poniedziałek, 24 kwietnia 2017

DISTANT SUN- Into The Nebula (2016)

W 2010 r powstał Distant Sun i jest to kolejny świetny power metalowy zespół prosto z Rosji. Najlepsze jest to, że muzycy Distant Sun w dużej mierze gra w innym świetnym zespole, a mianowicie Shadow Host. Oba zespoły mają podobny styl, podobny klimat i podobny potencjał. Jednak Distant Sun zabiera nas w rejony science – fiction co jeszcze bardziej mi odpowiada. Już debiutancki album „Dark Matter” był świetny i pozbawionych jakiś wpadek czy nie potrzebnych wypełniaczy. Na następcę tamtego dzieła przyszło nam czekać tylko rok i najlepsze jest to, że najnowsze dzieło „Into The Nebula” niczym nie ustępuje poprzednikowi, a nawet go przebija. Nowy krążek jest bardziej dojrzały, bardziej zadziorny i ma większą liczbę przebojów. Wszystkiego jest więcej i w lepszym wydaniu. Klimat sciencie fiction został jeszcze bardziej pogłębiony co jeszcze bardziej winduje ten album na szczyty w notowaniach tegorocznych. Tak płyta ta zasługuje na wysokie miejsce w rankingach bo nie dość że pokazuje jak grać power metal, to jeszcze znakomicie łączy klasyczne patenty z nowoczesnymi. Mamy więc mieszankę agresywności, nowoczesnego brzmienie i typowej klasycznej przebojowości na miarę Gamma Ray, Primal Fear czy Iron Savior. Ostre niczym brzytwa riffy i charyzmatyczny wokalista Alexey to cechy charakterystyczne Distant Sun. Nowy album od początku do końca zachwyca świeżością, dynamiką i niezwykłą przebojowością. Klimatyczna okładka jeszcze bardziej zachęca do sięgnięcia po to wydawnictwo. Na płycie jest tylko 9 utworów, ale to wystarczy by zachwycić słuchacza. Już sam otwieracz „My Trust” to strzał w dziesiątkę. Mamy tutaj wszystko czego nam potrzeba. Thrash metalową motorykę, agresję, power metalową przebojowość i złożone popisy gitarowe. W podobnej konwencji utrzymany jest rozpędzony „Game of War”. Jeszcze więcej agresji i technicznego grania uświadczymy w bardziej thrash metalowym „God Emperor” i w sumie jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Sporo dzieje się przez te 5 minut. Dalej mamy nieco cięższy „Inspired by fear”, który ma zapędy bardziej heavy metalowe i na myśl nasuwa się Primal fear w tym przypadku. Jak ktoś lubi bardziej progresywne zacięcie i bardziej rozbudowane kawałki, ten polubi z pewnością „Adromeda”, w którym zespół momentami ociera się o twórczość Metalliki. Do grona mocnych kawałków trzeba zaliczyć energiczny „the battle that never ends” czy balladowy „I do believe”. Bardzo dojrzały album wyszedł Rosjanom i znajdziemy tutaj troszkę thrash metalu w stylu Metalliki i sporo power metalu rodem z Gamma Ray czy Primal fear. Wartościowy album, który może daleko zajść w ostatecznych rankingach roku 2016.

Ocena: 9/10

niedziela, 23 kwietnia 2017

SLECHTVALK - Where wandering shadows and mists collide (2016)

Jeżeli ktoś lubi melodyjny death metal, czy viking metal i jest wielbicielem twórczości Amon Amarth ten bez problemu przekona się do holenderskiej kapeli o nazwie Slechtvalk. Kapela powstała w 2000r i w zasadzie początkowo to był projekt jednego człowieka, a mianowicie Shamgara. Jednak w końcu udało się przekształcić projekt w prawdziwy zespół. Obecnie zespół powrócił z nowym albumem zatytułowanym "Where Wandering shadows and mists collide" i to po 6 latach przerwy. Jak wypada najnowsze dzieło na tle innych?

Z pewnością można powiedzieć, że jest dojrzałe, przemyślane i dopieszczone pod względem różnych elementów. Mamy soczyste, ostre niczym brzytwa brzmienie, które potrafi nas osaczyć z każdej strony. Jest też klimatyczna i kolorystyczna okładka, która zachęca do sięgnięcia po ten album. Zawartość krążka również jest dobrze wyważona i urozmaicona, tak więc nie ma powodów do nudzenia się. Shamgar i Seraph tworzą zgrany duet gitarowy i na płycie roi się od chwytliwych melodii i agresywnych riffów. Tak więc dzieje się sporo pod tym względem. W centrum uwagi jest bez wątpienia Shamgar i jego specyficzny i techniczny wokal. Od razu słychać, że jest to muzyka z pogranicza melodyjnego death metalu i viking metalu.

Płytę otwiera szybki i dynamiczny "We Are", który od razu pokazuje nam czego można się spodziewać po tej płycie. Marszowy i mroczniejszy "Asternas" ma w sobie więcej epickiego charakteru. Sporo ciekawych motywów zespół przemyca w tym utworze, a techniczny aspekt jest imponujący. "Betrayed" jest bardzo melodyjny i przebojowy, a stylem przypomina nieco twórczość Kalmah. Dalej mamy bardziej rozbudowany i klimatyczny "March to Ruin", który również ma nas porwać epickim charakterem. W "Nemesis" można doszukać się dawnej przeszłości zespołu czyli elementy black metalu. Duża agresja i dynamika wypływa z energicznego "The Shrouded grief" czy "Malagh Defiled". Imponuje również rozbudowany kolos w postaci "Wandering Shadows" czy melodyjny "Homebound", który zamyka album.

O najnowszym albumie holendrów można napisać wiele i w sumie mogą być różne opinie na jego temat. Dla jednych będzie to zbyt agresywne, a dla jednych zbyt monotonne. Jednak gdy się słucha tego krążka to od razu słychać, że zespół lubi robić to co robi, lub ten rodzaj metalu i wie jak tworzyć go by był atrakcyjny dla słuchacza. Na "Where wandering shadows and mists collide" dzieje się sporo i jest to płyta która może przypaść do gustu fanom takiego grania. Polecam!

Ocena: 8/10

sobota, 22 kwietnia 2017

LABYRINTH - Architecture of a God (2017)



Świat zapomniał o Labyrinth i w sumie zespół w dużej mierze sam sobie to zgotował. Liczne zmiany personalne i borykanie się z różnymi problemami, a do tego długa abstynencja w wydawaniu nowej muzyki. Ten włoski band powstał w 1994 r na fali boomu na power metal i szybko zyskali sławę w latach 90. Wtedy właśnie wydali swoje najlepsze albumy, na czele z "Return to Heaven Denied". Jednak potem różnie to było z płytami tej kapeli i w sumie ostatni album to kontynuacja "Return to heaven denied", która ukazała się w 2010 r. Od tamtej pory  zespół umilkł. Zawsze można ich było ustawić obok Secret Sphere,Vision Divine, czy Highlord. Jednak teraz po 7 latach Labyrinth wraca z nowym składem i nowym albumem w postaci "Architecture of a god".

Zatrudniono klawiszowca Olga Smirnoffa, Johna Maculuso, a także Nicka Mazzucconi i od razu można odnieść wrażenie, że muzyka Labyrinth ożyła i zyskała na jakości. Jest bardziej klasycznie, bardziej w stylu pierwszych płyt. Klasyczna okładka to nie jest tani trik, by zwieść fanów. Włoski band wrócił do swoich korzeni, do progresywnego power metalu, w którym jest miejsce dla wyszukanych melodii, dla dojrzałych riffów i specyficznego klimatu. Muzyka zawarta na nowej płycie jest złożona, bardzo wciągająca i nie taka łatwa jak mogło by się wydawać. Trzeba ją stopniowo dawkować i odkrywać jej wewnętrzne piękno. Tego nie da się zrobić szybko i byle jak. Płyta kryje wiele uroczych motywów i to jest atut "Architecture of a God". Motorem napędowym są nie tylko gitarzyści, ale też wokalista Roberto Tiranti, który dalej zostaje w czołówce najbardziej uzdolnionych wokalistów. Śpiewa emocjonalnie, techniczne i bardzo czysto. Nadaje kompozycjom zadziorności i progresywnego charakteru.

Płytę promował "Someone says", który ma w sobie moc i power metalowego kopa. Dawno Labyrinth nie stworzył takiej petardy, która tak szybko zapada w pamięci. Wszystko tutaj zachwyca począwszy od chórków, wokali, aż po warstwę instrumentalną. Drugim utworem, który posłużył do promocji nowego krążka był otwieracz "Bullets". Klimatyczny kolos, który śmiało może konkurować z Dream Theater czy Ayreon. Ciekawe wprowadzenie, z taką nutką niepewności, rockowego feelingu i nowoczesności. Utwór szybko nabiera mocy i dynamika. Bardzo dobre otwarcie krążka. Mocne partie basowe są atutem "Still Alive". Jest to nieco inna kompozycja, bowiem tutaj jest bardziej spokojnie, bardziej rockowo. Idealny dowód, na to że kapela nie gra na jedno kopyto. Więcej agresji, power metalowego kopa uświadczymy w rozpędzony "Take on My legacy", który jest jednym z moich osobistych faworytów. Prawdziwa petarda i tego mi brakowało na ostatnich płytach Labyrinth. Melodyjne i pomysłowe partie klawiszy nadają odpowiedniego tonu rytmicznemu "A new Dream". Labyrinth potrafi wykreować tajemniczy i klimat taki nieco futurystyczny co potwierdza w rozbudowanym i złożonym "Architecture of God". Dzieje się tutaj sporo i nie wszystko udaje się uchwycić tak od razu. Na albumie znalazło się też miejsce na cover kultowego kawałka Roberta Milesa, czyli "Children". Bardzo fajnie wyszło przerobienie utworu z pogranicza techno na heavy metal. Jednak można. "Those Days" też łagodniejszy i bardziej progresywny w swej naturze, z kolei "We belong to yesterday" jest bardziej melodyjny i zadziorny. Warto jeszcze wspomnieć o power metalowej perełce w postaci "Stardust and Ashes".

7 lat czekania to kawał czasu, ale warto było. Labirynth powrócił z jednym z swoich najlepszych albumów. Ta płyta ma bardzo specyficzny klimat, który wciąga i nie daje o sobie zapomnieć. Kompozycje są dopracowane, dynamiczne i pełne ciekawych melodii. Na taki Labyrinth fani długo czekali. Świetna konkurencja dla Ayreon.

Ocena: 9/10

piątek, 21 kwietnia 2017

CLOVEN HOOF - Who mourns for the morning star? (2017)




W oczekiwaniu na cud.........

Nazwa Cloven Hoof budzi we mnie respekt i przywołuje miłe wspomnienia z tą grupą, bo ich muzyka jest mi bardzo bliska. Pierwsze trzy albumy tej grupy na czele z "A Sultan's Ransom" to czysta klasyka i czołówka heavy/power metalu lat 80. Muzyka tej grupy zawsze jednoczyła fanów Angel witch, Grim Reaper czy Satan. Jednak mimo tego, że jest to brytyjska grupa to ich muzyka nie tylko nawiązuje do NWOBHM, ale też amerykańskiego heavy/ power metalu. Cloven Hoof to niezwykły band, który potrafi też przenieść coś z Cirith Ungol czy Liege Lord. Zespół przechodził wiele ciężkich prób i okresów, ale kiedy udało się wrócić to nie był to powrót w glorii i chwale. "Resist to serve" to był solidny album, ale czegoś brakowało i raczej można było mówić o rozczarowaniu. Cały czas czekałem na cud, że doczekam się naprawdę albumu na miarę marki Cloven Hoof. W końcu pojawiła się nadzieja. Światło dzienne ujrzał "Who Mourns for the mornig Star?"



