawych i klimatycznych kawałków, a najlepsze jest to że płyta jest urozmaicona i bardzo przebojowo.  Sami muzycy mimo braku większego doświadczania imponują profesjonalizmem. Marcus, który pełni rolę wokalista śpiewa czysto i z łatwością wchodzi w górne rejestry. Album otwiera nastrojowy "To Valhalla", który oczywiście nawiązuje do twórczości Falconer, czy Blind Guardian, co już dobrze świadczy o utworze.Dalej mamy rozpędzony i melodyjny "Escaping Reality", w którym zespół pokazuje jak bardzo chce stworzyć odpowiedni klimat s-f. Marszowy "Revival" jest bardziej nowoczesny w swojej stylizacji. Co więcej w tym kawałku mamy więcej progresywnych elementów, co jeszcze bardziej upiększa ten utwór. "Warriors of the Sun" też zaskakuje klimatem i popisem wokalnym Marcusa. "Centre of My life" to ukłon w stronę Sonata Arctica czy Stratocarius. Bardzo melodyjny i lekki kawałek.Mamy jeszcze marszowy i bardziej epicki "Kings and Queens". Punktem kulminacyjnym jest "Lost between dimensions", który przemyca sporo ciekawych elementów i przypomina stary dobry Lost Horizon, Rhapsody czy Gamma Ray. Świetny kawałek, który idealnie podsumowuje cały krążek. Miłe zaskoczenie tego roku i warto znać ten album, bo panowie pokazali klasę i pomysłowość.

Ocena: 9/10

piątek, 5 stycznia 2018

BATTLE RAIDER - Battle raider(2017)

Kiedy patrzę na zdjęcia zespołu Battle Raider to się zastanawiam czy to modele czy muzycy? Jaki jest cel pokazywać gołą klatę i kto jaki kaloryfer ma? Nijak to pasuje do heavy metalu, chociaż Manowar przecież słynął z takich zdjęć. Na szczęście najważniejsza jest muzyka i kto jak gra, a nie zdjęcia promocyjne. Meksykański band Battle Raider to coś dla fanów true heavy metalu, coś dla maniaków Manowar czy Jackie starr Burning Star."Battle Raider" to drugi album tej formacji i jest jeszcze ciekawiej niż na debiucie. Jest sporo smaczków, który przybliżają band do twórczości Manowar. Edd Thunder sprawia, że partie basowe są mocne, wyraziste i nadają odpowiedniego charakteru. Mocnym atutem tego zespołu jest bez wątpienia utalentowany Steve Sheepers, który śpiewa z ikrą. Przede wszystkim zaskakuje jak z łatwością wchodzi w wysokie rejestry. Otwieracz "Flying Fingers" to strzał między oczy i do razu można doznać szoku, że ten zespół gra w takim stylu i na takim poziomie. Marszowy i bojowy "Battle raider" to świetna wizytówka tej płyty i przykład, że lata 80 można odtworzyć. Skutek jest imponujący. Więcej Manowar i takiego true heavy metalu uświadczymy w epickim "Atlateans of Gold" czy "Early fantasy". Najdłuższy na płycie jest "Commander", który przypomina czasy "Battle Hymn". Dzieje się całkiem sporo w tym kolosie. Całość zamyka klimatyczny i urozmaicony "a sioux prayer", który idealnie wieńczy całość. Jedna z ciekawszych niespodzianek tego roku 2017. Świetny i utrzymany w klimatach Manowar album. Polecam.

Ocena:9/10