Cud się zdarzył. Jednak nie obeszło się bez poświęceń. Zmiany personalne były nieuniknione i właściwie z poprzedniej płyty został tradycyjnie basista Lee Payne i gitarzysta Chris Coss. Drugim gitarzystą został 23 letni  Luke Hatton, a także perkusista Danny White i wokalista George Call, którzy są znani z Omen, czy Aska. No nie powiem muzycy są bardziej dopasowani niż na poprzedniej płycie. Najlepszym wyborem okazał się George Call, który wnosi ożywienie do zespołu i muzyki Cloven Hoof. Znów jest agresywnie, jest moc w tej muzyce i George Call przyprawia o dreszcze. Już w Aska pokazał klasę i swój potencjał. Na nowym albumie Brytyjczyków śpiewa dynamicznie i z pazurem i nie stroni od wysokich rejestrów. To właśnie on przyczynił się do sukcesu i wspomnianego cudu. Cloven Hoof brzmi jak za dawnych lat i ma w sobie to coś. Jest melodyjnie, agresywnie, przebojowo i wszystko jest zagrane z polotem i pomysłem. Nie ma tutaj podróby lat 80, tutaj jest żywy heavy metal. Materiał jest bardziej spójny i bardziej wyważony, a najlepsze jest to, że każdy utwór prezentuje zupełnie inne oblicze zespołu.

Mamy dynamiczny i rozpędzony "Star Rider", który oddaje to co najlepsze w muzyce metalowej. Chwytliwe i melodyjne partie gitarowe. Dynamiczna sekcja rytmiczna i wyrazisty wokalista. Jest klimat lat 80, jest moc i duch starych płyt Cloven Hoof. Oj dawno panowie tak nie grali i szczeka opada. Nie zmienia to faktu, że utwór bardziej utrzymany w klimatach amerykańskich. Nutka hard rocka, echa starego Judas Priest są cechami urozmaiconego i klimatycznego "Song of Orpheus". Zespół nie idzie na łatwiznę i słychać chęć tworzenia nowych utworów, a nie powielanie znanych patentów. Ostro tnące gitary w "I talk to the dead" są urocze i przypominają drugą młodość Accept, której jesteśmy obecnie świadkami. Mocny kawałek, który śmiało mógłby znaleźć się na ostatnim krążku Saxon. Więcej brytyjskiego grania z lat 80 mamy w komercyjnym i lżejszym "Neon Angels". Odpłynąć można w bardziej stonowanym i dojrzałym "Morning Star". Piękny jest ten spokojny, balladowy początek i mocniejsze rozwinięcie kawałka. Klasa sama w sobie. Najszybszy na płycie "Time to Burn" to killer na miarę hitów z "Painkiller" Judas Priest. Kwintesencja Cloven Hoof, a także encyklopedyczny przykład jak grac ostry, wysokich lotów heavy/power metal. Aż dziw bierze, że to Cloven Hoof, który nie grzeszył ostatnio pomysłowością. Zadziorny i melodyjny "Mindmaster" potrafi oczarować złożoną strukturą i popisami wokalnymi Georga. Bardzo klasyczny też jest "Go tell the spartans", który mocno nawiązuje do lat 80 i NWOBHM.Całość zamyka rozbudowany i klimatyczny "Bannockburn". Idealne zwieńczenie tej świetnej płyty.

Nigdy nie przestawaj wierzyć...

Cloven Hoof powrócił z świata  umarłych. Powrót z "Resist to serve" nie był wymarzony, ale liczył się fakt, że kultowa kapela lat 80 wróciła. Trzeba było dokonać kilku zmian personalnych, przemyśleć kwestie aranżacji i stylu. Drugie uderzenie brytyjskiej formacji jest bez błędne. Wrócił stary dobry Cloven Hoof. Jest agresja, moc, przebojowość i atrakcyjne melodie. Panowie stanęli na wysokości zadania, a moim bohaterem jest wokalista George, który wybawił Cloven Hoof. Najlepszy album od czasów genialnego "A Sultans Ransom".

Ocena: 9.5/10

REPTILE - Solid Metal Rules (2016)

Ciężko w dzisiejszym świecie muzyki heavy metalowej o album, który zaskoczy formułą, zaskoczy słuchacza swoją formą i charakterem. Wiele zespołów najzwyczajniej w świecie idzie na łatwiznę i nie stara się zaskoczyć fanów jakiś nowym elementem, czy pokazanie nowych trendów. Ciężko o taki zespół, który postawi na jakieś inne rozwiązania, który przedstawi nową jakość heavy metalu i przeciw stawi się prostemu heavy metalowi mocno wzorowanemu na latach 80. Kolumbijski Reptile może nie tworzy czegoś nowego, ale stara się pokazać nieco inny charakter heavy metalu. Niby nawiązują do lat 80 czy 90, niby nawiązują do klasyki, ale starają się grać po swojemu i z własną wizją. Odejście od typowego heavy metalowego wokalisty na rzecz bardziej thrash metalowego wokalisty już czyni Reptile bardziej oryginalnym zespołem od wielu innych młodych zespołów. Ciekawe logo, tematyka kawałków poruszająca sferę zła, czy nienawiści, a także pomysłowość na kompozycje sprawiają, że debiutancki album Reptile w postaci „Solid Metal Rules” zasługuję na uwagę fanów takiej muzyki. Na płycie znajdziemy 8 utworów dających 35 minut muzyki. Może i mało, ale jakość to rekompensuje. Zaczyna się szybko i mocno, bo od złowieszczego „Wake up Fool!” Tak czas się obudzić, bo wkracza Reptile i nie ma zamiaru stosować półśrodków. Mocny riff i złożona współpraca gitarzystów rzuca się od razu w uszy, choć bardziej przykuwa uwagę wokal Avernala, który buduję od podstaw muzykę Reptile. Śpiewa agresywnie, momentami thrash metalowo, ale też gdy trzeba to i czysto, bardziej heavy metalowo. Zespół znakomicie potrafi połączyć melodyjność z agresją, przy tym tworzyć prawdziwe przeboje co potwierdza to „Luciferian Street killer”. Z kolei tytułowy „Solid metal rules”ma w sobie więcej klasycznych patentów i ukazuje nieco inne oblicze zespołu. Niezwykle melodyjny i szybki „Reptile” pod wieloma względami przypomina stare hity Iron Maiden. Podobieństw będzie całkiem sporo jak się dobrze wsłuchać w ten kawałek. Klimatyczny instrumental w postaci „Ancient lizard” znakomicie obrazuje jak uzdolnionych muzyków ma Reptile w swoim składzie. Najdłuższy na płycie i zarazem najszybszy jest „Pagans” i tutaj zespół wspina się na wyżyny swoich umiejętności. Dzieje się sporo i nie ma mowy o monotonności. Więcej thrash metalu i wpływów Kreator mamy w melodyjnym „Sweet smell of Hell”. Całość zamyka klimatyczny i mroczniejszy „Waves of Desolation”. Wytwórnia Stormspell wypuściła kolejny mocny album heavy metalowy i w sumie dobrze że pomagają młodym kapelom jak Reptile wejść w wielki świat muzyki. „Solid metal rules” to bezbłędny album, który pokazuje że heavy metal nie musi być taki przewidywalny i oklepany.

p.s okładka tego albumu to jedna z najlepszych okładek roku 2016 !

Ocena: 9/10

środa, 19 kwietnia 2017

NIGHT DEMON - Darkness Remains (2017)



Wychowałeś się na starych płytach Iron Maiden czy Saxon? Masz plakaty Diamond Head i vinyle pierwszych płyt Angel Witch? W twoim sercu jest tradycyjny heavy metal i NWOBHM? Brakuje ci nowych dźwięków w tych klimatach? To na pewno nie jest ci obcy zespół o nazwie Night Demon. Ta amerykańska formacja jest młoda, ale głodna sukcesu i wie jak zabrać słuchacza do lat 80. Działają od 2011r, ale już debiutancki album "Curse of the damned" cieszył się sporym zainteresowaniem i szybko przyniósł sukces zespołowi. Na drugi album przyszło czekać 2 lata, ale warto było, bowiem "Darkness Remains" to czysta perfekcja i kwintesencja tego co mieliśmy w latach 80. Night Demon oddaje hołd dla NWOBHM.

Wszystko jest tutaj jak z lat 80. Prosta i rysowana ręcznie okładka, przybrudzone brzmienie czy wreszcie wokalista Jarvis Leatherboy. Jego głos jest taki naturalny, taki charyzmatyczny i mocno przesiąknięty latami 80. "Welcome to the Night" to idealny otwieracz i wprowadzenie w świat Night demon, jeśli ktoś nie zna ich twórczości z poprzedniego albumu. Jest szybko, prosto i bardzo przebojowo. Bardziej zadziorny i hard rockowy jest "Hallowed Ground", z kolei speed metalowy "Maiden Hell" to kwintesencja stylu Night demon. Bardziej urozmaicony jest "Stranger in the Room", który z wolniejszego tempa przeradza się w szybszy i bardziej dynamiczny utwór. Na nowym albumie skrzydła rozwinął gitarzysta Armand, który gra o wiele ciekawiej niż na debiucie. Potrafi grac prosto i agresywnie jak w "life on the run" czy lekko i energicznie jak w "Dawn Rider". Dalej mamy pomysłowy i dynamiczny "Black Widow", który jest jednym z najlepszych kawałków tej formacji. Można jednak grać prosto, ostro i bardzo melodyjnie, na wzór kapel z lat 80. Fani Judas Priest czy Scorpions na pewno pokochają zadziorny "On Your Own". Instrumental w stylu Iron Maiden też znalazł swoje miejsce i "Flight of  the manticore" jest po prostu fenomenalny. NWOBHM wybrzmiewa tutaj w każdym utworze. Zamykający "Darkness Remains" to stonowany utwór, który ma w sobie coś z wczesnego Black Sabbath.

Night Demon jest z każdym albumem jeszcze ciekawszy, jeszcze bardziej dojrzały i pomysłowy. Kapela kwitnie, a ich muzyka jest imponująca. Panowie oddają hołd NWOBHM i to w świetny sposób. Czekamy na kolejne wydawnictwa! "Darkness Remains" na pewno namiesza w tegorocznych zestawieniach.

Ocena: 9.5/10

AYREON - The Source (2017)



Trzeba być geniuszem muzycznym by połączyć progresywny metal z power metalem, elementami symfonicznego metalu, do tego jeszcze trzymać się koncepcyjnych opowieści utrzymanych w świecie sience fiction. Jest pewien holenderski muzyk, który dał się poznać jako wszechstronny muzyk, który nie potrafi zaszufladkować swoich pomysłów do jednego projektu, zespołu. Jest niczym Ced z Rocka Rollas, który tworzy cały czas muzykę dla różnych zespołów, czy swoich projektów. Mowa o Arjenie Anthonym Lucassenie, który jest jedynym w swoim rodzaju muzykiem, który już dawno temu stworzył swój styl, który nie da się pomylić z innym. Potrafi tworzyć futurystyczny klimat, który jest budowany w oparciu o wspaniałe głosy gości, progresywne zagrywki klawiszowców, a także charakterystycznych partii gitarowych, które wymyśla. Znakomicie przychodzi mu łączenie światów dream Theater, Blind Guardian, Deep Purple, Rainbow, Uriah Heep, Iron maiden, avantasia czy innych znanych kapel, a przy tym być sobą. Tak to jest geniusz, który często wydaje swoją muzyką. W tym roku przyszedł czas na kolejny album Ayreon, czyli progresywnej metalowej opery. Najbardziej lubię z Ayreon "The universal migrator" i pierwsze albumy. Akurat "The Source" to preguel opowieści, która została przedstawiona na "01011001".

Najnowsze dzieło Lucassena to dziewiąty album pod nazwą Ayreon i jest to powrót do korzeni, do sience fiction, do bardziej gitarowego grania, do bardziej dynamicznego i właśnie na taki obrót sprawy czekałem. Sama liścia gości jest imponująca bowiem pojawiają się tutaj ikony Nightwish, Blind Guardian, edguy, czy Kamelot. Mamy dwupłytowy album co daje 90 minut muzyki. Jest to pierwszy album wydane pod skrzydłami wytwórni Mascot Label group.

Sama muzyka jest dojrzała, bardzo głęboka i emocjonalna. To jest coś więcej niż zlepek różnych melodii, motywów. Dźwięki budują napięcie, tworzą historię i przenoszą słuchacza do innego świata. Już otwierający kolos "The Day that the worlds break down" urzeka patosem, przepychem i wykonaniem. Dzieje się tutaj sporo i bierze udział tutaj sporo znakomitych wokalistów.  Przepych nie przytłacza, a tylko imponuje pomysłowością Arjena. W końcu jest też mocniej, bardziej gitarowo niczym na ostatnim albumie Star One. Wkracza ostry riff, który idealnie współgra z futurystycznymi klawiszami. Jest w tym gdzieś coś z Dream Theater, Blind Guardian, Queeen czy Deep Purple. Kupuje to od samego początku. Jest tutaj Floor Jansen, Hansi Kursch, Russel Allen czy Tobias Sammet. Kwintesencja Ayreon i progresywnego metalu. Spokojny, nieco folkowy "Sea of Machines" to taki ukłon w stronę Blind Guardian.  Znów pojawia się ciekawy motyw, sporo urozmaiceń i smaczków. Całość jest po prostu imponująca. Chórki sprawiają, że jest większy rozmach i bardziej operowy charakter. Echa Queen można doszukać się w nowoczesnym i agresywnym "Everbody dies", który wcześniej promował już "The Source". Kolejnym mocnym kawałkiem jest mroczny "Star of Sirrah", który stylem przypomina otwieracz.  Dalej mamy spokojny i emocjonalny "All that was", w którym kobiety rządzą. Jest to utwór bardziej folkowy, bardziej skierowany do fanów Nightwish. Najszybszym i najbardziej power metalowym kawałkiem na płycie jest "Run apocalypse Run", który idealnie pasowałby na ostatnim albumie Star One. Co może się tutaj podobać to bez wątpienia riff rodem z płyt Rainbow. Pierwszą płytę zamyka pomysłowy "Condemnad to live", którzy urzeka pomysłowym riffem i wykonaniem. Nie jest to typowy kawałek, a mimo operowego charakteru i zapędów pod Queen robi się jednym z mocniejszych punktów na płycie.


Drugi krążek zaczyna się od marszowego i urozmaiconego "Aquatic Race", który pokazuje nieco inne oblicze Ayreon. "The dream Dissolves" to utwór bardziej klimatyczny i progresywny. Dzieje się tutaj naprawdę sporo i sience fiction jest wszech obecny. Ostry riff, klasyczne rozwiązania to cechy przebojowego "Deathcry of a Race". Wyjątkowo dobrze spisuje się Tobias Sammet, co słychać po chwytliwym refrenie. Nawiązania do lat 70, do złotego okresu Rainbow czy Deep Purple mamy w rytmicznym "Into The Ocean". W takiej stylizacji Arjen wypada znakomicie i to nie pierwszy jego taki wyskok w tamte rejony. "Bay of dreams" jest bardziej futurystyczny i świetnie nawiązuje do ścieżki dźwiękowej filmu "Tron". Więcej power metalu mamy w rozpędzonym i energicznym "Planet Y is alive" i tutaj czadu daje Kursch, Allen, Karevik i Sammet. Kolejną petardą na płycie jest "Journey to Forever", który zdominowali Sammet i Kursch. Nie jest to klon Edguy czy Blind Guardian, ale utwór bardzo przebojowy i łatwy w odbiorze. Mógłby bez problemy odnieść sukces na antenie radiowej. Całość zamyka pomysłowy i bardzo futurystyczny "March of The Machines". To jest świetny przykład, że nawet przy wykorzystaniu minimum środków można stworzyć ciekawy i intrygujący utwór.

Przyszłość, świat opanowany przez maszyny, cała tematyka sience fiction zawsze mnie kręciła, ale to co robi Arjen zawsze mi imponuje. Tak jak King Diamond jest od opowiadania po przez muzykę historii grozy, tak Arjen opowiada niesamowite historie sience fiction. Melodie, ozdobniki jakie znajdziemy na "The source" są z górnej półki. Tworzył je fan sience fiction, któremu tematyka ta nie jest obca. Od tej strony jest to arcydzieło i dzieło skończone. Muzycznie również mamy album perfekcyjny. Dobrze wyważony, urozmaicony, dynamiczny, ale i przebojowy. Jest tutaj wszystko to co powinno zawierać arcydzieło. Epickie kolosy, lekkie przyjemne ballady, klimatyczne przerywniki, power metalowe galopady, czy bardziej wyszukane kompozycje. Dzieje się sporo, a te 90 minut muzyki nie nudzą, wręcz przeciwnie wciągają i na długo zostają w pamięci. Pokuszę się o stwierdzenie, że "The source" to jedno z najlepszych dzieł Arjena i to nie tylko pod szyldem Ayreon. Geniusz znów nas zaskoczył i pokazał, że nie ma sobie równych.

Ocena: 10/10

BLACK HAWK - The end of the World (2017)



Niemiecki Black Hawk to jeden z tych zespołów, który mógł rozwijać się w latach 80 i wtedy zdobywać sławę, ale losy potoczyły się inaczej. Swój debiutancki album wydali dopiero w 2005 r.  Teraz po 4 latach wracają z 6 albumem i "The end of the World" to kawał soczystego teutońskiego metalu spod znaku Udo, Accept czy Grave Digger. Choc nie brakuje w tym elementów amerykańskiego heavy/ power metalu reprezentowanego przez Attacker.  Najważniejsze jest to, że Black Hawk zaciera złe wrażenie jakie pozostawił po poprzednim albumie zatytułowanym "A mighty metal axe".

Okładka jest typowa dla tego zespołu i w zasadzie nie wzbudza większego zainteresowania, ale na szczęście muzyka jest o wiele ciekawsza. Nawet brzmienie panowanie dopracowali i zadbali by było ostro i zadziornie. Wolfgang i Gunter dwoją się i troją by ich partie były energiczne, zapadające w pamięci i zagrane z polotem. Udało się to w sumie, bo na płycie jest całkiem sporo chwytliwych melodii i motywów. Może nie ma w tym za grosz oryginalności i często pojawiają się jakieś znane motywy czy melodie. Na przykład taki "Killing for Religion" to kopia "The wrong side of Midnight" Udo. Szybki "Ruler of The Dark" to z kolei utwór, który śmiało mógłby znaleźć się na debiucie Running Wild. Riff "What a World" przypomina nieco "East meet West" Warlock. Z kolei rozpędzony i drapieżny "Street of Terror" nawiązuje do twórczości Attacker. Kompozycje, które wymieniam nie są złe, wręcz przeciwnie, ale brakuje im oryginalności. Mroczny, epicki "The End of the World" to kompozycja bardzo klimatyczna i urzekająca marszowym tempem, a także intrygującymi solówkami. "scream in the Night" to z kolei zrzynka z Paragon i zespół jakoś się z tym nie kryje. Ostro cięte gitary i specyficzny wokal Udo Bethke są tutaj niemal identycznie jak w Paragon. Przebojowy "Legacy of Rock" to taki miks Dio i Battle beast,choć nie brakuje nawiązań do "To the Metal" Gamma Ray. Dalej mamy power metalowy "Just like in Paradise", który brzmi jak kalka "Wastelands" Avantasia i "March of Time" Helloween. Całość zamyka energiczny "Dragonride", który idealnie wieńczy ten album, w którym jest sporo znanych motywów i melodii.

Nie ma oryginalności, nie ma świeżości, ale jest bardzo solidny materiał, którzy przypomni nam kilka znanych melodii. Mimo pewnych wad i tak jest ciekawiej niż na ostatnim albumie Black Hawk. Każdy fan heavy/power metalu powinien obczaić najnowsze dzieło Niemców. Warto!

Ocena: 7.5/10

wtorek, 18 kwietnia 2017

RISING STEEL - Return of warlord (2016)

Rising Steel to debiutancki band prosto z Francji, który powstał w celu graniu klasycznego heavy metalu, który ma nam przypominać o dokonaniach Motley Crue, Judas Priest, accept, Iron maiden czy Helstar. Potrafią też nawiązać do rodzimych kapel i mam tutaj namyśli choćby świetny Nightmare. Może nie grają niczego odkrywczego to jednak trzeba przyznać, że mają w sobie ogromny potencjał. Grają z pasją i każdy z muzyków zna się na swojej robocie. Emmanuelson to uzdolniony wokalista i ciekawej barwie głosu, która idealnie pasuje do heavy metalowej otoczki. Nadaje kompozycjom charakteru i drapieżności. Równie dobrze radzą sobie gitarzyści i trzeba przyznać, że Tony i Mighty V. wygrywają ciekawe riffy. Przede wszystkim bije z nich surowość, naturalność i drapieżność. Nie brakuje w tym pomysłowości i nutki szaleństwa. Mimo wtórności debiutancki krążek „Return of the warlord” może się spodobać fanom mocnego, mrocznego heavy metalu o rycerskim charakterze. Okładka płyty raczej nasuwa skojarzenia z Manowar czy Stormwarrior, jednak płyta ma nieco inny charakter. Weźmy choćby mroczny i zadziorny otwieracz „breaking the Silence”, który brzmi jak hołd dla Mercyful Fate czy Helstar. Niezwykle szybki i dynamiczny utwór, w którym nie brakuje elementów wyjętych z thrash metalu. W nieco innym klimacie jest „monster”, bowiem tutaj pojawiają się dźwięki bardziej melodyjne, bardziej hard rockowe. Wysoki poziom dalej jest utrzymany. Fanom szybszego grania na pewno przypadnie przebojowy „The Watcher” czy energiczny „People of the Moon” , które mają coś z Iron Maiden. Oprócz tego typu kawałków na płycie jest pełno mrocznych i zadziornych kompozycji stylizowanych na twórczości Mercyful Fate. Bardzo dobrze to obrazuje toporniejszy „Dead or Alive” czy klimatyczny i nieco okultystyczny „Evil Master”. Końcówka płyty jest również udana i potwierdza to przebojowy „Never Give Up” i dynamiczny „Hell's Control”, które przypominają dokonania Judas Priest. Nie znalazło się miejsca dla wolnych kompozycji i to jest kolejny atut płyty. Nie ma niepotrzebnych zwolnień i grania czegoś na siłę. Solidne, surowe brzmienie oddaje styl i charakter Rising Steel. Bardzo wartościowy debiut francuskiej formacji, która ma pomysł na siebie i wie jak nagrać wysokiej klasy album. Trzeba będzie bacznie obserwować ich karierę.

Ocena: 8/10

sobota, 15 kwietnia 2017

WARDRUM - Awakening (2016)

Od dłuższego czasu Wardrum to jeden z najlepszych zespołów pochodzenia greckiego, który specjalizuje się w heavy/power metalu. Wiedzą jak grać agresywnie, jak tworzyć ciekawe melodie i jak nagrywać solidne albumy co nie raz już potwierdzili. Najnowszy album „Awekening” to kolejny niezbity dowód, że Wardrum to świetny zespół, który zna się na power metalu i wie jak grać agresywnie i melodyjnie. „Awakening” to swoista kontynuacja „Messenger” i można dostrzec wiele podobieństw między tymi krążkami. Podobne brzmienie, analogiczna konstrukcja utworów czy wreszcie poziom zawartości. Panowie potrafią stworzyć przeboje i bardzo urozmaicony materiał. Nie ma mowy o monotonności czy nudnych wypełniaczach. „The unrepentant” to dynamiczny i agresywny kawałek, który jest utrzymany w klimatach Helstar czy Judas Priest. Dobrze wypada też nieco progresywny „right within Your heart” czy energiczny „Let the flames grow”. Od samego początku przypadł mi do gustu przebojowy i nieco hard rockowy „Virtues of humanity”. Jest to lekki i chwytliwy kawałek, który imponuje gitarowymi zagrywkami Kosta i J. Demiana. W podobnych klimatach utrzymany jest „Medusa” czy bardziej power metalowy „Time is the enemy”. Mocnym atutem płyty jest to, że album jest zdominowany przez power metalowe petardy. Dobrym tego przykładem jest „Baptised in fire” czy „Shade of hope”. Do grona mocnych kawałków na pewno też trzeba zaliczyć zamykający „the awekening”, który ma w sobie pokłady hard rocka. Wardrum dorzuca do swojej dyskografii kolejny jakże udany krążek i tym samym umacnia swoją pozycję w power metalowym światku. Warto poświęcić czas „Awakening”, który potwierdza jak dobrym zespołem jest grecki Wardrum.

Ocena: 8/10

wtorek, 11 kwietnia 2017

HAMMER KING - King is Rising (2016)

Muzycy z Ivory Night działają obecnie pod nazwą Hammer King, a najlepsze jest w tym to że przoduje tej formacji wokalista Patrick Fuchs. To właśnie on śpiewał w zespole Rosa The Bossa i od tamtego czasu bardzo mi zaimponował mi jego głos. Potrafi śpiewać wysoko i melodyjnie, a przy tym nadać utworom epickiego, rycerskiego charakteru. Debiut Hammer King to było dzieło skierowane do fanów Manowar, czy też Ross the Boss. Na „King is rising” przyszło czekać nam rok i w sumie trzeba przyznać, że było warto. Nie dość, że dostajemy swoistą kontynuację, to Hammer King pokazuję zwyżkę formy. Przede wszystkim zespół postawił na większą przebojowość, na większą dynamikę i ciekawsze melodie. Całość potrafi zaskoczyć partiami wokalnymi Patricka, a także złożonymi i pomysłowymi zagrywkami gitarzystów. Choć zespół nie tworzy niczego nowego i oryginalnego, ale znają się na swojej robocie. Dzięki temu płyta jest wysokich lotów i nie ma słabych punktów. Miła dla oka okładka, jeszcze ciekawsze i soczyste brzmienie to jest co sprawia, że odsłuch jest jeszcze przyjemniejszy. W porównaniu do debiutu dzieje się na płycie znacznie więcej i są jeszcze większe emocje. Zaczyna się od klasycznego riffu i niezwykłej melodyjności na miarę płyt Running Wild. Tak rozpoczyna się „King is Rising”, który od razu zwiastuje znakomity album. Jeszcze mocniejszy i agresywniejszy „Last hellriders” pokazuje, że zespół potrafi podgrzać temperaturę i otrzeć się o speed/power metal. Dalej mamy dynamiczny „for god and the king”, który idealnie pasuje do tego co Patrick tworzył z Rosem The Bossem. Hammer King nie zwalnia w żaden sposób i szybko dostarcza nam kolejny świetny kawałek w postaci „warrior's reign”, który zaskakuje formą i marszowym tempem. Niezwykle epicki i pomysłowy kawałek. Tak samo można wypowiedzieć się o „Kingbrother”, który idealnie wpasowuje się w twórczość Rossa The bosa. Z kolei „Battle Grose” to jeden z najszybszych kawałków na płycie, który pokazuje że zespół potrafi grać też o wiele ostrzej. W podobnym klimacie utrzymany jest żywiołowy „The hammer is the king”. Pomysłowością na pewno zaskakuje „Kill the mesenger” czy epicki „Eternal Tower of Woe”. Każdy z utworów to prawdziwa przygoda i uczta dla maniaków heavy/power metalu, zwłaszcza dla fanów twórczości Rossa The Bossa. Hammer King już znalazł swoje miejsce na rynku heavy metalowym. Już nie mogę się doczekać kolejnych dzieł.

Ocena: 9/10

niedziela, 9 kwietnia 2017

CUSTARD - A realm of tales (2017)

W niemieckim teutońskim metalu szczególne miejsce zajmuje formacja Custard, która powstała w 1987r. Kiedy zrodził się boom na power metal, to wtedy na dobre ta kapela zaczęła się rozwijać. Charakterystyczny wokalista Oli Strasser, dzięki swoim zapędom pod Roba Halforda czy Micheala Kiske szybko stał się ikoną Custard. Dzięki nim ta formacja jest rozpoznawalna i zaszła tak daleko. Reichart i Absorber z kolei dbają o to by każdy album miał kopa i sporo ciekawych melodii. Pierwsze wydawnictwa miały w sobie to coś, ale "Infested by Anger" z 2012 to raczej wpadka i parodia tego co prezentowali na początku. 5 lat czekania na nowy album okazał się nieunikniony, ale w efekcie dostajemy coś na miarę pierwszych płyt. Tak "A realm of tales" to kwintesencja stylu Custard i niemieckiego heavy/power metalu.

Na płycie znajdziemy 12 utworów, co łącznie daje prawie godzinny materiał. W sumie znajdziemy tutaj wszystko i dla każdego coś dobrego. Jest teutoński heavy metal, jest szybki power metal, a czasami zespół wkracza w rejony progresywne. "Queen of Snow" to taki rasowy niemiecki power metal, w którym zespół nie boi się brać zapożyczeń z Helloween, Grave Digger czy Sacred Steel. Custard powraca do korzeni, do melodyjnego grania, gdzie każda melodia potrafi zapaść w pamięci, a riffy są mocne i atrakcyjne. Taki "The pied piper" to taki ukłon w stronę pierwszych płyt i za takim Custard fani na pewno czekali. Elementy progresywne pojawiają się w bardziej rozbudowanym "Arabian nights". Czasy starego helloween czy Insania stockholm można usłyszeć w dynamicznym "Snow White". Na płycie nie mogło zabraknąć wolniejszego kawałka, który pozwala złapać nieco tchu słuchaczowi. Trzeba przyznać, że The little march girl" dobrze wypada i ma w sobie to coś. W "Daughter of the Sea" to kompozycja bardziej zadziorna i pełna elementów Judas Priest. Dalej mamy petardę w postaci "Witch Hunter", który jest przykładem, że nie brakuje przebojów. Jest też miejsce dla mroku i nieco nowoczesności , co potwierdza  "Sign of evil". Całość zamyka bardziej epicki "Forged in fantasy".


Tak o to powróciła kolejna solidna kapela, która w latach 90 przeżywała swój złoty okres. 5lat minęło od ostatniej "Infested of anger", która była wielkim rozczarowaniem. Custard znów gra swoje, czyli szybki, melodyjny power metal w klasycznej, niemieckiej odmianie. Warto sięgnąć po ich najnowsze dzieło. Polecam!

Ocena: 8/10



sobota, 8 kwietnia 2017

TRAUMER - Avalon (2016)

Traumer to brazylijski band, który czerpie garściami z twórczości Angra, ale też takich kapel jak Helloween czy Stratovarius. Zespół się z tym nie kryje i na najnowszym albumie „Avalon” załączyli dwa covery z repertuaru Helloween i Stratovarius. Sam album mocno nawiązuje do lat 90 i do najlepszych płyt stratovarius czy Helloween. Zespół radzi sobie na power metalowym rynku i w sumie za sprawą uzdolnionego wokalisty Guilherme, który znakomicie odnajduje się w wysokich rejestrach. To on właśnie nadaję nowemu albumowi charakteru i power metalowego ducha. Okładka wieje chłodem i słodkości, a to bardzo dobrze oddaje feeling płyty. Zawartość jest wtórna i taka nieco oklepana. Na uwagę na pewno zasługuje tytułowy „Avalon”, który namyśl przywołuje Symfonia, czy Stratovarius. Bardzo wypada też rozpędzony „Forever starts Tommorow”, który zabiera słuchacza do pierwszych płyt Helloween. „Traumer” ze względu na zagrywki gitarzystów i melodyjny riff mocno kojarzy się z Gamma Ray, co uważam za spory plus. Nie brakuje pomysłowych motywów co zespół pokazuje w przebojowym „Let You Go”. Trzeba przyznać, że Traumer najlepiej sprawdza się w stricte power metalowych petardach co potwierdza „Symphony” czy „Dont believe in their lies”. Album choć jest wtórny i zawiera znanych patentów to i tak może się podobać. Wszystko dzięki szczerym intencjom i dobrym melodiom. Fani power metalu, zwłaszcza twórczości Helloween czy Stratovarius powinni obczaić ten brazylijski band.

Ocena: 6.5/.10

piątek, 7 kwietnia 2017

DEEP PURPLE - Infinite (2017)

Legendy he avy metalu i hard rocka, dzięki którym ta muzyka narodziła się odchodzą w stan spoczynku. Ten czas w końcu nadszedł na brytyjski band o nazwie Deep Purple. Zespół wyrusza w ostatnią swoją podróż. Nowy album, pożegnalna trasa  i pożegnanie się z fanami. Ciężko sobie wyobrazić ciężkie brzmienie bez tego zespołu. Ich wkład w muzykę jest nie do podważenia i wiele kapel po dzień dzisiejszy czerpie z ich twórczości. Po bardzo udanym "Now What?" z 2013 r zespół szybko rozpoczął pracę nad kolejnym albumem. Tak powstał "Infinite", który jest idealnym podsumowanie kariery Deep Purple.

Ten album zawiera wszystko to co składa się na styl tej kapeli. Charakterystyczne, finezyjne i dobrze wyważone solówki i partie gitarowe. Steve Morse nie jest Ritchie Blackmorem, ale daje z siebie 100%. Na nowym albumie jest pełno atrakcyjnych melodii i mocnych riffów, tak więc można rzec, że Steve podołał wyzwaniu. Troszkę gorzej wypada Ian Gillan, który nie ma takiego ikry jak na poprzednim albumie. "Vincent Price" był z pazurem i tam Ian pokazał, że mimo podeszłego wieku to jeszcze stać go na mocniejszy śpiew. Na "Infinite" nie ma takich perełek, ale album sam w sobie jest mocniejszy, taki może momentami bardziej klasyczny i bardziej wyrównany. Nie jest to najlepsze dzieło formacji Deep Purple, ale jedno z tych najlepszych na pewno.

Otwieracz to dobrze znany nam "Time for Bedlam". Jest ostrzej, bardziej przebojowo i już słychać bardziej klasyczne zagrywki. Don Airey świetnie współgra z Stevem co słychać. Jest progresywność, melodyjność i duża swoboda. Jeden z najlepszych utworów na płycie. Nieco bardziej bluesowy i taki bardziej luzacki "Hip Boots" ma coś z płyt wydanych w latach 80. Deep Purple potrafi oczarować nieco baśniowym klimatem w "All i got is You" w którym czadu daje Steve. Płyta jest bardziej rockowa, bardziej zagrana z pazurem i to mi się podoba. Typowy riff w "One night in vegas" jest taki znajomy i typowy dla tej kapeli. Słychać, że panowie próbują nawiązać do swoich najlepszych płyt i wychodzi im to nie najgorzej. Mroczniej i bardziej nowocześnie jest w "Get me outta here", który jest jednocześnie najcięższym utworem na płycie. Najdłuższy na płycie jest spokojniejszy i bardziej złożony "The suprising". Płyta szybko wpada w ucho dzięki przebojowości, która jest tutaj tak powielana. Dobrym tego przykładem jest przebojowy "Johnys band" czy rytmicznego "On top of  the world". Bardzo udana jest końcówka płyty, gdzie pojawia sie klasycznie brzmiący "Birds of Prey" i Roadhouse blues" czyli cover The Doors.


Jeśli tak ma wyglądać finał twórczości Deep Purple to jest idealne. Powrót do swoich korzeni i podtrzymanie wysokiej formy. Płyta brzmi klasycznie, są wszystkie te cechy, dziękim którym płyty Deep Purple wyróżniały się na tle innych. Jest bardzo gitarowo i nie ma wypełniaczy, a najlepsze jest to, że "Infinite" jest równym i przebojowym albumem, który można postawić obok największych dzieł tej formacji. Tak panowie przeszli do wiecznej chwały.

Ocena: 9/10

THE UNITY - The Unity (2017)


Henjo Richter i Micheal Ehre to muzycy, którzy stanowią trzon dobrze znanej grupy power metalowej o nazwie Gamma Ray. Panowie udzielali się też w innych zespołach, tak więc nie są znani z jednej formacji. Kiedy Kai Hansen zajął się solowym albumem i przygotowaniami do  trasy koncertowej z Helloween w ramach "Pumpkins United", tak więc nadarzyła się dobra okazja dla Richtera i Ehre by ruszyć też z własnym zespołem. The Unity to raczej drugi rozdział zespołu Love Might Kill, który był zespołem Ehre w okresie 2010-2015. Poza Henjo cały skład The Unity to skład tamtego zespołu, który skupiał się na graniu melodyjnego metalu z elementami hard rocka. Pod tym względem The Unity też jest podobny. Czy The Unity czeka sukces?

Nazwiska to jedno, ale muzyka jest najważniejsza. Nie oczekujcie drugiego Gamma Ray bo tego w sumie nie znajdziecie, choć nie brakuje elementów power/heavy metalu. Mamy tutaj sporo stonowanych dźwięków, sporo zadziornych, hard rockowych riffów. Jest nacisk na klawisze i dobrą zabawę. Nie ma szybkiego pędzenia do przodu czy takiego szaleństwa jaki mamy w Gamma Ray. Miło, że panowie obrali nieco inny kierunek. Mogą śmiało wypełnić pustkę po Love Might Kill. Sasha Onnen często wygrywa klimatyczne partie klawiszowe i nadaje całości progresywnego charakteru i melodyjności. Momentami przypomina się stratovarius czy Pretty Maids. The unity to również świetny wokalista Ganbi, który potrafi śpiewać zadziornie jak i w wysokich rejestrach. Miła dla oka okładka i soczyste brzmienie, to tylko miłe dodatki.

Płyta ma spory potencjał i może namieszać w ostatecznych zestawieniach.Ta płyty kipi energią, ciekawymi pomysłami, a przede wszystkim nie jest na jedno kopyto. Energiczny otwieracz "Rise and Fall" to taka mieszanka Rainbow, Gamma Ray czy Firewind. Najszybszy utwór na płycie i taki najbardziej zadziorny. Świetny refren potrafi od razu kupić każdego fana melodyjnego metalu. Dalej mamy cięższy i bardziej hard rockowy "No more lies". Ciekawa praca Henjo i Stefa od razu przykuwa uwagę. Znów chwytliwy refren i bardziej wyraziste partie klawiszowe sprawiają że utwór jest rasowym hitem. Stonowany i bardziej podniosły "God of Temptation" to ukłon w stronę klasyki w stylu Dio czy Dokken. Mocny riff, bawienie się ciekawymi melodiami i prostymi patentami. Henjo daje czadu w ostrzejszym "Firesign", który pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Oczywiście dalej jest bardzo melodyjnie i przebojowo. Marszowy i bardziej progresywny "Always Just You" to muzyka bardziej w stylu Masterplan. Dojrzały główny motyw, nacisk na progresywne klawisze i ostra gitara. To robi spore wrażenie. Kolejnym kawałkiem bardziej power metalowym o charakterze Gamma Ray jest rozpędzony "Close to Crazy". Z kolei melodyjny i rockowy "Edens Fall" to utwór który ma coś z Scorpions, czy Axel Rudi Pell. Bardzo podoba mi się rytmiczny "Reedemer", który jest w stylu Rainbow czy Deep Purple. W takiej konwencji The unity wypada idealnie. Henjo nie raz pokazywał, że jest pod wpływem twórczości Blackmore'a.Całość zamyka równie udany i też pełen klasycznych rozwiązań "Never Forget".

The Unity szybko pojawił się i szybko wydał debiutancki album i jest to naprawdę zaskakująco ciekawy krążek, który łączy elementy hard rocka i melodyjnego metalu. Klasyczne patenty podano we współczesnym opakowaniu. Nie ma mowy o kopii Gamma Ray, ale fani Love might kill szybko odnajdą się w świecie The Unity. Warto obczaić to wydawnictwo!

Ocena: 9/10

AXEL RUDI PELL - The Ballads V (2017)

Rok bez płyt Axel Rudiego Pell jest rokiem straconym. Imponuje pracowitość i twórczość tego muzyka, który szybko stał się królem melodyjnego metalu. To spec od klimatycznych kawałków, od tworzenia epickich kolosów, szybkich petard czy właśnie ballad. Specjalnie dla fanów wolnych kawałków tego pana powstał cykl "The Ballads". Do dnia dzisiejszego powstało 5 części tej serii, a najnowsza część "The Ballads V" to prawdziwa uczta dla fanów Axela.

Przede wszystkim mamy tutaj zbiór najciekawszych ballad z ostatnich 6 lat. Tak więc pojawia się romantyczny "Lived our lifes before" z bardzo udanego "Circle of the oath". Z "Into the Storm" mamy stonowany i łapiący za serce"When truth Hurts". Wokalista Johny idealnie sprawdza się w tego typu utworach, co z resztą pokazuje też w swoim hard rockowym zespole Hardline.  "Forever Free" i "Lost in love" to kolejne udane ballady, które pochodzą z ostatniego krążka "Game of Sins". Na tego typu komplikacji zawsze pojawiają się miłe smaczki i różne ciekawe ozdobniki. Jest choćby hołd dla Deep purple w postaci "Minstread" czy singlowy "Love's holding on" z gościnnym udziałem Bonnie tyler. Ta ostatnia kompozycja to taka wisienka na torcie. Nie dość że kompozycja jest sama w sobie piękna, to jeszcze świetnie partie wokalne Johniego i Bonnie. Ikona lat 80 mimo swoich lat świetnie współgra z wokalistą Axel Rudi Pell. Na płycie mamy też dwa nowe kawałki w postaci "I see Fire" i rozbudowanego "On the edge of our time".

Bardzo ciekawa komplikacja zwłaszcza może zainteresować tych co kochają wolne, miłosne kawałki, które łapią za serce. Pełno tutaj klimatycznych solówek, popisów wokalnych i przebojowości. Axel nie zawodzi, z resztą jak zawsze. Pozycja obowiązkowa dla fanów melodyjnego metalu i Axela.

Ocena: 9/10


wtorek, 4 kwietnia 2017

TAKEN - Taken (2016)

Czas na kolejny udany debiut roku 2016, a mianowicie na album hiszpańskiego Taken o tym samym tytule. Jest to pozycja młodego zespołu, który powstał w 2013r i w sumie przypomina wiele kapel z lat 90 jeśli chodzi o power metal. Na myśl nasuwa się Helloween, Stratovarius czy Sonata Arctica i w sumie spora w tym zasługa wokalisty Davida Arradondo, który pod wieloma względami przypomina głos młodego Kiske. Patrząc na okładkę debiutanckiego albumu „Taken” można odnieść wrażenie, że zespół gra w klimatach Running Wild, ale jednak tak nie jest. Zawartość na swój sposób zaskakuje formą, klimatem i aranżacjami. Zespół gra swoje i robi to z pasją. Słychać, że wychowali się na power metalu i dlatego jest to takie szczere i miłe dla ucha. Otwieracz „Tales of glory” idealnie rozpoczyna ten album, dając jednocześnie przedsmak tego co nas czeka. Rasowy power metal, który jest mocno zakorzeniony w latach 90. Gitarzysta Gauss wygrywa naprawdę melodyjne i zadziorne riffy, które nadają całości odpowiedniego charakteru i pazura. Dzięki niemu kawałki są dynamiczne i zapadają w pamięci na nieco dłużej. „Modern Messiah” to też świetny ukłon w stronę lat 90 i te patenty są znane. Bardzo podoba mi się nieco progresywny „On the road again”, w którym wysunięte są klawisze. Niezwykle ciekawy kawałek o bardziej hard rockowym feelingu. Na płycie znajdziemy dwa kolosy czyli „Afterlife” oraz „The slaughter of the last cursed”, które mają w sobie coś z twórczości Queen. Dzieje się w nich sporo i słychać, że zespół ma potencjał. Te kompozycje to przykład, że zespół potrafi budować klimat i tworzyć bardziej złożone kawałki. Z kolei „Under the skies of Asia” czy „forgotten Realms” to przykłady power metalowych petard. Każdy z utworów na tej płycie jest solidny i warty uwagi, a dzięki temu debiutancki album Taken jest naprawdę udany. Panowie postawili na klimat lat 90 i to zdało egzamin. Czekam na kolejne uderzenie hiszpańskiej formacji.

Ocena:7/10

sobota, 1 kwietnia 2017

SKULLWINX - The relic (2016)

Debiut niemieckiej kapeli Skullwinx jakoś został przeoczony przeze mnie. W końcu nadarzyła się okazja, by poznać bliżej twórczość tej kapeli. Jak się okazuje panowie grają epicki heavy metal, w który słychać echa Warlord, Omen czy Cirith Ungol. Nie brakuje też wpływów Judas Priest czy Iron maiden. Jednym słowem jest to młody zespół, który został założony w 2012 r w celu grania epickiego heavy metalu zakorzenionego mocno w latach 80. Skullwinx w tym roku tj 2016 wydał w końcu swój drugi album w postaci „The Relic” i jest to jedna z ciekawszych płyt tego roku. Wyróżnia się na pewno klimatem i taką nutką tajemniczości. Brzmienie tutaj jest też nieco wzorowany na tych z lat 80. Same kompozycje też sprawiają, że płyta jest wyjątkowa i wyróżniająca się na tle innych podobnych wydawnictw. Utwory są dynamiczne, złożone, niezwykle melodyjne i napędzane przez pomysłowe motywy. Lennart i Severin to zgrany duet gitarowy i znają się na swojej robocie. Riffy czy solówki zagrane są z polotem, jest w tym magia i hołd dla najlepszych z tego gatunku. Panowie stawiają na zadziorność i melodyjność, jednocześnie stroniąc od prostoty. Skullwinx robi wrażenie i spora w tym zasługa uzdolnionego wokalisty Johannesa. Na płycie znajdziemy 8 kompozycji, które oddają to co najlepsze w epickim heavy metalu. Płytę otwiera „Siegfried”, który potrafi zaskoczyć marszowym tempem, chwytliwym refrenem i klimatem. Melodyjny riff i nieco szybsze tempo to bez wątpienia atuty przeboju „Atilla The Hun”, który pokazuje jaki potencjał drzemie w tej młodej kapeli. Nieco dłuższy „A tale of Unity” przemyca sporo cech NWOBHM co jeszcze bardziej mi się podoba. Dobrze też wypada nieco krótszy i bardziej treściwy „For Heorot” czy nieco speed metalowy „Carrved in stone”. Więcej mroku i klimatów doom metalu mamy w pomysłowym „Tryst of destiny”. Jeszcze więcej dzieje się w 10 minutowym kolosie „The relic of Angel”. Nie ma słabych utworów, nie ma mowy o nudzie. Zespół kupił mnie tym co grają i w jaki sposób tworzą kompozycje. Tego trzeba po prostu posłuchać.

Ocena: 9/10

piątek, 31 marca 2017

WOLFPAKK - Wolves Reign (2017)

Obok Ayeron czy Avantasia to właśnie projekt Wolfpakk współtworzony przez Marka sweeney'a ( ex Crystal Ball) i Micheala Vossa ( Mad Max) jest tym najciekawszym jeśli chodzi o efektywność i listę gości. Projekt ten działa od 2011r i już udało się wydać 4 albumy. Najnowsze dzieło w postaci „Wolves Reign” to jeden z najciekawszych wydawnictw tego projektu. Każdy kto kocha hard rock, heavy/power metal, ten szybko odnajdzie się w świecie Wolfpakk.

Niby ten projekt nie zmienił drastycznie stylu, nie ma też eksperymentowania, ale to jest mocną stroną najnowszego dzieła. Jest klasycznie, jest przebojowo i zadziornie. Płyta jest urozmaicona i trzeba przyznać, że sporo dzieje się na „Wolves reign”. Otwierający „Failling jest bardzo energiczny i naszpikowany atrakcyjnymi melodiami. Jeszcze mocniej i agresywniej jest w dynamicznym „Run All night”. Micheal Vescera spisuje się tutaj bardzo dobrze. Z kolei Biff Byford daje niezły popis w „Blood Brothers, który nawet stylistycznie przypomina twórczość Saxon. Jest to jeden z mocniejszych punktów na płycie. Pod względem aranżacji wyróżnia się na pewno mroczny i marszowy „Wolves Reign”, czy rockowy i melodyjny „No Remorse. Płyta jest mieszanką heavy/power metalu i hard rocka tak więc nie mogło zabraknąć kompozycji iście hard rockowej. „Inside the animal mind” to taki rasowy hard rockowy hit, który nawiązuje do klasyków Krokus, Ac/Dc czy Dokken. Steve Grimmett z Grim Reaper pojawia się stonowany i klasycznym „Scream of the Hawk”, który oddaje klimat lat 80. Więcej power metalu mamy w zadziornym Commandments, w którym gościnnie występuje Pasi Rantanen. Najdłuższym utworem na płycie jest nieco progresywny „Mother Earth”, w którym kluczową rolę odgrywa Ronnie Atkins. Całość wieńczy przebojowy Im onto You, który idealnie podsumowuje najnowsze dzieło.

Nie wykryto słabych kawałków, a całość jest bardzo spójna. Znane nazwiska to jedna strona medalu, ale i bez tego materiał jest wystarczająco ciekawy. Ostre riffy, klasyczne melodie, chwytliwe refreny i już można być kupionym nowym Wolfpakk. Polecam oczywiście „Wolves reign”.


Ocena: 8/10

czwartek, 30 marca 2017

CRYONIC TEMPLE - Into the glorious battle (2017)

Uwaga Cryonic Temple powraca z nowym albumem po 9 latach i to jest naprawdę miła niespodzianka dla fanów europejskiego power metalu. Ta szwedzka formacja działa od 1996 roku i szybko wbija się do grona najciekawszych zespołu reprezentujących tą odmianę heavy metalu. W swojej stylistyce przypominali nieco Helloween, Heimdall, czy Iron Fire. Ostoją tego zespołu jest bez wątpienia uzdolniony gitarzysta Esa Ahonen, który ostatnio błysną na metalowej operze Mariusa Danielsena. Ciężko też sobie wyobrazić Cryonic Temple bez charakterystycznego wokalistę jakim jest Mattias L. Ten zespół miał w sobie to coś, co przyciągało fanów tego gatunku. Ostatnie dzieło w postaci „Immortal” było nieco agresywniejsze, bardziej nowoczesne, ale to wciąż był Cryonic Temple wysokich lotów. Po 9 latach zespół powraca jakby do swoich korzeni, czyli do melodyjnego, radosnego power metalu. Najlepszym tego dowodem jest „Into the Glorious Battle”. Jest to pierwszy koncepcyjny album, który porusza ciekawą historię, która łączy w sobie elementy fantasy i sience fiction. Całość trwa godzinę, ale nie jest to jakoś wymagający materiał, czy też przynudzający.

Musiało być intro na sam start i „The Beginning of new Era jest podniosłe i buduje napięcie. „Man of thousands faces” to utwór, który rzeczywiście jest bliski starym kawałkom Cryonic Temple. Szybkie tempo, melodyjny riff, duża dawka pozytywnej energii i ta przebojowość. Dobrze wychodzi zespołowi granie pod Helloween czy Gamma Ray. Więcej zadziorności i mocy mamy w przebojowym „All the kingsman”. Cryonic temple stara się nie grać na jedno kopyto i już w „Prepare for War” słychać klimatyczne klawisze i więcej urozmaiceń tempa. Z kolei w „Heroes of the day” zespół zwalnia i prezentują balladę o ciepłym wydźwięku. Nie jest źle w tym aspekcie. Do grona ciekawych kompozycji na pewno warto zaliczyć energiczny „Mighty Eagle, który uwydatnia to co najlepsze w power metalu. Fani Edguy, czy Stratovarius na pewno pokochają dynamiczny „Into the glory battle”, który jest killerem z prawdziwego zdarzenia. Szkoda, że na płycie nie ma samych takich perełek. Dalej pojawia się równie zaskakujący „Flying over snowy fields czy zadziorny „Heavy Burden”, który podtrzymują przebojowy charakter płyty. Na koniec jeszcze imponujący, marszowy i bardzo epicki „Freedom”.

Jest bardzo dobrze. Mimo upływu lat, mimo długiej przerwy Cryonic Temple jest w formie. Najnowsze dzieło jest przemyślane i oddaje to co najlepsze w tej formacji. Płyta na pewno godna uwagi.

Ocena: 8/10

wtorek, 28 marca 2017

AETERNAL SEPRIUM - Doominance (2016)

„Doominance” to drugi album włoskiego zespołu Aeternal Seprium, który gra muzykę z pogranicza heavy/power metalu. W ich muzyce usłyszymy wpływy Iron Fire, Primal Fear czy Bloodbound. Stawiają na mocne riffy, na wyrazisty wokal fabio Privitera znanego z Sound Storm, a także na dynamikę. Nie są oryginalni, ani nie wyznaczają nowych trendów, grają po prostu swoje. Nowy album jest kontynuacją tego co mieliśmy na „Againts oblivons shade”. Fabio idealnie się sprawdza w tym co robi. Zespół sporo zyskał na jego zatrudnieniu. W muzyce pojawił się pazur i zadziorność, której może nieco brakowało. „Doominance” zawiera 9 kompozycji i wszystkie utrzymane są w podobnym stylu, tak więc nie ma co oczekiwać jakiś fajerwerków czy zaskoczenia. Dobrze wypada otwieracz „I will dance on Your tombs” czy ostrzejszy „Grieving April”, w którym słychać wpływy Primal Fear. Klimatycznie zaczyna się „Unwaken”, który szybko przekształca się w stonowanego walca na miarę tych tworzonych przez Judas Priest. Partie gitarowe zagrane są tak dość podręcznikowo, ale w takim rozpędzonym „Rock My name” budzą podziw. Sam kawałek przypomina poniekąd twórczość Metal Church, spora w tym zasługa Fabio, który brzmi tutaj jak Mike Howe. „Fuck The Narcissim” to kolejny mocny punkt tej płyty. Jest agresja, mroczny klimat i odpowiednia dynamika rodem z płyt Attacker, czy Helstar. Zespół radzi sobie z dłuższymi kompozycjami co pokazuje „devil Pray”. Klasycznie za to brzmi zamykający „End is Far... or else”, gdzie postawiono na technikę i agresywność. Włoski band wie czego chce i po prostu robi swoje. Nie patrzy na trendy i gra rasowy heavy/power metal. Nie ma w tym za grosz oryginalności, ale plus się na leży za naturalność, szczery przekaz i formę podania tych kompozycji. Nic nowego, a dostarcza tyle frajdy. Warto posłuchać i przekonać się o wartości tej kapeli.

Ocena: 7/10

sobota, 25 marca 2017

LIGHTNING STRIKES - Lightning Strikes (2016)

Każdy kto siedzi w klasycznym heavy metalu czy hard rocku na pewno przypadnie do gustu debiutancki album amerykańskiej formacji Lightning Strikes. Album nosi tytuł tak jak zespół czyli „Lightning strikes” i jest to pozycja obowiązkowa dla fanów Black Sabbath, czy Rainbow. Sam zespół powstał w 1985r tak więc znają się na rzeczy i potrafią przywrócić ducha tamtych lat. Nigdy nie było im dane wydać swój debiutancki album. Teraz po tylu latach marzenie się spełnia i zespół wydaje naprawdę ciekawy i wciągający materiał, który zachwyca pomysłowością, naturalnością i szczerością. To co znajdziemy na tej płycie to kawał szczerego heavy metalu z nutką hard rocka. Na pewno niektórych skusi do płyty Tony Martin i jego gościnny udział na płycie. Lightning Strikes to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Nando, który ma coś z Grahama Bonneta czy Iana Gillana. Taki typowy rockowy głos, który potrafi przyprawić słuchacza o dreszcze. Sporo energii i serca w ten album włożył gitarzysta Rob Math. Postawił na emocje, na jakość oraz pomysłowość i dzięki temu jego partie są takie finezyjne i przypominają najlepsze lata Ritchiego Blackmore'a. Płyta od samego początku daje kopa słuchaczowi i „Victim” to mocne uderzenie na dzień dobry. „301 ad sins of our fathers” to bardziej mroczny kawałek z wpływami Black Sabbath i świetnie sprawdził się tutaj Tony martin. Kawałek niszczy obiekty i to wszystko dzięki przebojowości i mocnemu riffowi. Również „Death Valley” z Tonym Martinem wypada znakomicie, choć tutaj mamy więcej progresji i hard rocka. Więcej Rainbow uświadczymy w szybszym i klimatycznym „Bermuda Triangle” i ten kawałek znakomicie pokazuje jaki potencjał drzemie w tym zespole. Sporo lekkości i rockowego feelingu mamy w przebojowym „Kamikaze”. Dobrze wypada ballada „Stay With me”. Całość zamyka zadziorny „We dont rock alone”, który ma coś z twórczości DIO. Mało o tym zespole wiadomo, cicho było jeśli chodzi o promocje. Jednak płyta jest warta uwagi, zwłaszcza jeśli dobrze odnajdujemy się w klimatach Rainbow czy Dio. Fani heavy metalu i hard rocka lat 80 będą zachwyceni tym wydawnictwem. Szkoda, że zespół zaczyna grać po tylu latach. Lepiej późno niż wcale.

Ocena: 8/10

wtorek, 21 marca 2017

THUNDER FORCE - Crusade (2016)

Fani epickiego heavy metalu nie powinni pominąć w tym roku debiutanckiego krążka brazylijskiej formacji Thunder Force. „Crusader” może nie jest czymś nowym w gatunku, ani nie wyznacza jakiś nowych trendów. Pozycja ta raczej skierowana jest do tych, co lubią powspominać inne dzieła i przypomnieć sobie stare dobre czasy. Usłyszymy tutaj coś z Cirith Ungol, coś z Manowar czy Majesty. Panowie stawiają na nieco przybrudzone brzmienie, na taką naturalność i zadziorność, które przewijają się przez cały album. Jest epickość, podniosłość i taki rycerski klimat. Dzięki temu płyta jest łatwiejsza w odbiorze i bardziej nasuwa klasyczne płyty. W zespole kluczową rolę odgrywa gitarzysta Silva i wokalista Ray. Ray może nie jest technicznym wokalistą, ale potrafi nadać kompozycjom odpowiedni klimat i dobrze to odzwierciedla „Hallowed be thy name”, który zabiera nas w rejony Mercyful fate czy Kinga Diamonda. Album otwiera z kolei „Bells in the night”, który ma w sobie więcej zadziorności i energii. Mocny riff i ciekawe melodie czynią ten utwór godnym uwagi. Nieco rozbudowany „Glory to the Brave” to bardzo podobny kawałek, który momentami przypomina dokonania Crystal Viper. Mało to oryginalne granie, ale może się podobać. Kolejnym bardzo ciekawym kawałkiem jest marszowy „Stand up & fight”, który potrafi zaskoczyć przebojowością i formą. Sprawdza się też rozpędzony „Land of the king”, mający symptomy speed metalowego grania. Dalej mamy równie energiczny „King of jerusalem”, który zachwyca mocnym riffem i niezwykła melodyjnością. Ostatnim utworem o którym warto wspomnieć jest klimatyczny i epicki „march of Freedom”, który potrafi urzec swoją lekkością i nutką tajemniczości. Nie jest to dzieło, które powala na kolana i wzbudza wielkie emocje, ale jest to kawał porządnego epickiego heavy metalu w klasycznym wydaniu. Tylko dla zagorzałych fanów takiego grania.

Ocena: 6.5/10

sobota, 18 marca 2017

ME AND THAT MAN - Songs of love and death (2017)

Adam Darski znany jak Nergal głównie znany jest w świecie metalowym za sprawą death metalowego zespołu Behemoth, który odniósł międzynarodowy sukces. To jest bez wątpienia duma naszego kraju, choć znajdą się tacy co go skreślą, przez to jak się zachowuje na scenie i jaki szum medialny potrafi zrobić wokół siebie. Liczy się muzyka i za to powinniśmy oceniać Nergala. Ostatni album to „The Satanist” z 2014r który wydał z zespołem Behemoth i od tamtego czasu była zapowiedziana solowa płyta, która miała być utrzymana w klimatach alternatywnego rocka, folku, bluesa i country. Tak się narodził Me and that man, który Adam współtworzy z innym wielkim muzykiem, a mianowicie Johnem Porterem.

Już pierwsze zapowiedzi były naprawdę obiecujące i od razu można było dostrzec potencjał tego materiału. Nie jest to metal, nie jest to brutalne granie z jakiego znamy Nergala, ale gdzieś przemycony jest mrok i te ponure, pesymistyczne wręcz teksty. Debiut „Songs of Love and Death” to płyta inna niż te wszystkie, które ostatnio mamy możliwość usłyszeć. Ten album ma swój charakter, swój pazur i przemyca sporo emocji. Najlepsze jest to, że choć dominują akustyczne gitary, klimat country ocierający się o muzykę typową dla westernów, to całość jest urocza. Stonowane dźwięki są idealnie wyważone i nawet wokal Adama jest taki autentyczny i poruszający. Słuchając zawartości można dostrzec inspiracje Johnym Cashem, Nick Cavem, Tomym Waitsem czy nawet Depeche Mode. Mimo specyficznej stylistyce nie brakuje mocy i przebojowości, a to sprawia że muzyka jest przystępna i zapadająca w głowie.

Na otwieracza wybrano utwór, który powstał jako pierwszy, utwór który kipi energią i porusza swoim tekstem. Mowa o chwytliwym „My church is black”, który promował album. Bardzo odważny tekst, który wciąga i potrafi poruszyć słuchacza. Tutaj mamy kwintesencję stylu Me and that man, który można określić jako miks amerykańskiego bluesa, country oraz mrocznego klimatu Nicka Cave, z klasyką rocka a także surowością znaną z twórczości Toma Waitsa. Wszystko jest bardzo spójne. Większy udział mamy Johna Portera w „Nightride”, który potrafi nieco przypomnieć nam o starym Rolling Stones. Nieco żywszy i bardziej rytmiczny „On the road” kipi pozytywną energią. Jednym z utworów, który też promował album to bez wątpienia klimatyczny i poruszający „Cross my heart and hope to die”. Podoba mi się nieco marszowe tempo, mroczny klimat, który jest piętnowany ponurym akordeonem Czesława Mozila. Bardzo fajnym motywem jest tutaj dziecięcy chór. Kolejna perełka na płycie, które wzbudza emocje i zostaje z nami na długo. Z kolei Michał Łapaj upiększył rockowy „Better the Devil I know” w którym wykorzystano patenty Ac/Dc czy The Rolling Stones. Jeden z mocniejszych i agresywniejszych kawałków na płycie. Dużo mroku i klimatycznego bluesa mamy w łagodnym „Of Sirens, vampires and lovers”. Dalej mamy świetny i przebojowy „Magdalene” z ciekawą, intrygującą solówką wzorowaną na latach 70 i led Zeppelin. Tekst też jest bardzo ciekawy i może spodobać to jak Nergal przekształca wątki z biblii. Panowie dobrze się bawią przy tworzeniu i to słychać na pewno w szalonym i energicznym „Love and death”. Pozytywny jest też bardziej komercyjny „One Day”, który brzmi jak mieszanka twórczości Queen,Bruce'a Springstena, Roya Orbinsona czy Leonarda Cohena. Lekki i przyjemny bluesowy kawałek. Jednym z tych cięższych utworów na płycie jest marszowy i ponury „Shaman Bluesa”, który potrafi nas przenieść do świata Led Zeppelin czy Ac/Dc. Do tego wszystkiego bluesowy klimat i duża dawka mroku. Na pewno może spodobać się przyspieszenie pod koniec kawałka. Chris Rea czy Vangelis wybrzmiewa w klimatycznym „Voodoo queen”. Same wykonanie i styl wpisują się w ścieżki filmowe Quentina Tarantino. Utwór idealnie by pasował do „Django” czy „Kill Bill”. Całość zamyka ponura i piękna ballada „Ain't much loving” gdzie bardzo fajnie krzyżują się wokale Adama i Johna. Piękne zwieńczenie pięknego albumu.

To było do przewidzenia, że ta płyta będzie klimatyczna, świeża, pełna ciekawych pomysłów i rockowa. Jednak nie sądziłem, że płyta będzie tak dobrze wyważona, tak urozmaicona, taka zaskakująca i wciągająca. Nie ma słabych utworów i każdy to inna przygoda. Razem tworzą piękną spójną, całość. Dopełnieniem jest mroczna okładka i soczyste brzmienie. Tej muzyki po prostu nie ma się dość i chcę się do niej wracać. „Songs of love and death” dalekie jest od tego co Nergal robi z Behemoth, nie jest to metal, ale rock jak najbardziej tak i to taki szczery, prosto z serca. Coś pięknego i fani dobrej muzyki nie będą narzekać.

Ocena: 10/10

piątek, 17 marca 2017

HARTMANN - Shadows & silhouetters (2016)

Dzięki twórczości Avantasia i At Vance udało mi się poznać znakomitego wokalistę i kompozytora jakim jest bez wątpienia Oliver Hartmann. Ma w sobie to coś czego oczekuje się od wokalistów heavy metalowych. Zadziorność, chrypa i umiejętność wtrącenia emocji w poszczególne partie to jest właśnie jego znak. Teraz w tym roku powraca z płytą sygnowaną nazwą Hartmann i „Shadows & silhouetters” to najnowszy krążek Olivera. Mało w tym metalu czy power metalu, ale fani hard rocka dostrzegą tu sporo ciekawych motywów. Jeśli ktoś szuka ciekawych melodii i rockowego szaleństwa ten z pewnością odnajdzie się w tej płycie. Wpływy macierzystych kapel jak i tych w których występował Oli są słyszalne. „High on You” ma pewne znamiona utworów Avantasia. Stonowany i rytmiczny „Glow” przypomina dokonania Aerosmith czy Magnum. Jeszcze więcej piękna i rockowego feelingu mamy w romantycznym „Jaded Heart”. W podobnym klimacie utrzymany jest spokojny „Amazing” i pewnym zaskoczeniem jest nieco żywszy „I would murded for You”. Bardzo dobrze wypada nieco bluesowy „Too good to be true” z bardzo pomysłowym riffem, który napędza ten kawałek. Warto też wspomnieć o urzekającym „Last Goodbey”, który potrafi oczarować swoją lekkością. Oliver Hartmann pokazuje się z nieco innej strony niż dotychczas. Tym albumem pokazał, że ma w sobie duszę rockmana i potrafi grać klimatycznie i bardzo emocjonalnie. Piękne kompozycje, które potrafią przenieść słuchacza do innego świata. Warto odprężyć się od codziennego zgiełku przy najnowszym albumie muzyka znanego z power metalowych bandów typu Avantasia czy At Vance.


Ocena: 7/10

czwartek, 16 marca 2017

SWEEPING DEATH - Astoria EP (2017)

Jedno spojrzenie na thrash metalową scenę i widać, że młode kapele ostatnio dochodzą do głosu i potrafią namieszać w tym gatunku. Rok 2017 to sukces na pewno Warbringer czy Havok, ale szczególną uwagę przykuł Sweeping Death. Niemiecka formacja działająca od 2012 r i która może się pochwalić mini albumem „Astoria”, który nie jest typowym krążkiem thrash metalowym.

Zespół nie idzie w zaparte stawiając na typową łupaninę jaką częstą spotykamy w thrash metalu. Sweeping death bawi się konwencją ocierając się o progresywny heavy metal, speed metal, a nawet power metal. Wokalista Elias też potrafi śpiewać czysto, bardziej heavy metalowo, ale kiedy trzeba to i thrash metalowo. Dzięki niemu płyta jest urozmaicona i wykracza poza pewne standardy. Duet gitarowy jaki tworzy Simon i Markus też świetnie funkcjonuje. Panowie urozmaicają swoją grę, stawiają na złożone konstrukcje i atrakcyjne melodie. Muzycznie zespół miesza różne gatunki, ale wszystko jest zagrane z pomysłem i smakiem. Nie przesadzono w żadnym aspekcie, a muzycy dają się poznać jako doświadczenie muzycy, którzy mają pomysł na siebie. Płytę otwiera „My insanity” i słychać ciekawe i wciągające solówki. Złożoną konstrukcję i dobre budowanie napięcia. Co może rzucać się od razu to że panowie brzmią bardzo melodyjnie i heavy metalowo. Thrash metal nie zdominował ich stylu. Progresywność wybrzmiewa w stonowanym „Pioneer of Time” czy w klimatycznym „Astoria”. Dalej mamy szybszy i bardziej speed/power metalowy „Devils Dance”, z kolei „Death & legacy” przeplatany jest licznymi solówkami. Całość zamyka melodyjny i bardziej zakręcony „Till death do us part”.

Sweeping Death po prostu zaskakuje konwencją, wykonaniem i ciekawymi pomysłami. Troszkę thrash metalu, heavy,speed, power metalu z nutką progresywności. Wybuchowa mieszanka, która dała w efekcie naprawdę intrygujący mini album. Czekam na pełnometrażowy album.

Ocena: 8.5/10

WARBRINGER - Woe to the vanquished (2017)

W thrash metalu wiele już zostało powiedziane. Dla wielu fanów tego gatunku najlepsze płyty powstały w latach 80 czy 90, a teraz to co powstaje to marna kopia. Wszystko kończy się na Slayer, Anthrax czy Megadeth. Jeszcze co gorsze może być to zamknięcie się na nowe, młode zespoły, które na starcie skreślane są przez brak oryginalności. Jednak czy thrash metal is dead? Nie wydaje mi się. Odnoszę wrażenie, że ostatnio najwięcej zapału, ikry i pomysłowości na thrash metal można dostrzec właśnie w młodych kapelach. Amerykański band o nazwie Warbringer to jeden z tych zespołów młodego pokolenia, który szybko dostał się do śmietanki gatunku. Zaczęli w 2004 r a ich debiut „War without end” zyskał sporo fanów i otwarł im drogę do sukcesu. Ostatni album „IV:Empires colapse” był bardziej złożony, progresywny i urozmaicony w porównaniu do debiutu czy „Waking into nightmares”, które były agresywne, mroczne, zadziorne i dynamiczne. Zespół pracował ostro na nowym dziełem. Obiecywano powrót do korzeni i znów zmierzeniem się z szybkim, zadziornym thrash metalem. Stało się i piąty album zatytułowany „Woe to the vanquished” jest nawiązaniem do dwóch pierwszych płyt.

Czerwone i charakterystyczne logo, mroczna i klimatyczna okładka Marschalla to jest to co przypomina okładki pierwszych dwóch płyt. Tak więc od razu zespół nas uświadamia czego mamy się spodziewać. Sama frontowa okładka jest świetna i z górnej półki. Sporo fajnych i miłych dla oka elementów, a klimat przypomina nieco płyty Kreator. Chase Becker i Jessie Sanchez zasilili zespół w 2016r i ta zmiana sporo wniosło do muzyki zespołu. Warbringer znów jest agresywny, dynamiczny, pełen ikry i gra z polotem nie uciekając do rutyny. Wokal Johna jest bezbłędny i potrafi zniszczyć słuchacza swoją zadziornością i techniką. Gitarzyści też tworzą zgrany duet, a ich zagrywki są ciekawe, wciągające. Technika, agresja i melodyjność krzyżują się i tworzą coś idealnego. Dopełnieniem tego jest ostre jak brzytwa brzmienie. Całość składa się w spójne i dojrzałe dzieło. Nowy album wypełnia 8 kompozycji co daje około 40 minut wysokiej klasy thrash metalu rodem z lat 90.

Na start musi być strzał między oczy,czyli prawdziwa petarda. „Silhouettes” to złożona kompozycja, w której nie brakuje ciekawych przejść, agresji, a najlepsze w tym wszystkim są aranżacje. Mocny bas, energiczna perkusja i ciężkie riffy. To jest właśnie to. Tytułowy „Woe to the vanquished” jest również ostry i szybki w swojej naturze. Najlepsze jest, że ten utwór naładowany jest chwytliwymi melodiami.Zespół zwalnia w zadziornym „Remain violent”. Jest niemiecka toporność,nieco heavy metalowa maniera i sporo brudu. Kolejny mocny punkt płyty,a zespół nie zwalnia. Warbringer wie jak grać szybko i agresywnie, a taki „Shelfire” jest świetnym tego przykładem. Co mi się podoba to na pewno „Desceding Blade” z pomysłowym riffem i dużą dawką energii. Niby nic oryginalnego, a jak cieszy. Marszowe tempo, mroczny klimat i złożona formuła to atuty „Spectral Asylum”. Bardzo melodyjny utwór, w którym zespół o zaplecze techniczne. Najostrzejszy na płycie jest bez wątpienia „divinity of flash”, który pokazuje co to znaczy klasyczny thrash metal. Całość zamyka perełka w postaci „When the guns fell silent”. 11 minut czystego geniuszu. Sporo się tutaj dzieje i choć dominuje marszowe tempo i heavy metalowy feeling, to i tak utwór jest prawdziwą perełką. Najlepsze, że przez te 11 minut zespół nie nudzi. Jednak jak się chce to można zagrać kolosa z polotem i gracją.

Thrash metal nie umarł, nie przechodzi kryzysu i nie tworzą go tylko znane marki. To jest teraz pole do popisu dla młodych, którzy mają coś do udowodnienia, którzy są głodni sukcesu. Pewne zmiany personalne, powrót do korzeni, ale też doświadczenie zaważyły o sukcesie „Woe to the vanquished. Nie ma tutaj słabych kompozycji, a każdy utwór to perełka. Dla mnie to jest kwintesencja thrash metalu i Warbringer. Polecam, bo panowie nagrali jeden ze swoich najlepszych albumów, jeśli nie najlepszy.

Ocena:10/10

SINNER - Tequila suicide (2017)

Mat Sinner to zapracowany muzyk i liczba zespołów w których maczał palce jest ogromna. Najlepsze jest to, że między tymi zespołami są ogromne powiązania. Nie tylko stylistyczne, ale i personalne. W 2016 r kapela o nazwie Sinner, która jest prowadzona przez Mata od lat 80 zatrudniła do współpracy Toma Naumanna i Francesco Jovino, którzy grają w Primal fear. Tak więc można rzec, że Sinner tworzą ludzie znani z Primal Fear. Muzycznie Sinenr miał wiele wspólnego z tym zespołem, choć miał bardziej hard rockowe oblicze. Na nowe dzieło Sinner przyszło czekać 4 lata, ale nie był to czas zmarnowany. „Teuila Suicide” to dzieło solidne, rytmiczne, a przede wszystkim bardzo hard rockowe.

Zgrani muzycy, przyjaciele i fachowcy bez większego wysiłku nagrali udany materiał, który jest równy, melodyjny, a przede wszystkim oddającym to co najlepsze w hard rocku. Nie brakuje mocnych riffów, chwytliwych melodii, czy prostych zagrywek co ułatwia odbiór całości. Sinner może nie nagrał najlepszego albumu, ale „Tequila Sinner” bije ostatnie dzieła, a to już spory sukces. Zmiany personalne nieco ożywiły zespół i wlały nieco świeżości. Okładka od razu daje znak, że szykuje się dojrzały hard rock z nutką bluesa. „Sinner Blues” to idealny kawałek, który oddaje właśnie ten klimat i to co widać na okładce. Utwór stonowany i stylistycznie pasowałby na płytę Voodoo Circle. Otwieracz „Go down Fighting” to żywiołowy i przebojowy kawałek, który daję niezłego kopa. Jest pozytywna energia, a słuchacza chcę więcej takiego grania. Bardzo cieszy fakt, że na płycie znalazło się miejsce na mocniejszy i szybszy „Tequila suicide”, który ma coś z Primal Fear. Duża dawka luzu i ciekawych melodii to bez wątpienia atuty rytmicznego „Road to hell”. Płytę sukcesywnie promował hard rockowy hit w postaci „Battle Hill”. Siłą tej kompozycji jest mocny riff i chwytliwy refren, który po prostu porywa. Dalej mamy jeszcze nieco power metalowy „Why”, melodyjny „Rebels” czy ostrzejszy „loud and clear”, które czerpią garściami z Primal Fear.

Różnie było z Sinner, a ostatnie lata ten zespół nagrywał słabe albumy i nie dawał znaków życia. Nowy skład, bardziej dopracowany styl jak i materiał dały w efekcie najlepszy krążek od czasów „Mask of Sanity”. Nie jest jeszcze to ideał, ale bardzo dobry album na pewno.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 14 marca 2017

EPICA - The holographic principle (2016)

„The Quantum enigma” to dzieło niemal perfekcyjne w swojej kategorii i jedna z najlepszych płyt holenderskiego zespołu Epica. Płyta zaskakiwała świeżością, energią, a przede wszystkim przebojowością. Zespół wkroczył na nową ścieżkę i jednocześnie wrócił do korzeni. Epica znów była na ustach fanów symfonicznego power metalu. Teraz po dwóch latach przyszedł czas na kontynuację tamtego wydawnictwa. Mam wrażenie, że „The holographic Principle” jest słabszą kopią „The Quantum Enigma”. Występują podobne rozwiązania, podobne patenty i nawet podobne brzmienie. Tym samym brakuje elementu zaskoczenia, tej przebojowości. Choć są momenty przebłysku i chęci zaskoczenia słuchacza. Na plus na pewno trzeba zaliczyć wysoką formę zespołu. To oni napędzają ten album, czynią go solidnym i wartym uwagi. Tak Epica trzyma swój poziom i słuchacze na pewno znajdą coś dla siebie. Nie brakuje szybkich i ostrych kawałków co potwierdza „Edge of The Blade” czy melodyjny „A phantasmic parade”. Album promował z dużym sukcesem „Universal death Squad” i jest to jeden z mocniejszych kawałków na płycie. Przewijają się w tym utworze elementy thrash metalu i melodyjnego death metalu. Troszkę mniej mnie przekonują utwory bardziej progresywne i mam tu na myśli „Divide and Conquer”. To złe wrażenie zaciera nieco bardziej przebojowy „Beyond the matrix” czy bardziej zadziorny „The Cosmic algorithm”. Simone nie zawodzi i właściwie w wielu momentach odwraca uwagę słuchacza od niektórych wad. Gitarzysta Mark Jensen też dwoi się i troi by utwory były ciekawe i dynamiczne. Nie zawsze wszystko wychodzi przez co płyta traci nieco na wartości. Pod koniec płyty warto zwrócić uwagę na energiczny „Tear down your walls” i epicki,rozbudowany „The holographic principle”. Najbardziej zaskakują dodatkowe kawałki akustyczne, które pokazują zespół z nieco strony. Bardzo ciekawa forma tych utworów i potrafią wzbudzić emocje. Miły dodatek. Sam album niestety tylko dobry i jakoś nie zapadł mi głęboko w pamięci. Szkoda.

Ocena: 6.5/10

sobota, 11 marca 2017

CRYSTAL BALL - Deja Voodoo (2016)

Nie da się ukryć, że od roku 2013 szwajcarski Crystall Ball zaczął bardziej przypominać band Udo Dirkschneidera. Spora w tym zasługa Stefena Kaufmanna, który zajął się produkcją albumów Crystall Ball i w dodatku zagrał kilka solówek do niektórych utworów. Steven Mageney, który objął stanowisko wokalisty w 2012r też pod wieloma względami przypomina manierę Biffa z Saxon i właśnie Udo. Trochę toporności, troszkę zadziorności i można łatwo doszukać się podobieństw między tymi wokalistami. Stefan Kaufmann uczynił ten zespół bardziej zadziornym, bardziej metalowym i z pewnością dzięki niemu ostatnie płyty są tak udane. Najnowsze dzieło w postaci „Deja Voodoo” to nic innego jak rozwinięcie pomysłów z dwóch ostatnich albumów. Tutaj Stefan tez odpowiada za niektóre solówki i za brzmienie. Jest ta charakterystyczna toporność, to przybrudzone brzmienie i typowe chórki. Wszystko się bardzo ładnie zazębia, a album robi się niezwykle ciekawy. 47 minut równej muzyki w stylizacji heavy/power metalu to jest właśnie to co nas czeka. Zaczyna się od tytułowego „Deja Voodoo”, który brzmi jak zagubiony kawałek Udo. Charakterystyczny klimat, brzmienie i konstrukcja utworów. Jakoś nie przeszkadza mi to, bo muzyki w stylu Udo nigdy za wiele. Więcej dynamiki i power metalu uświadczymy w szybszym „Director's Cut”. Zespół bardzo dobrze wykorzystał partie klawisze w przebojowym „Suspended”, który jest jednym z najmocniejszych punktów na płycie. Wiele patentów z twórczości Udo usłyszmy w nieco hard rockowym „Reaching Out”. Spokojniejszy i bardziej klimatyczny „Home Again” to niezwykle uczuciowa ballada, która uderza w rejony Saxon czy Udo. Kto lubi ostrzejszy granie i nowoczesne brzmienie ten z pewnością po lubi „Time and Tide”. Do grona ciekawych kawałków trzeba dodać „Dr Hell No” czy balladę „To be with You once more”. Płyta jest zróżnicowana, energiczna i przebojowa, a wszystko utrzymane w stylizacji Saxon i Udo. Taka formuła mnie osobiście przekonuje i taki Crystal Ball bardzo mi się podoba.

Ocena: 8/10